Wojna z terroryzmem schodzi na drugi plan
Walka z terroryzmem nie jest już podstawą amerykańskiej strategii bezpieczeństwa narodowego.
Zgodnie z nową wersją dokumentu, którą wczoraj ogłosił prezydent Barack Obama, Stany Zjednoczone mają teraz skoncentrować się na kontrolowaniu procesu "umacniania się wielu rywali" na świecie.
Choć nazwisko George’a W. Busha w strategii nie pada, to w wielu miejscach odwołania do byłego prezydenta są jasne. Zaczynając od dwóch konfliktów zbrojnych, które rozpoczął poprzednik Obamy.
"Zahartowana wojną i zdyscyplinowana przez niszczący kryzys gospodarczy" Ameryka nie może przedłużać interwencji wojskowej w Iraku i Afganistanie - zapowiada we wstępie Barack Obama. Dlaczego? - Ciężar nowego wieku nie może spaść tylko na barki Stanów Zjednoczonych. Nasi przeciwnicy chcieliby, aby Ameryka wyczerpała swoje siły poprzez zaangażowanie się na zbyt szerokim froncie - tłumaczy prezydent.
Amerykańska dyplomacja ma teraz w ogromnym stopniu polegać na organizacjach międzynarodowych. To kolejny przykład zerwania z dotychczasową doktryną bezpieczeństwa narodowego USA, którą prezydent Bush ogłosił w 2002 roku. Wówczas hasłem przewodnim był "unilateralizm" strategii zagranicznych Ameryki, który miała uzasadniać wyjątkowa pozycja gospodarcza i wojskowa Stanów Zjednoczonych. Teraz Obama co prawda przyznaje, że Waszyngton "nie ma prawdziwego rywala wojskowego". Ale podkreśla równocześnie, że świat stał się zbyt złożony, aby sama Ameryka mogła w nim rozwiązywać wszystkie problemy. - Aby odnieść sukces, musimy widzieć problemy globalne takimi, jakie one są - podkreśla amerykański prezydent.
Na razie kluczowym forum współpracy międzynarodowej ma być dla Waszyngtonu G20. Amerykanie ostatecznie chcą porzucić wcześniejszą formułę G8, dokooptowując nowe potęgi: Chiny, Indie czy Brazylię. - Jesteśmy zdecydowani poszerzyć krąg krajów, które chcą przejąć odpowiedzialność za losy świata - tłumaczy Ben Rhodes, zastępca doradcy ds. bezpieczeństwa Baracka Obamy i główny autor nowej strategii.
Wojna z terrorem, która od zamachów z 11 września przez blisko 9 lat była niemal obsesją amerykańskiej strategii bezpieczeństwa, teraz schodzi na dalszy plan. Zamiast sformułowania "radykalizm islamski" Obama woli użyć określenia "brutalny ekstremizm". I wskazuje, że to tylko jedno z wielu wyzwań dla bezpieczeństwa Amerykanów obok zależności od kopalnych źródeł energii, ataków informatycznych, zapaści finansowej czy ocieplenia klimatu Ziemi. - Nie może być tak, że tylko walka z terroryzmem kształtuje amerykańskie zaangażowanie na świecie - tłumaczy Obama.
Strategia wskazuje na nowy typ zagrożenia terrorystycznego, które pochodzi już nie spoza USA, ale z samego kraju. "Niebezpieczeństwo ataków terrorystycznych nie jest już ograniczone do skomplikowanych ataków jak 11 września, ale w coraz większym stopniu obejmuje akcje podejmowane przez pojedyncze osoby z użyciem stosunkowo prymitywnych, choć zabójczych środków" - wskazują autorzy dokumentu. Przykładów nie trzeba daleko szukać - zaledwie w maju obywatel USA pakistańskiego pochodzenia próbował dokonać zamachu na nowojorskim Times Square.
Największym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych jest natomiast broń masowego rażenia, a w szczególności jądrowa. - To radykalna zmiana w stosunku do dotychczasowej strategii bezpieczeństwa USA - podkreśla Susan Rice, ambasador USA przy ONZ.
Prezydent Obama zrezygnował także z doktryny prewencyjnego uderzenia, którą George W. Bush po raz pierwszy zastosował w marcu 2003 roku wobec Iraku. Wykreślono także zapis, zgodnie z którym "szerzenie demokracji" na świecie jest priorytetowym zadaniem amerykańskiej dyplomacji.
@RY1@i02/2010/103/i02.2010.103.000.009a.001.jpg@RY2@
Fot. AFP/East News
Obama podczas zakończeniu roku akademickiego na akademii wojskowej WestPoint
Jędrzej Bielecki
jedrzej.bielecki@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu