Protest czerwonych koszul utopiony we krwi
Tajska armia krwawo stłumiła trwający od ponad dwóch miesięcy protest opozycji w centrum Bangkoku.
Rano miejscowego czasu wojsko dokonało szturmu na obóz czerwonych koszul, zwolenników obalonego w 2006 r. premiera Thaksina Shinawatry, którzy okupowali biznesową i handlową część stolicy.
W strzelaninie zginęło co najmniej pięć osób, w tym jeden dziennikarz. Aresztowano przywódców opozycji. - Przepraszam za to, że zawiodłem. Apeluję o zakończenie protestu, bo nie chcę, by ktoś jeszcze zginął - powiedział wieziony na komisariat Jatuporn Prompan.
W Bangkoku cały czas jest niespokojnie. Nad miastem unosi się gęsty dym. Na ulicach płoną opony, zwolennicy czerwonych koszul podpalili największe centrum handlowe oraz budynki rządowej telewizji, wdarli się też giełdę. Zdarzają się przypadki szabrownictwa. Mimo to rząd i armia zapewniają, że sytuacja w stolicy jest już pod ich kontrolą.
Zwolennicy Thaksina Shinawatry (obecnie jest on obywatelem Czarnogóry, a mieszka w Dubaju) i jego partii Thai Rak Thai (Taj Kocha Taja) zjechali do Bangkoku na początku marca z żądaniem rozpisania przedterminowych wyborów. To głównie mieszkańcy północnej części kraju, którzy wciąż wierzą w populistyczne hasła głoszone przez byłego szefa rządu.
Kilka razy dochodziło nawet do zawarcia z rządem wstępnych porozumień, ale nigdy nie przerodziły się one w ostateczne ustalenia. Liderów opozycji było blisko 20 i nie byli oni w stanie wypracować jednolitego stanowiska.
@RY1@i02/2010/097/i02.2010.097.000.014c.001.jpg@RY2@
Fot. AFP
pc, bbc, ap
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu