Herman Van Rompuy nie będzie europejskim krasnoludkiem
@RY1@i02/2009/227/i02.2009.227.000.012a.101.jpg@RY2@
Thomas Klau
Materiały prasowe
Chaos decyzyjny towarzyszący nominacji pary Van Rompuy/Ashton nie jest niestety europejską specyfiką. Widać to przy obsadzie kluczowych instytucji od początku istnienia Unii. W 1995 r. na czele Komisji Europejskiej miał stanąć Belg Jean-Luc Dehaene, ale Wielka Brytania zdecydowanie się temu sprzeciwiła i po długich trudnych targach padło na Luksemburczyka Jacques’a Santera. Podobne przepychanki towarzyszyły nominacji Jose Manuela Barroso. Po prostu zbyt wiele jest w Unii różnych interesów i przede wszystkim wyobrażeń, czym mają być powołane prze Lizbonę unijne urzędy.
Mechanizm podejmowania decyzji personalnych nie przypomina budowania sojuszy jak w sprawach merytorycznych. Po prostu żongluje się nazwiskami, dopóki nie będzie zgody największych unijnych graczy. Reszta zwykle dołącza.
W starej Unii nazwiska podrzucał tandem niemiecko-francuski, a szef brytyjskiego rządu mówił "tak" lub "nie". Teraz do sukcesu potrzeba też zgody Polski jako przedstawiciela nowych krajów UE oraz Hiszpanii i Włoch. Nie było wyraźnych linii podziału, np. na nowych i starych członków Unii. Układanka poparcia wyglądała inaczej przy różnych personalnych konfiguracjach.
Nie tak prędko. Uważam, że tak jednoznaczne przeciwstawienie międzynarodowej gwiazdy szaremu unijnemu krasnoludkowi było bardzo sprytnym zagraniem propagandowym Brytyjczyków, którzy widzieli w fotelu prezydenta Europy Tony’ego Blaira. Argumentowali, że Europa potrzebuje kogoś, kto będzie słynnym numerem telefonu na Stary Kontynent, którego życzył sobie kiedyś były sekretarz stanu USA Henry Kissinger. Co do tego nikt nie ma wątpliwości. Ale jaka jest gwarancja, że właśnie Blair, a nie np. Van Rompuy stałby się takim panem Europą?
Oczywiście. Ale należy pamiętać, że urząd prezydenta Europy dopiero się tworzy. Premier Belgii Herman Van Rompuy będzie dopiero musiał zbudować swój autorytet w nowej roli. A zbuduje go tylko dzięki umiejętności poruszania się po unijnych korytarzach i klecenia skomplikowanych większości. Cóż z tego, że gwiazda w stylu Blaira jest dziś rozpoznawalna na całym świecie. Prezydent niezorientowany w brukselskich meandrach stałby się szybko nieefektywny, generując albo niepotrzebny chaos, albo wpadając w izolację. I w jednym, i w drugim przypadku jego gwiazda szybko by wyblakła. Zwłaszcza że i tak było wiele krytyki pod adresem sposobu jego wybierania.
To jest sprawa, którą Unia będzie musiała mocno rozważyć. Deficyt demokracji i problem z legitymacją unijnych stanowisk mocno nam doskwiera. Z drugiej strony rządy i narodowe parlamenty wcale nie kwapią się do dzielenia się uprawnieniami, czego dowodzą problemy z ratyfikacją Lizbony. Były szef Komisji Europejskiej Jacques Delors proponuje, by demokratyzację zacząć małymi krokami.
Na początek europejskie partie polityczne powinny iść do eurowyborów z kandydatem na szefa Komisji, aby ten urząd ewoluował w kierunku unijnego premiera, a nie tylko administratora. Demokratycznie obierany prezydent Europy byłby kolejnym krokiem. Mógłby go wybierać albo europarlament, na wzór niemiecki, albo wszyscy Europejczycy, według modelu francuskiego. To jednak temat, który stanie się realny nie wcześniej niż za 10 - 20 lat. Najpierw trzeba sprawdzić, czy prezydent Europy sprawdzi się w praktyce.
Przynajmniej według brukselskiego korespondenta dziennika Liberation Jeana Quatremera obowiązuje specyficzny algorytm. Zgodnie z wynikiem wyborów do europarlamentu dwa fotele muszą przypaść chadekom, a jeden socjaliście. Silny jest postulat, że jedno stanowisko powinna dostać kobieta. Znaczenie ma również geografia. Zasada sprawdziła się w pełni: szefem Komisji Europejskiej jest reprezentujący południe Europy chadek Jose Manuel Barroso, prezydentem pochodzący z tej samej politycznej rodziny Belg Van Rompuy, a stanowisko zarezerwowane dla kobiety reprezentującej lewicę i północ kontynentu przypadło Lady Ashton. Wschód też ma swojego człowieka w osobie szefa EP Jerzego Buzka.
analityk i szef paryskiego biura Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu