Brytania traci zaufanie Ameryki
Nowy rząd w Londynie będzie się starał przywrócić krajowi znaczenie na arenie międzynarodowej. Te wysiłki może jednak storpedować nowa polityka zagraniczna Baracka Obamy, który szuka dla USA partnera w silnej i zjednoczonej Europie
Po raz pierwszy od trzynastu lat za sterami brytyjskiego rządu mogą stanąć konserwatyści.
Wyborcy, którzy wczoraj poszli do urn licząc na odbudowanie mocarstwowej rangi Brytanii w światowej polityce, rozczarują się. David Cameron - bez względu na to, czy będzie rządzić sam czy w koalicji - nie przestawi polityki zagranicznej na nowe tory.
W najważniejszych dla Londynu sprawach zagranicznych, czyli stosunkach z USA, miejscu kraju w Unii Europejskiej czy udziale w wojnie w Afganistanie rządząca do tej pory Partia Pracy oraz opozycja - Partia Konserwatywna i Liberalni Demokraci są zaskakująco zgodne. W efekcie polityka zagraniczna nie była tematem kampanii.
- Nawet zasadnicza różnica między konserwatystami a Liberalnymi Demokratami w sprawie polityki europejskiej nie ma obecnie większego znaczenia. Przecież w obliczu problemów z Grecją nikt rozsądny w Wielkiej Brytanii teraz nie proponuje wejścia do strefy euro - mówi "DGP" Christopher Coker z London School of Economics.
Jeśli dziś się okaże, że Partia Konserwatywna nie zdobyła wystarczającej liczby miejsc w Izbie Gmin, by utworzyć rząd, jednym z możliwych rozwiązań jest gabinet mniejszościowy, np. wspierany przez Liberalnych Demokratów. - Pozycje obu partii w polityce zagranicznej się zbliżyły. Konserwatyści nie mówią o wyjściu z Unii, a Nick Clegg tak samo jak inni uważa, że w Afganistanie powinniśmy zostać tak długo, jak będzie trzeba, bo to pierwsza linia obrony przed terroryzmem w kraju - mówi "DGP" Inderjeet Parmar, politolog z uniwersytetu w Manchesterze.
Zdaniem amerykańskich analityków perspektywa słabego mniejszościowego rządu niepokoi administrację Baracka Obamy, która coraz bardziej będzie upatrywać swojego partnera w UE jako całości. Niedawno także komisja spraw zagranicznych Izby Gmin zwróciła uwagę na słabnięcie tego, co kiedyś Winston Churchill nazwał "specjalnymi stosunkami", oraz ostrzegła, że Wielka Brytania powinna się przestać uważać za mocarstwo o znaczeniu globalnym. - To, czy rząd jest mniejszościowy czy nie, ma znaczenie w sprawach wewnętrznych, gdy trzeba będzie redukować deficyt budżetowy, a nie w polityce zagranicznej - uważa Coker. Problemem w stosunkach z Waszyngtonem jest coś innego - po pierwsze, że Obama nie przywiązuje szczególnej wagi do stosunków z Europą, a po drugie - że Londyn traci na znaczeniu jako sojusznik.
- W ostatnich latach brytyjskie wojska poniosły dwie spektakularne porażki - w Basrze i Helmandzie. Na dodatek na pewno nastąpią cięcia w wydatkach na obronność. Na szczęście politycy są dość rozsądni i nie łudzą się, że istnieją jeszcze jakiekolwiek specjalne stosunki - mówi nam Coker. - Większym zagrożeniem niż rząd mniejszościowy jest brak doświadczenia, zarówno Davida Camerona, a tym bardziej Nicka Clegga. Cameron popełnił kilka błędów, chociażby przypisując Rosji winę za wybuch konfliktu w Gruzji. Ale gdy Tony Blair obejmował władzę w 1997 roku, też nie miał doświadczenia - dodaje Parmar.
@RY1@i02/2010/088/i02.2010.088.000.008a.001.jpg@RY2@
Fot. AP
Lider Liberalnych Demokratów Nick Clegg głosował w Sheffield w północnej Anglii. Jego żona - Miriam Gonzales Durantez - nie głosowała, ponieważ jest obywatelką hiszpańską
Bartłomiej Niedziński
korespondencja z Manchesteru
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu