Wygrani będą przegranymi
Każdy nowy rząd Brytanii zostanie zmuszony do dużych oszczędności
Mervyn King, szef Bank of England, brytyjskiego banku centralnego, powiedział niedawno w prywatnej rozmowie, że zwycięzca czwartkowych wyborów - niezależnie, kto nim będzie - dostanie do wypicia kielich z trucizną. Cięcia przeprowadzone przez nowego premiera muszą być tak drastyczne, iż jego partia nie powróci do władzy przez całe pokolenie.
Choć laburzystowski premier Gordon Brown i lider konserwatywnej opozycji David Cameron starannie unikali konkretów, gdzie i na czym zamierzają oszczędzać, by załatać rekordowy w powojennej historii kraju deficyt budżetowy, złowieszcze słowo "cięcia" i tak zdominowało kampanię wyborczą. Wizja ta niepokoi tak zwykłych obywateli, jak i londyńskie City. Finansowe rekiny drżą najbardziej przed Nickiem Cleggiem, liderem Liberalnych Demokratów, który zapowiedział najostrzejsze cięcia. Bankowcy i finansiści już zresztą dostali po kieszeniach - w kwietniu wraz nowym rokiem budżetowym weszła w życie 50-procentowa stawka podatkowa dla zarabiających powyżej 150 tysięcy funtów rocznie (w City takie pensje nie należą do wyjątków) oraz 50-procentowy podatek od bonusów i premii w sektorze finansowym. Nawet konserwatyści, którzy od zawsze utrzymują dobre kontakty z City, zapowiedzieli, że po dojściu do władzy nie zniosą ich.
Jednak zdaniem Clegga to wciąż mało. Lider liberałów proponuje podniesienie podatków dla najlepiej zarabiających, zwiększenie podatków za domy warte ponad 2 miliony funtów oraz wprowadzenie ostrzejszego nadzoru nad sektorem bankowym.
Finansiści ostrzegają, iż może się to skończyć tym, że zagraniczny kapitał zabierze swoje pieniądze i przeniesie się do bardziej przyjaznego biznesowi miejsca, ale wyborcy najwyraźniej są innego zdania. Nieoczekiwane zwycięstwo szefa Liberalnych Demokratów w pierwszej z trzech debat telewizyjnych spowodowało, że trzecia co do wielkości brytyjska partia - ale z racji większościowego systemu wyborczego do tej pory niemająca żadnego wpływu na politykę - nagle stała się głównym rozgrywającym.
Jak na wczesne popołudnie w lokalnym pubie Flat Iron w Salford sporo ludzi. Główny temat - wybory. Pete jeszcze nie wie, czy będzie głosował. - Oglądałem w zeszłym tygodniu debatę, ale mnie znudziła - wyjaśnia. W przyszłym tygodniu skończy 34 lata, pracy nie ma od sierpnia. - Wszyscy goście baru dostają zasiłki. Dzięki temu można jakoś przeżyć, lepiej niż za minimalną pensję (5 funtów dziennie), ta wystarcza ledwie na dwa piwa - mówi.
Nawet jeśli nie chcą jeszcze przyjąć tego do wiadomości, wszyscy, którzy tu siedzą, staną się prawdopodobnie pierwszymi ofiarami budżetowych cięć nowego rządu.
W sytuacji gdy brytyjski deficyt budżetowy sięga 167 miliardów funtów, zbudowane przez Partię Pracy państwo opiekuńcze jest nie do obronienia. Tylko wprowadzone po 1997 roku przez laburzystów zasiłki, ulgi czy dodatki pochłaniają 8 miliardów funtów rocznie.
- Dla Salford drastyczne cięcia budżetowe, które wydają się nieuniknione, będą katastrofą. Oznaczają one, że praktycznie wstrzymana zostanie regeneracja miasta, bo ponad połowa pieniędzy pochodziła z funduszy publicznych. Również mieszkańcy odczują oszczędności na własnej skórze, większość z nich otrzymuje rozmaite zasiłki czy zapomogi - mówi Pamela Walsh z lokalnej gazety "The Salford Advertiser".
Choć imigracja - poza głośną wpadką Gordona Browna w Rochdale, który emerytkę zaniepokojoną napływem ludzi z Europy Wschodniej nazwał bigotką - nie była tematem w tej kampanii, kiedy przyjdzie do szukania oszczędności, sprawa bez wątpienia powróci. - Budowaliśmy ten kraj przez 40 czy 50 lat, a teraz przyjeżdżają tu wszyscy, bo mamy najlepszy system opieki społecznej. Nie jestem przeciwko cudzoziemcom, ale nie może być tak, że ludzie ci nawet nie pracują, a korzystają z naszej służby zdrowia czy zasiłków - żali się we Flat Iron Norman, który jako rencista też korzysta z państwa opiekuńczego.
Nawet laburzyści, którzy odpowiadają za bezprecedensowy wzrost imigracji, doszli do tego samego wniosku. Zapowiedzieli wprowadzenie wzorowanego na Australii systemu punktowej oceny potencjalnych imigrantów z punktu widzenia przydatności dla gospodarki. Ale dotyczy to tylko krajów spoza UE.
W nowo utworzonym okręgu Gaston and Halewood w hrabstwie Merseyside na Partię Pracy głosują niemal wszyscy. W liczącym niewiele ponad 20 tysięcy mieszkańców Halewood pod Liverpoolem poza stacją kolejową oraz fabryką Land Rovera i do niedawna Jaguara nie ma dosłownie nic.
Pracuje w niej 2000 osób, co oznacza, że gdyby została zlikwidowana, na zasiłek poszłoby praktycznie całe miasteczko.
Wszystko zaczęło się w 1960 roku, gdy ówczesny rząd - notabene konserwatywny - wybrał Halewood jako siedzibę nowej fabryki Forda. Trzy lata później burmistrz Liverpoolu wyjechał z zakładu nowym oliwkowym fordem anglia.
Później Halewood przechodziło wszystkie wzloty i upadki brytyjskiej motoryzacji. Fabryce, która w szczytowym okresie zatrudniała ponad 14 tys. osób, kilkakrotnie bardzo poważnie groziła likwidacja. Tak było w 1978 roku, gdy zamykano pobliską fabrykę British Leyland, i dwie dekady później, gdy Ford zdecydował, że następca wysłużonego Escorta będzie produkowany po kontynentalnej stronie La Manche. Za każdym razem jednak Halewood udawało się przetrwać. Od 2001 roku wytwarzano tam najmniejszy model Jaguara, a dwa lata później - także Land Rovery. Ostatni zwrot akcji miał miejsce w zeszłym roku, gdy nowy właściciel obu marek - indyjski koncern Tata - ogłosił, że zamknie jedną z trzech brytyjskich marek.
Halewood znów miało szczęście, nie tylko ocaleje, ale jeszcze rząd - tym razem laburzystowski - przyznał Land Roverowi grant w wysokości 27 milionów funtów na rozwój nowego hybrydowego modelu LRX. Pomoc, w ramach rządowego programu Grant for Business Investments, obwarowana była tylko jednym zastrzeżeniem - produkcja nie może zostać przeniesiona za granicę. Dla mieszkańców Halewood oznacza to 900 nowych miejsc pracy.
To, co jest szczęściem dla Halewood, okazuje się problemem dla okolic Birmingham. Jedna z dwóch tamtejszych fabryk Jaguara Land Rovera - w Solihull lub Castle Bromwich zostanie zamknięta najpóźniej w połowie dekady.
Choć obie znajdują się w okręgach zdecydowanie głosujących na konserwatystów, nawet David Cameron, jeśli zostanie premierem, niewiele będzie mógł zrobic w tej sprawie.
@RY1@i02/2010/088/i02.2010.088.000.0016.001.jpg@RY2@
Fot. AFP/East News
Największe obawy City budzi Nick Clegg, lider liberałów (powieszony w środku), który chce podnieść podatki dla najbogatszych
Bartłomiej Niedziński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu