Jak blednie blask miasta na szczycie
N a liście metafor najczęściej wykorzystywanych przez amerykańskich prezydentów wysokie miejsce zajmowałoby „miasto na górze”. W najnowszej historii USA ze świecą szukać lokatora Białego Domu, który nie sięgnąłby po nią choć raz. Namiętnie używał jej zwłaszcza Ronald Reagan: znajdziemy ją w jednym z jego pierwszych przemówień po wyborze na najwyższy urząd w kraju, jak również w pożegnalnej mowie do Amerykanów.
Nie jest tajemnicą, dlaczego politycy zza Atlantyku tak chętnie mówią o „mieście na górze”. Tym mianem określają bowiem swoją ojczyznę: widoczną z oddali, wyjątkową, pełną blasku, godną podziwu, w którą wlepiony jest wzrok wszystkich. Wielki amerykański historyk Perry Miller uznał wręcz metaforę miasta za mit założycielski Stanów Zjednoczonych. W końcu – wywodził – to właśnie taką obietnicę złożył swoim purytańskim pobratymcom w 1630 r. John Winthrop, jeden z liderów angielskich osadników w Nowym Świecie. Mieli zbudować „miasto na szczycie, na które będzie skierowany wzrok wszystkich ludzi”.
Przekonanie amerykańskich prezydentów o wyjątkowości własnego kraju nie jest nieuzasadnione. Lista amerykańskich osiągnięć jest długa – od żarówki elektrycznej, przez bombę atomową, człowieka na Księżycu (pomimo upływu pół wieku wciąż są jedyni!), a na komputerze osobistym skończywszy. Żaden kraj nie może się mierzyć z USA, jeśli idzie o liczbę laureatów nagrody Nobla. Tam są najlepsze uniwersytety.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.