NATO zaczyna pękać
Prezydent Obama wybrał amerykańską strategię wobec Afganistanu.
Jest ona następstwem patrzenia na Afganistan przez okulary głównodowodzącego najpotężniejszą armią świata. Sprawdza się znane amerykańskie powiedzenie: jeśli trzymasz młotek w ręku, wszystkie problemy wyglądają jak gwoździe. I tak mamy w tym przypadku. Tylko niestety - problem afgański nie jest owym gwoździem, nie jest kryzysem militarnym, który można rozstrzygnąć dawkowaniem siły zbrojnej.
Płonne nadzieje na demokrację
Władze w Afganistanie są słabiutkie, administracja Hamida Karzaja jest skompromitowana, a sam pseudowybrany prezydent nie ma autorytetu. Nadzieje, że władze afgańskie okrzepną pod skrzydłami sił międzynarodowych, są płonne. Przeciwnie, im mocniej Karzaj i jego ekipa będą ubezpieczani i wspierani przez wojska z zewnątrz, tym bardziej będą tracić w oczach Afgańczyków. W lipcu 2011 r., kiedy prezydent Obama chce rozpocząć wycofywanie z Afganistanu, sytuacja będzie zapewne prawie taka jak dzisiaj, kiedy prezydent myśli o dosyłaniu żołnierzy.
Dlatego potrzebna jest zmiana filozofii. Zamiast próby budowania państwa afgańskiego od góry, od ustanowienia najpierw władz centralnych przy wsparciu sił międzynarodowych, należałoby zacząć budować je od dołu, czyli przekazywać odpowiedzialność miejscowym przywódcom, niezależnie od tego, jaką opcję reprezentują. Nawet jeśli przywódcy lokalni - także talibowie - byliby wręcz wrogo nastawieni do Zachodu.
Reżim centralny
Wojska międzynarodowe nie mogą siłą utrzymywać niechcianego reżimu, nie powinny stać się stroną w wojnie domowej. Niechciany reżim centralny nigdy nie zapanuje całkowicie nad krajem. Jest prawie pewne, że mniej więcej w dzień po wyjściu sił międzynarodowych sam by także "wyszedł", pozostawiając Afganistan w stanie totalnego chaosu (przypadek Wietnamu Południowego po wyjściu Amerykanów).
Dlatego kontynuowanie dotychczasowej linii strategicznej przez proste dosyłanie tam kolejnych wojsk jest najzwyczajniej prostą drogą do Wietnamu II, tym razem nie tyle dla Amerykanów, ile dla NATO. Pamiętajmy, że wojny wietnamskiej Amerykanie nie przegrali w Wietnamie. Przegrali ją w Ameryce, u siebie w domach. Opinia publiczna nie wytrzymała ciśnienia informacji o okrucieństwach wojny, o nieskuteczności eskalowanych bombardowań, o wysyłanych bez sensu kolejnych żołnierzy. To samo czeka państwa europejskie NATO w razie kontynuowania obecnej strategii. Oczywiście, że nie przegramy militarnie z talibami w górach Afganistanu. Ale też nie wygramy z nimi. Trwać będzie coraz bardziej beznadziejna wojna na wyczerpanie. I z tego powodu kolejne państwa NATO zaczną "pękać", wycofywać się z wojny bez końca, powodując dezintegrację koalicyjnego zgrupowania.
Trzeba ratować NATO przed takim scenariuszem. Należałoby w najbliższych tygodniach zastanowić się wewnątrz NATO nad podejściem do proponowanej strategii amerykańskiej. Zwykłe podążanie za nią jak za panią matką nie jest wyjściem.
Wojna solidarna
W związku z tym głównym wyzwaniem dla polskich decydentów politycznych dziś nie jest problem zaakceptowania lub odrzucenia przygotowanego przez wojskowych planu zwiększenia naszej obecności w Afganistanie. Głównym zadaniem powinno być podjęcie próby doprowadzenia w NATO do politycznego przełomu w podejściu do kryzysu afgańskiego. Idzie o dostosowanie statusu wspólnej operacji do realnych warunków wojennych, czyli przekształcenie jej z dowolnej w obowiązkową dla wszystkich, z niesolidarnej w solidarną. Bez takiej zmiany wysyłanie dodatkowego wojska nie ma sensu, bo niezależnie od liczby żołnierzy nie da się wygrać wojny niewojennymi metodami. W razie braku konsensusu trzeba zmienić cały sposób podejścia NATO do wyzwania afgańskiego (włącznie z uruchomieniem prac nad strategią wyjścia).
Słabnące NATO
Nasza obecność w Afganistanie wynika głównie z troski o spójność NATO. Jeśli nie zmienimy statusu operacji i procedur, wygranie wojny będzie niemożliwe, niezależnie jak wielu dodatkowych żołnierzy zostałoby wysłanych. Polska decyzja wobec Afganistanu powinna zaczynać się w Brukseli, w NATO, od prac nad tą zmianą, a decyzję narodową o liczbie dodatkowych żołnierzy należy zostawić na koniec. Tym bardziej, że gdyby udało się doprowadzić do takiej zmiany, nie byłoby potrzeby wysyłania większej liczby żołnierzy, zwłaszcza przez Polskę. Zdjęte ograniczenia lub dosłanie żołnierzy przez te państwa NATO, które są minimalnie zaangażowane, rozwiązałoby problem wsparcia strategii amerykańskiej. Jeśli natomiast przełomu nie uda się dokonać, to i wysyłanie większej liczby żołnierzy w ogóle nie ma sensu, bo to marnotrawstwo środków bez nadziei na sukces. Utrzymywanie sytuacji, gdy państwa członkowskie Sojuszu są nierównomiernie zaangażowane w operację, osłabia NATO. Wzmacniając procedury wewnętrzne NATO, możemy najlepiej pomóc Amerykanom, zabezpieczając jednocześnie swój narodowy interes bezpieczeństwa.
@RY1@i02/2009/246/i02.2009.246.000.013a.001.jpg@RY2@
Stanisław Koziej
Piotr Bernaś
@RY1@i02/2009/246/i02.2009.246.000.013a.002.jpg@RY2@
Amerykańskie wojska w Afganistanie, grudzień 2009 r.
AFP
Stanisław Koziej*
były wiceszef MON
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu