Wielkie sprzątanie list wyborców
Walka z rzekomymi przekrętami przy urnach to jeden z leitmotivów prezydentury Donalda Trumpa
Czy można za jednym zamachem skreślić z rejestru wyborców ponad 200 tys. osób, jeśli algorytm twierdzi, że zmienili miejsce zamieszkania? Na pewno nie na kilkanaście miesięcy przed głosowaniem, które rozstrzygnie, czy Donald Trump pozostanie prezydentem USA na drugą kadencję. I z pewnością nie w Wisconsin, jednym z „wahających się” stanów (tzw. swing states), gdzie 3,3-milionowy elektorat jest podzielony mniej więcej po równo na zwolenników republikanów i demokratów. W praktyce o wygranej często przesądza tam stosunkowo niewielka grupa politycznie rozdartych obywateli, których na ostatniej prostej zwabiła do urn skuteczniejsza machina partyjna. Demokraci do dziś nie mogą przeboleć niespełna 23 tys. głosów, które zadecydowały o tym, że w wyborach prezydenckich przed czterema laty Wisconsin padło łupem Trumpa. Hillary Clinton, pewna poparcia, jakiego tradycyjnie udzielały lewicy niebieskie kołnierzyki z rejonów przemysłowych, ani razu nie zawitała do tego stanu podczas kampanii. Efekt był taki, że milioner z Nowego Jorku, który brylował tam na wiecach, przeciągnął na swoją stronę kilkadziesiąt hrabstw zamieszkiwanych w większości przez białych robotników. W tym roku demokraci, aby odkupić swoją pychę, organizują konwencję w Milwaukee i zapewniają, że będą zabiegać o każdy głos. Dlatego nawet coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak rutynowe porządki w wyborczej biurokracji, może łatwo się przerodzić w polityczną wojnę rozgrywaną na sali sądowej.
Partyjne sądy
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.