Miasta są nasze, czyli czyje? [KOMENTARZ]
W mieście już się nie mieszka. W mieście się walczy. I nie chodzi mi tu o nieustanne spory wokół różnych marszów, parad i mniej
lub bardziej oddolnych wybuchów społecznego niezadowolenia. To
incydenty. Bo gdyby podział przebiegał tylko między aktywistami, którzy w imię swojej sprawy paraliżują miasto, a tymi, którzy chcą po prostu żyć i dostać się z punktu A do B, to konflikt byłby marginalny. A nie jest. Przypomina regularną wymianę ognia, w którą zaczyna być zaangażowanych coraz więcej grup.