Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Trump poszedł w radykalizm

12 września 2024
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

N ie ma już śladu po wygładzonej, umiarkowanej wersji Donalda Trumpa z lipca, z okresu po zamachu na jego życie. Na debatę z Kamalą Harris republikanin przywdział swoją gorszą maskę. Łatwo dawał się prowokować (licytacja na temat tłumów na wiecach), ordynarnie kłamał (gdy mówił, że demokraci opowiadają się za aborcją dzieci już po ich narodzinach), rozwodził się nad absurdalnymi teoriami spiskowymi (gdy stwierdził, że migranci w Springfield w Illinois jedzą koty i psy). To maska gorsza nie tylko dlatego, że takie komentarze są po prostu paskudne i po tylu już latach nudne i przewidywalne. Jest gorsza, bo to dla niego fatalna strategia wyborcza. Tak więc dla tych, którzy kibicują Trumpowi, debata nie przyniosła dobrych wiadomości. Republikanin znów skręca w radykalizm, znów próbuje się wybijać na negatywnych emocjach, co ostatnimi czasy nie przynosiło mu politycznych zwycięstw.

Trump w całej swojej karierze politycznej na przemysłową skalę stosuje prosty zabieg, nazywany w USA „dog whistle”, czyli gwizdaniem na psa. Polega on na użyciu w politycznym przekazie zakodowanego języka, by zdobyć poparcie określonej grupy bez wzbudzania sprzeciwu wśród innych. Nazwa koncepcji pochodzi od ultradźwiękowych gwizdków dla psów, które są słyszalne dla czworonogów, ale nie dla ludzi. Już hasło „Make America great again” (Przywróćmy wielkość Ameryce) jest takim naprowadzeniem, pośrednim odwołaniem do pastelowych lat 50. XX w., okresu powojennego dobrobytu, suburbanizacji i wzrostu klasy średniej. Przed rewolucją seksualną i rozwojem ruchu praw obywatelskich. Przed Civil Rights Act z 1964 r., zakazującym segregacji w miejscach publicznych, dyskryminacji przy zatrudnieniu i ułatwiającym egzekwowanie prawa wyborczego przez mniejszości. Niby MAGA jest niewinna, ale wiadomo, o co chodzi: chodzi o stary porządek.

„Dog whistle” u Trumpa zaczęło się od kwestionowania miejsca narodzin Baracka Obamy (Hawaje) oraz jego religii (protestant). Wypowiadając się o demokracie, nowojorczyk niemal za każdym razem mówi o nim „Barack Hussein Obama”, intencjonalnie używając jego drugiego imienia, czego nie czyni w przypadku innych osób. Do dziś powiela popularne teorie spiskowe, zabezpieczając się przed oskarżeniami o kłamstwo deklaracjami: „słyszałem to w telewizji”, „tak mówili mi zaufani ludzie”. Tak robi też w przypadku viralowych już „kotów i psów”, rzekomo jedzonych przez migrantów. Tym razem jednak chyba poszedł o krok za daleko i więcej na tym straci, niż zyska. Fundamentalne pytanie współczesnych amerykańskich wyborów prezydenckich dotyczy tego, czy lepiej mobilizować swój żelazny elektorat, czy iść po wyborców środka, umiarkowanych, po prostu sceptycznych wobec twardego podziału na obozy Trump i anty-Trump.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.