Od wojen zimnych do gorących
Donald Trump obiecał światu gaszenie pożarów, a wznieca kolejne. Na razie są to raczej wojny handlowe i konflikty dyplomatyczne, ale niebezpieczną granicę bardzo łatwo przekroczyć
Trump postanowił unieważnić starą zasadę strategiczną, że wrogów najlepiej bić po kolei. Po pierwsze, zaczął od uderzania w partnerów, po drugie – w różnych równocześnie. Co prawda dotychczas posługuje się metodami szantażu ekonomicznego i politycznego, ale po drodze, odnosząc się do ewentualnej eskalacji sporu o Grenlandię, „nie wykluczył” też użycia siły militarnej. Potem jego współpracownicy starali się te słowa łagodzić i rozmywać przekaz, ale komunikat poszedł w świat. I nawet jeśli politycy i eksperci ostatecznie mogą przyjąć, że to tylko lapsus, to w świadomości wielu wyborców w różnych zakątkach globu pozostanie zadra, która w krytycznym momencie może spowodować oddanie głosu raczej na partie anty- niż proamerykańskie.
Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych zapewne to lekceważy, ale to błąd. Żadne mocarstwo nigdy nie jest tak potężne, by nie potrzebowało sojuszników. A sojusze to nie tylko doraźny rachunek strat i zysków. To także zaufanie, często budowane latami. Gdy go zabraknie, zamiast partnerów ma się klientów. A klient, wiadomo, ostatecznie kupi tam, gdzie dadzą mu niższą cenę i lepszy serwis. Albo gdzie mają lepszą promocję i ładniejsze hostessy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.