Dwójmyślenie amerykańskich demokratów
P rezydent Joe Biden chciał wykorzystać historię i historia się postanowiła odwinąć. Obietnica wycofania ostatnich żołnierzy US Army z Afganistanu przed 11 września miała stworzyć wygodną paralelę z rocznicą zamachów na Amerykę sprzed 20 lat i dać prezydentowi pretekst do ogłoszenia „mission accomplished”, misji zakończonej powodzeniem. Zamiast tego głowa amerykańskiego państwa musi się tłumaczyć, jak to możliwe, że armia afgańska, w którą zainwestowano setki miliardów dolarów pochodzących z kieszeni amerykańskiego podatnika, oddała stolicę bez walki, a rządzący Kabulem wieją prywatnymi odrzutowcami.
Gdy świat obiegły zdjęcia zrozpaczonych ludzi chwytających się samolotów na pasie startowym kabulskiego lotniska i fotografie talibów w opuszczonych przez rząd gabinetach rządowych, Biden musiał wygłosić i tak odwlekane orędzie. – Mogłem dotrzymać umowy, jaką zawarliśmy za czasów prezydenta Trumpa, albo wrócić do walki z talibami w środku wiosny, w dogodnym czasie do bitwy dla najsilniejszych militarnie od 2001 r. talibów – oświadczył Biden. – Twardo stoję na swoim stanowisku. Amerykańskie siły nie mogą i nie powinny walczyć i umierać na wojnie, której nie chce toczyć samo afgańskie wojsko – kontynuował prezydent. Biden wybrał więc drogę graniczącej z pychą konsekwencji, uporu i obrony niepopularnych decyzji. Politycznie to najlepsze, co mógł zrobić; większość dziennikarzy ma pamięć złotej rybki i za tydzień zajmą się czymś innym. Głowa amerykańskiego państwa chce przeczekać przynajmniej pierwszą falę kryzysu i przebrnąć przez nią samą siłą woli. Prezydent z premedytacją nie odniósł się do szczegółów wydarzeń na miejscu, a czasu na pytania mediów nie przewidziano.
Jednak to, że Biden może przetrwać krytykę, nie oznacza, że sprawa ma tylko doraźny wymiar i umrze tak szybko, jak szybko amerykańskie i globalne media zwrócą oczy w inną stronę. Obrazki ludzi pozostawionych samym sobie, chaosu na kabulskim lotnisku i bojowników przejmujących stolicę bez walki uderzają w samo sedno amerykańskiego mitu, w to, co Ameryka myśli o sobie, i co chce, by myślał o niej świat. USA jako państwo ufundowane przez dysydentów i najambitniejszych wolnomyślicieli wśród poddanych króla Jerzego po dziś dzień przedstawia się jako protektor wszystkich demokratów na świecie. Do niedawna przecież Ameryka widziała swoją globalną rolę tak szeroko, że brak demokracji czy naruszanie praw człowieka gdzieś na świecie było same w sobie wystarczającym uzasadnieniem dla jej działań. Tak jakby wszyscy represjonowani czy uciskani na świecie ludzie sami byli kolejną generacją dzielnych i zbuntowanych pionierów, którzy przed wiekami zjednoczyli amerykańskie kolonie i powołali do życia demokratyczne państwo. Tymczasem przedstawiciele afgańskiego społeczeństwa obywatelskiego, którzy uwierzyli w demokratyczne instytucje i z takich czy innych powodów zdecydowali się współpracować z Amerykanami, zostali sami na łasce talibów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.