Prawica ma swojego Blaira
Gdy w grudniu 2005 r. 39-letni wówczas David Cameron przejmował kierowanie Partią Konserwatywną, mało kto się spodziewał, że tak szybko wyprowadzi ją z marazmu - od tego czasu prawie nieprzerwanie prowadziła w sondażach. To efekt zarówno jego medialności, jak i zmian, które przeprowadził w partii.
Choć sam mógłby być stereotypowym przykładem dawnego torysowskiego elitaryzmu - pochodzi z zamożnej rodziny finansistów, kształcił się w Eton i Oxfordzie - właśnie ten elitaryzm przełamał. Po raz pierwszy konserwatyści zaczęli mówić o globalnym ociepleniu, nie oponowali przeciw przyznaniu praw homoseksualistom, zwiększyli liczbę kobiet i przedstawicieli mniejszości etnicznych na swoich listach.
- Jestem z pewnością wielkim fanem Margaret Thatcher, ale nie wiem, czy to od razu czyni mnie thatcherystą - deklaruje Cameron. Co więcej, swego czasu określił się jako spadkobierca Tony’ego Blaira, który skutecznie przesunął lewicową Partię Pracy do centrum.
Faktem jest, że pod jego kierownictwem torysi mocno odeszli od linii byłej brytyjskiej premier, zwracając większą uwagę na sprawy społeczne. Nawet w tej kampanii Cameron radykalnie odciął się od dziedzictwa Thatcher. Podczas gdy Żelazna Dama mawiała, iż "nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo, są tylko jednostki", naczelnym hasłem torysów była budowa "wielkiego społeczeństwa", w którym obywatele wspólnie biorą sprawy w swoje ręce i przejmują niektóre funkcje państwa. Tak zdaniem Camerona powinien wyglądać współczesny konserwatyzm, który ma być opozycją wobec nadmiernie rozbudowanego państwa.
Modernizacja nie wszystkim przypadła do gustu. Spora część partyjnych działaczy odeszła z powodu tego, iż Partia Konserwatywna stała się zbyt mało konserwatywna. Krytycy nazywają Camerona Davidem Kameleonem. Rzeczywiście, 4,5 roku jego rządów to nieustanne zwroty bądź ku centrum, bądź w kierunku bardziej tradycyjnej polityki torysów (np. zapowiadanie obniżenia podatków czy obietnica referendum w sprawie traktatu lizbońskiego), w których istotną rolę odgrywają sondaże opinii publicznej.
Także teraz Cameron gotowy jest do dużych ustępstw. Ale jeśli ich nie dokona, alternatywą jest rząd Liberalnych Demokratów i laburzystów, który zmieni brytyjski większościowy system wyborczy. Wtedy jego szanse na wprowadzenie się na Downing Street 10 znacznie spadną.
Bartłomiej Niedziński
korespondencja z Londynu
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu