Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Rozprawa z czerwonymi koszulami

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Do 37 wzrosła liczba ofiar ulicznych walk, jakie od pięciu dni toczą się w stolicy Tajlandii. Rząd i wojsko zaciskają kordon wokół obozu rozbitego w centrum Bangkoku przez opozycyjne czerwone koszule, które domagają się rozpisania przedterminowych wyborów.

Trwający już od ponad dwóch miesięcy konflikt sprawia, że Tajlandia, reklamująca się jako kraina uśmiechów, przestała się wielu turystom uśmiechać jako miejsce wypoczynku. Choć niebezpiecznie jest tylko w niewielkiej części Bangkoku, to docierające z mediów obrazy sprawiają wrażenie, że po całym kraju przetacza się fala przemocy.

Z danych przytoczonych przez organ nadzorujący tajlandzki sektor turystyczny wynika, że tylko w kwietniu liczba odwiedzających ten kraj gości spadła o 100 tys., co przełożyło się na 156 mln dol. strat. W najpopularniejszym z tajlandzkich kurortów - Phuket - czerwcowe rezerwacje obejmują jedynie 15 proc. dostępnych miejsc.

Wczoraj zmarł w szpitalu gen. Khattiya Sawatdiphol, który wspierał protestujących zwolenników obalonego w 2006 r. premiera Thaksina Shinawatry. W zeszły czwartek podczas rozmowy z dziennikarzem "International Herald Tribune" został on postrzelony w głowę przez snajpera, co rozkręciło kolejną spiralę przemocy.

Jeszcze wczoraj rano wszystko wskazywało na to, że armia przygotowuje się do ostatecznego uderzenia na czerwone koszule. Protestującym postawiono ultimatum: ostrzeżono ich przed "groźnymi konsekwencjami", jeśli nie opuszczą okupowanej od kilku tygodni reprezentacyjnej, handlowej dzielnicy Bangkoku Rajprasong. Wojenny klimat potęgował krążący samolot, z którego nad stolicą Tajlandii zrzucano ulotki wzywające 5 tys. zwolenników Shinawatry do natychmiastowego opuszczenia miasta.

Po południu rząd nieoczekiwanie zmienił zdanie. Przystał na zaproponowany przez czerwone koszule rozejm, ale postawił warunek - zwolennicy opozycji mieli powrócić z innych części miasta do swojego obozowiska i tu pozostać. Gdy zamykaliśmy to wydanie "DGP", nie była jeszcze znana odpowiedź czerwonych koszul.

Czerwone koszule to zwolennicy obalonego przez armię z powodu korupcji premiera Thaksina Shinawatry (obecnie ma on obywatelstwo Czarnogóry). Stworzono przez niego partia Thai Rak Thai (co w wolnym tłumaczeniu znaczy Taj Kocha Taja) przejęła władzę w 2001 r. dzięki wyjątkowo populistycznym hasłom. Ciągle wierzą w nie biedniejsi Tajowie, zwłaszcza z północy kraju. Z jego powrotem do władzy wiążą oni nadzieje na poprawę swojego życia. Obecny premier Abhisit Vejjajiva oskarżany jest przez swoich przeciwników o reprezentowanie interesów jedynie bogatszych Tajów. Zarzuca mu się też korupcję.

Dwa tygodnie temu wydawało się, że sytuacja zostanie opanowana. Premier Vejjajiva ogłosił, że jest gotów przeprowadzić przedterminowe wybory w listopadzie. W zamian oczekiwał, że czerwone koszule odblokują centrum stolicy kraju. Propozycja nie została jednak zaakceptowana przez drugą stronę. Jedną z przyczyn jest to, że opozycja ma ok. 20 liderów, którzy nie są w stanie wypracować jednolitego stanowiska.

@RY1@i02/2010/095/i02.2010.095.000.015a.001.jpg@RY2@

Fot. EAST NEWS

Wczorajsza antyrządowa demonstracja w Bangkoku

Piotr Włoczyk

piotr.wloczyk@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.