Rynki finansowe funkcjonują pod dyktando banków centralnych
Po spokojnym i udanym dla inwestorów 2017 r. kolejne 12 miesięcy zapowiada się nerwowo i - przynajmniej w przypadku niektórych rodzajów aktywów - mniej zyskownie
Każda z najpopularniejszych klas aktywów, w które inwestują Polacy, przyniosła w mijającym roku zyski. Najwięcej można było zarobić na akcjach - indeks WIG zyskał od początku roku do połowy grudnia ponad 20 proc. Dzięki temu wzrosła wartość papierów znajdujących się na rachunkach w biurach maklerskich - według danych Narodowego Banku Polskiego na początku roku inwestorzy indywidualni posiadali akcje o wartości 44 mld zł, w połowie roku ich wartość wzrosła do 55 mld zł. Zarobili także inwestorzy, którzy ulokowali kapitał w funduszach akcji - na koniec listopada średni wynik sięgał 11 proc.
2-3 proc. można było w tym roku zarobić na rynku obligacji. Takie stopy zwrotu osiągnęła większość funduszy inwestujących w tę grupę aktywów, na podobne zyski mogli liczyć inwestorzy, którzy na początku roku kupili papiery dłużne oferowane przez Skarb Państwa.
Mocniej poszły w górę ceny nieruchomości. Według NBP w III kwartale tego roku ceny mieszkań sprzedawanych przez deweloperów w siedmiu największych miastach były średnio o 5 proc. wyższe niż przed rokiem. Podobny wzrost odnotowano na rynku wtórnym.
Zakręcona kroplówka
Powtórzenie podobnych wyników, w przypadku każdego z rodzajów aktywów, może być trudne. Wpływ na ceny ma wiele lokalnych czynników, ale generalnie podążają one za globalnymi trendami. Od ostatniego kryzysu istotny wpływ na nie mają działania największych banków centralnych. Chodzi nie tylko o obniżenie stóp procentowych do zera, ale także skupywanie dużych ilości aktywów, przede wszystkim obligacji emitowanych przez rządy. W ten sposób - poprzez obniżenie kosztów pieniądza, co w teorii przynajmniej powinno ułatwić inwestycje - banki centralne starały się pobudzić wzrost gospodarczy. Skutkiem ubocznym był wzrost cen obligacji, akcji i nieruchomości. Obecnie z tej polityki banki będą się wycofywać.
Najdalej w tym procesie zaawansowany jest amerykański Fed. Decydujący o kształcie polityki monetarnej w USA Federalny Komitet Otwartego Rynku właśnie już po raz kolejny podniósł podstawową stopę procentową, która wynosi obecnie 1,25-1,50 proc. Od października amerykański bank centralny stopniowo pozbywa się także zakupionych w latach 2008-2014 obligacji. Nie sprzedaje ich na rynku, ale nie inwestuje już ponownie pieniędzy otrzymanych z wykupu posiadanych obligacji. W ten sposób zmniejsza swoje zaangażowanie na tym rynku.
W dalszym ciągu program skupu aktywów realizuje Europejski Bank Centralny. Kierowana przez Mario Draghiego instytucja każdego miesiąca inwestuje w obligacje 60 mld euro. W styczniu ta kwota spadnie do 30 mld euro, a we wrześniu cały program może się skończyć.
Wiele wskazuje na to, że w przyszłym roku, po raz pierwszy od dekady, banki centralne przestaną pompować pieniądze do systemu finansowego. Zacznie się proces odwrotny.
- W większości raportów stratedzy rynkowi zakładają, że wszystko to przejdzie bez większego echa, co byłoby zresztą na rękę bankom centralnym. Niemiłe niespodzianki mogą jednak mieć miejsce - zwraca uwagę Tomasz Hońdo, starszy analityk Quercus TFI.
W jednej z najbardziej wyrafinowanych analiz eksperci Citi Research pokazali, że wielkość zakupów wszystkich głównych banków centralnych miała od czasów globalnego kryzysu finansowego silny wpływ na zmiany globalnych indeksów giełdowych oraz ceny obligacji "śmieciowych" (high yield). - Jeśli ten model pozostanie trafny - a warto zwrócić uwagę że budzi kontrowersje nawet w samym Citi - to rok 2018 może być trudny dla inwestorów - dodaje Hońdo.
Czas na tąpnięcie?
W szczególności nowy rok może być trudny dla rynków akcji. Przede wszystkim dlatego, że notowania w Stanach Zjednoczonych, które wyznaczają globalne trendy, rosną już od dziewięciu lat. Ostatni rok był wyjątkowo udany i spokojny - wiele wskazuje na to, że S&P 500, najważniejszy amerykański indeks, zakończy na plusie każdy z 12 miesięcy mijającego roku. To oznacza, że notowania rosły "jak po sznurku" przez cały rok, bez żadnego odczuwalnego dla inwestorów spadku. Za zwyżką kursów stoi dobra koniunktura w tamtejszej gospodarce. W grudniu miną już 102 miesiące od ostatniej recesji. Tylko dwa razy w powojennej historii Stany Zjednoczone cieszyły się dłuższym okresem nieprzerwanego gospodarczego rozwoju. Do rekordu z lat 90. brakuje już tylko niecałe półtora roku.
- Dostrzegam ryzyko silnych turbulencji w 2018 r. Odchodzenie od dotychczasowej polityki banków centralnych to tylko jeden z czynników ryzyka. Unijny wskaźnik nastrojów w gospodarkach jest na poziomach, przy których w przeszłości WIG ustanawiał szczyty przed poważniejszymi falami spadkowymi (2007, 2000, 1998). Indeks rynków wschodzących rośnie bez co najmniej 10-proc. korekty od ponad 13 miesięcy. Nieco dłużej rósł tylko dwa razy w historii, co potem kończyło się tąpnięciami o ponad 20 proc. Pamiętajmy też, że cykl wzrostowy w gospodarkach jest już mocno zaawansowany - mówi Hońdo.
@RY1@i02/2017/246/i02.2017.246.214000100.101(c).jpg@RY2@
Dwa lata niezłych zysków z inwestycji
Ewentualne pogorszenie gospodarczej koniunktury spowoduje, że spółkom trudniej będzie zarabiać, co doprowadzi do obniżenia kursów.
Gdyby zależność ta dotyczyła każdego państwa z osobna, inwestorzy mieliby prawo być w miarę spokojni o zyski na naszej giełdzie. W porównaniu do rynków wysokorozwiniętych trend wzrostowy na warszawskim parkiecie jest w pokryzysowych latach słabszy. Indeks WIG w dalszym ciągu nie pobił rekordu z 2007 r., a akcje nie są drogie. Krajowa gospodarka, napędzana przede wszystkim rosnącymi wydatkami konsumentów, rozwija się coraz szybciej - w trzecim kwartale PKB był wyższy niż rok wcześniej o 4,9 proc., co jest najlepszym wynikiem od sześciu lat. Niewiele wskazuje, żeby w przyszłym roku miało dojść do załamania korzystnych tendencji. W tej sytuacji inwestorzy mają prawo zakładać, że podobnie jak w mijającym roku zyski giełdowych firm będą rosły. Historyczne zależności pokazują jednak, że jeśli kursy spadają na Wall Street, to warszawska giełda nie jest w stanie się przed takim scenariuszem obronić.
Przecena obligacji skarbowych
Jeszcze większy wpływ niż na rynek akcji działania banków centralnych mają na notowania obligacji. - Jedną z najważniejszych kwestii jest poziom stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Inwestorzy szacują, że cykl podwyżek zatrzyma się już nieco powyżej 2 proc., tymczasem wypowiedzi członków Fed sugerują, że poziom ten może być wyższy. Jeśli działania władz monetarnych rzeczywiście będą bardziej zdecydowane, niż oczekują tego inwestorzy, to taki scenariusz doprowadzi do wzrostu rentowności obligacji - mówi Mikołaj Stępniewski, specjalista od rynku obligacji z Investors TFI.
Rentowność, czyli średni roczny dochód, jaki może osiągnąć inwestor, nabywając obligacje i trzymając je do terminu zapadalności, jest odwrotnie skorelowany z ceną. Wzrost rentowności oznacza zatem, że ceny spadają.
Już w mijającym roku podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych wywołały niepokój na rynkach obligacji. W drugiej połowie mocnych spadków kursów doświadczyły papiery dłużne emitowane przez rządy Chin, Indii czy Turcji, zaliczanych - podobnie jak Polska - do grupy tzw. rynków wschodzących. Krajowy rynek, na który większy wpływ ma to, co dzieje się w strefie euro, oparł się przecenie.
- Rentowności obligacji w strefie euro mogą pójść w górę mocniej niż w Stanach Zjednoczonych, ze względu na bardzo dobrą koniunkturę w europejskiej gospodarce. To jeden z czynników, obok oczekiwanego nasilenia dyskusji na temat podwyżek stóp procentowych w Radzie Polityki Pieniężnej, który może doprowadzić do spadku cen krajowych obligacji w przyszłym roku. Przecena nie powinna jednak być gwałtowna, bo inwestorzy stopniowo uwzględniają w cenach obligacji pogarszające się warunki rynkowe - uważa Stępniewski. Ekspert szacuje, że w przyszłym roku zyski z inwestycji w fundusze, które kapitał inwestorów lokują przede wszystkim w papiery dłużne, będą niższe niż w tym roku i wyniosą nieco powyżej 2 proc. Dotyczy to także funduszy pieniężnych i gotówkowych, których portfele wypełniają z reguły krótkoterminowe papiery dłużne. W mijającym roku to właśnie do tej grupy funduszy krajowi inwestorzy najchętniej wpłacali pieniądze.
@RY1@i02/2017/246/i02.2017.246.214000100.102(c).jpg@RY2@
Fot. shutterstock
Apetyt na firmowy dług
Klasą aktywów, która w ostatnich latach mocno zyskała na popularności, są obligacje korporacyjne. Także w zeszłym roku klienci detaliczni chętnie kupowali tego rodzaju papiery bezpośrednio od emitentów, a także wpłacali pieniądze do funduszy, inwestujących w tego typu aktywa. Bardzo często obligacje korporacyjne przedstawiane są jako inwestycja równie bezpieczna jak skarbowe papiery dłużne, mają także stanowić alternatywę dla lokat bankowych. Ostatnie kwartały utwierdzają inwestorów w przekonaniu, że ta teza jest prawdziwa. Bo dobra jest koniunktura gospodarcza, zyski spółek rosną i z reguły nie mają one kłopotów z regulowaniem zobowiązań.
- Zainteresowanie rynkiem obligacji korporacyjnych jest większe niż podaż tego rodzaju instrumentów. To sprawia, że emitenci mogą sprzedawać papiery po bardzo korzystnych dla siebie cenach. Premia za ryzyko, którą otrzymują inwestorzy, z roku na rok maleje - mówi Mikołaj Raczyński, specjalista od obligacji korporacyjnych, zarządzający funduszami w Noble Funds TFI.
W tym roku fundusze inwestujące w obligacje korporacyjne zarobiły średnio 2,5 proc., tyle samo co fundusze specjalizujące się w kupowaniu papierów skarbowych. Tymczasem papiery dłużne przedsiębiorstw, z którymi związane jest wyższe ryzyko niż z obligacjami emitowanymi przez Skarb Państwa, powinny wynagradzać inwestorów za podejmowane ryzyko wyższymi stopami zwrotu. - W przyszłym roku inwestorzy mogą zapewne liczyć na podobnej skali zyski. Podstawowym narzędziem ograniczania ryzyka jest odpowiednia dywersyfikacja portfela obligacji korporacyjnych. Dlatego uważam za ryzykowną strategię kupowanie pojedynczych emisji przez inwestorów indywidualnych. Nawet jeśli decydujemy się na kupno jednostek uczestnictwa funduszu, to warto wcześniej spojrzeć na skład jego portfela. Inwestor musi liczyć się z tym, że w przypadku pogorszenia koniunktury w gospodarce niektórzy emitenci nie wykupią swoich obligacji - zwraca uwagę Raczyński.
Emitenci o niższej wiarygodności kredytowej, żeby przyciągnąć inwestorów, oferują wyższe oprocentowania swoich papierów. Zdaniem Raczyńskiego, jeśli oprocentowanie ustalone jest na poziomie wyższym niż WIBOR plus 5 pkt proc. (czyli obecnie 6,7 proc.), oznacza to, że ryzyko związane z takim emitentem jest na bardzo wysokim poziomie.
Ważnym czynnikiem decydującym o bezpieczeństwie inwestycji jest także wielkość emisji. Jak wynika ze statystyk prowadzonych przez serwis Obligacje.pl, w przypadku emisji o wartości mniejszej niż 10 mln zł, aż 20-25 proc. nie jest spłacanych.
- W mijającym roku na rynku Catalyst takich emisji było kilkanaście, o łącznej wartości 108 mln zł. Z jednej strony rekordowo dużo, z drugiej to jednak margines całego rynku. Tego rodzaju emisje często nie dochodzą do skutku, bo inwestorzy są coraz bardziej świadomi związanego z nimi ryzyka - mówi Emil Szweda, założyciel serwisu.
Gorzej, że znaczna część tego rodzaju obligacji sprzedawana jest po za rynkiem Catalyst, przez pośredników niepodlegających pod nadzór Komisji Nadzoru Finansowego. Inwestorzy kuszeni są odsetkami na poziomie 10 proc. Takich ofert w 2018 r. lepiej unikać.
@RY1@i02/2017/246/i02.2017.246.214000100.103(c).jpg@RY2@
Najlepsze i najgorsze tegoroczne inwestycje na GPW
Tomasz Jóźwik
@RY1@i02/2017/246/i02.2017.246.214000100.104(c).jpg@RY2@
@RY1@i02/2017/246/i02.2017.246.214000100.105(c).jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu