Garść optymizmu
Tak jak pora roku sprzyja podsumowaniom i stawianiu prognoz, tak to, co się dzieje w polskiej i światowej gospodarce, sprzyja prognostom. Niepoprawni optymiści i zatwardziali czarnowidze znajdą kompletną paletę materiałów, symptomów i wskazówek, by snuć wizje przyszłości w zgodzie ze swymi naturalnymi skłonnościami. Co nam to mówi o gospodarce? Na pewno jedną rzecz - króluje niepewność. Niby nic nowego, z brakiem stabilnych perspektyw i poczuciem gospodarczego zagrożenia żyjemy już od kilku lat. Jednak gdy spojrzymy wstecz, na kończący się rok, dostrzeżemy ciekawostkę. O ile sporo z ryzyk, o których mówiliśmy przed rokiem, ziściło się, o tyle ich czarne skutki na razie nie. Spowolnienie w Chinach, referendum w sprawie brexitu, wybory w USA zakończyły się tak, jak obawiali się pesymiści, jednak na razie próżno szukać zapowiadanych czarnych efektów. Gospodarka na razie daje radę.
Także i dzisiaj aż ręka świerzbi, aby wymieniać zagrożenia dla wzrostu i nie brak potencjalnych kandydatów. Ich lista jest zdumiewająco podobna do tej sprzed roku. Mamy więc Chiny (obok spowolnienia gospodarczego coraz częściej podnosi się ostatnio kwestie środowiskowe), brexit - tutaj sprawy tak naprawdę dopiero na poważnie zaczną się w tym roku, i znów USA z nową, nieprzewidywalną administracją. Ponadto w przypadku krajowej gospodarki dochodzi jeszcze jedno ryzyko, chyba najpoważniejsze: samospełniająca się przepowiednia.
W Polsce połowa roku przyniosła wyraźne wyhamowanie wzrostu. Okulały inwestycje, przede wszystkim te finansowane ze środków publicznych. Konsumpcja prywatna nie rosła tak szybko, jak tego powszechnie oczekiwano. Media zdominowały obawy o wzrost w 2017 r., choć wielu komentatorów (w tym gronie także i autor tego tekstu) przykleiło do spowolnienia przymiotnik "tymczasowe". Nie można jednak zapomnieć, że na początku niemal każde spowolnienie jest tymczasowe, a wraz z przedłużaniem się okresu wolniejszego wzrostu rośnie ryzyko utrwalenia gorszych wyników. Towarzyszące spowolnieniu rewizje prognoz zaczynają nakręcać spiralę problemów, gorsze oczekiwania to mniejsze zakupy i inwestycje, a to pogarsza oczekiwania. Jeszcze we wrześniu ekonomiści ankietowani przez Thomson Reuters mówili o wzroście PKB w 2017 r. o 3,5 proc., w grudniu jest to już tylko 3,1 proc. Czy damy radę nie wkroczyć w to błędne koło i obronić wzrost wyraźnie powyżej 3 proc.?
Nie musi to być aż takie trudne, niewiele jest na razie oznak, że pesymizm rozlewa się po gospodarce. Najnowsze twarde dane makro, a co ważniejsze także oczekiwania firm i gospodarstw dotyczące przyszłej koniunktury przynoszą raczej krzepiące wieści sygnalizujące, że mamy spore szanse uniknięcia spirali spowolnienia.
Nastroje konsumentów są najlepsze niemalże od 2008 r. i konsumpcja prywatna nareszcie zaczęła rosnąć. W grudniu poprawiły się oczekiwania koniunktury przedsiębiorstw. W sektorze budowlanym - ten jak mało który ma powody do niepokoju: notowane jeszcze w październiku 20-procentowe roczne spadki produkcji to nie byle co - nastroje są lepsze od długookresowej średniej. Syntetyczny wskaźnik koniunktury przedsiębiorstw GUS jest najwyżej od 2011 r.
Jak będzie wyglądała polska gospodarka, zakładając, że nie wkroczymy na ścieżkę trwałego spowolnienia? Nadchodzący rok będzie niewątpliwie czasem popytu wewnętrznego, przy czym do przyspieszającej konsumpcji dołączą wreszcie inwestycje. Mimo ostatniego wzrostu spożycia prywatnego jesteśmy jeszcze w przededniu zakupowego szczytu. Dobra sytuacja na rynku pracy (przynajmniej z punktu widzenia pracownika), rosnące wynagrodzenia i świadczenia czy wreszcie polityka stóp procentowych będą temu sprzyjać. Ze środków z programu "Rodzina 500 plus" jak dotąd raczej spłacaliśmy długi lub oszczędzaliśmy je, niż finansowaliśmy konsumpcję. Ona potrzebuje czasu, aby dostosować się do nowych dochodów, ale ten moment jest już bliski.
W 2016 r. nakłady inwestycyjne były największym rozczarowaniem, co paradoksalnie powoduje, że w kolejnym roku mogą stać się pozytywną niespodzianką. Wynika to nie tylko z arytmetyki efektów niskiej bazy (łatwo się wykazać w porównaniu z nieudanym rokiem), lecz także analizy przyczyn ich nagłego spadku. Spodziewamy się, że wiele z nakładów, których sektor publiczny (główny winowajca spowolnienia w inwestycjach) nie zrealizował, stanie się gospodarczą rzeczywistością w 2017 r. W odróżnieniu od prywatnych inwestycji większość z tych publicznych prędzej czy później musi zostać dokonana. To, że w 2016 r. gmina nie zbudowała drogi, nie oznacza, że przestała być ona potrzebna i że także w kolejnych latach budować się będzie mniej dróg. Wprost przeciwnie, a do nieprzedawniania się wielu publicznych potrzeb inwestycyjnych powoli dołączy przymus wydatkowania środków UE (bo mogą przepaść). Do listopada tego roku do Polski napłynęło w ramach obrotów bieżących około 4,6 mld euro środków z UE, czyli o około jedną piątą mniej niż w poprzednich latach w analogicznym okresie. W 2017 r. zacznie się powrót do normalności.
Więcej popytu krajowego to większy import, więc ten wzrost po części obciąży saldo wymiany z zagranicą, ograniczając widoczne w poprzednich latach korzystne tendencje. Jednak tutaj źródła wzrostu popytu krajowego nastrajają umiarkowanym optymizmem. Sektor budowlany, do którego trafi znaczna część popytu inwestycyjnego, jest relatywnie mało importochłonny. Także konsumpcja nie sprowadza się już do kupowania kolejnych importowanych sprzętów AGD, lecz coraz częściej oznacza zakup krajowych usług, które jeszcze niedawno gospodarstwa domowe po prostu realizowały własnym sumptem. Wreszcie także eksport nie musi być w 2017 r. czarnym charakterem. Strefa euro, odpowiedzialna za dobrze ponad połowę sprzedaży za granicą, daje coraz liczniejsze oznaki ożywienia. Wymiana handlowa w 2017 r. może skrzydeł nam nie doda, lecz nie musi być kulą u nogi.
Najbliższe miesiące będą także okresem, w którym z uwagą będziemy przyglądać się inflacji. Jeszcze niedawno głęboko ujemna, w ciągu kilku miesięcy wkroczy na solidne dodatnie poziomy. Do zewnętrznej presji kosztowej (przede wszystkim ceny energii) dołączą krajowe czynniki, takie jak wzrost wynagrodzeń. Przyrost popytu sprzyja przenoszeniu wzrostu kosztów na klienta i pewnie wkrótce przyjdzie nam przetestować tę handlową prawidłowość. Za rok osiągnięcie celu inflacyjnego RPP nie będzie już czymś abstrakcyjnym. Jednak rosnące koszty płacowe będą z punktu widzenia pracownika oznaczać po prostu większe płace, więc inflacja nie "zje" przyrostu naszych dochodów.
Wiele ze wspomnianych pozytywów ma swoje odbicie - nie zawsze tak optymistyczne. Wzrost wynagrodzeń to odzwierciedlenie coraz ciaśniejszego rynku pracy (demografia!), co będzie problemem nie tylko w długim, lecz nawet już w średnim okresie. Finansowanie świadczeń to poważne wyzwanie dla budżetu. Spadek inwestycji w 2016 r. i oczekiwane przyśpieszenie w kolejnym uświadamia, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od wsparcia UE, a kolejna perspektywa finansowa, na pewno znacznie mniej dla nas szczodra, już nie tak daleko. To, w jakim stopniu będziemy w stanie odnieść się do tych kwestii w przyszłym roku, będzie dalece istotniejsze niż to, czy wzrost wyniesie 3,0 czy 3,5 proc.
Ale na razie, przy odrobinie szczęścia, przed nami niezły rok w gospodarce.
@RY1@i02/2016/252/i02.2016.252.21400030a.801.jpg@RY2@
Tomasz Kaczor
główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu