Polski i Rosji nie dzielą spory o znaczeniu fundamentalnym
Smutne, że trzeba było katastrofy w Smoleńsku, by nasze narody zobaczyły w sobie szansę, a nie tylko zagrożenie
Śmierć prezydenta Rzeczypospolitej wywołała w Rosji falę sympatii do Polski, wpisała się ponadto w czas odwilży we wzajemnych stosunkach. Jeśli obie strony mądrze ją wykorzystają, Smoleńsk ma szansę stać się momentem przełomowym. Nie zapoczątkuje przyjaźni, może jednak uwieńczyć dochodzenie do normalności. Polski i Rosji nie dzielą bowiem nieusuwalne rozbieżności, w długofalowej perspektywie potrzebujemy ścisłej współpracy. Smutne, że trzeba było tragedii, by nasze narody zobaczyły w sobie szansę, a nie tylko zagrożenie.
- Pod Smoleńskiem zginęli ci, którzy byli przeciwko pojednaniu z Rosją, w takiej sytuacji porozumienie ma dobre perspektywy - powiedział nam w dzień tragedii jeden z czołowych doradców Kremla. Rosyjscy polittechnolodzy znani są z brutalnego realizmu, w oficjalnej odsłonie jednak Moskwa pozostawiła cynizm w zaciszu gabinetów. Żałoba narodowa, telewizyjne orędzia prezydenta Miedwiediewa i premiera Putina, błyskawiczne powołanie komisji badającej przyczyny katastrofy, sprawna akcja przewożenia ciał i ich identyfikacji, pełna otwartość Moskwy, dopuszczenie Polaków do śledztwa, powtórna emisja w telewizji publicznej filmu "Katyń" Andrzeja Wajdy. To już nie dawna, nieudolna Rosja, zamknięta, podejrzliwa i nieufna wobec obcych. To nie Rosja z czasów zatonięcia "Kurska" i ataku czeczeńskiego komanda na teatr na Dubrowce. Najpierw podczas uroczystości w Katyniu, a potem po katastrofie w Smoleńsku Federacja Rosyjska objawiła się jako odpowiedzialne, sprawne państwo i wiarygodny partner. Być może więcej jest w tym politycznej strategii niż szczerego współczucia. W ostatecznym efekcie nie ma to jednak znaczenia. Po przelanej pod Smoleńskiem krwi i pojednawczych gestach ani Rosjanie, ani Polacy nie mogą już wrócić do dawnych antagonizmów. Tym bardziej że ani mynie mamy w tym interesu, ani oni.
Przez 20 lat relacje polsko-rosyjskie kształtował długi katalog sprzeczności. Fundamentalnych, dotyczyły bowiem naszej suwerenności i bezpieczeństwa. Dziś dawne spory nie pasują już do nowej rzeczywistości, ale nie bardzo chcieliśmy rozstawać się z nawykami, negatywnymi emocjami, podejrzeniami. Dotyczyło to zarówno Rosjan, jak i Polaków. Katyńska rocznica oraz smoleńska tragedia dają okazję, by przeprowadzić audyt naszych relacji, przewietrzyć szafę - wyrzucić nieświeże idee, pozy i poglądy, zostawić zaś tylko te, które budują siłę i bogactwo polskiego państwa. A jeśli służą przy okazji także interesom Moskwy? Tym lepiej, będzie je wówczas sama promowała i chroniła.
Start nie był najlepszy. Pierwszy rząd wolnej Polski z trudem negocjował wycofanie z naszego terytorium Armii Czerwonej. Cudem niemal udało się zablokować forsowaną przez Rosjan umowę powołującą tajemnicze spółki - jawną ekspozyturę tajnych służb - które gospodarowałyby posowieckim mieniem. Dogorywający ZSRR i rodząca się Rosja podważały naszą suwerenność, żądały respektowania swoich interesów w Polsce, kwestionowały prawo Rzeczypospolitej do swobodnego wyboru sojuszników i członkostwa w organizacjach międzynarodowych, głównie w NATO.
Kiedy nie udało się jednak utrzymać w Polsce, choćby szczątkowo, ani rosyjskich wojsk, ani ekspozytury służb specjalnych, minister spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej Andriej Kozyriew zaproponował plan przeorganizowania postkomunistycznej części Starego Kontynentu i oparcia jej przyszłości na Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie przy udzieleniu nam jednoczesnych gwarancjach Rosji oraz Stanów Zjednoczonych. Mówiąc wprost, Moskwa chciała współdecydować o naszym bezpieczeństwie.
Gdzie jesteśmy dziś? Owszem, w połowie ubiegłego roku Siergej Ławrow, obecny szef MSZ, powrócił do tej idei, rozciągając ją na cały kontynent, ale jego propozycja została przez kraje zachodnie litościwie przemilczana. W Europie bezpieczeństwo militarne gwarantuje NATO, a ekonomiczne Unia Europejska, rosyjskie mrzonki skończyły się, ale wraz z nimi powinny odejść też w niebyt nasze lęki.
Po wstąpieniu do NATO oraz Unii Europejskiej, nawiązaniu współpracy militarnej ze Stanami Zjednoczonymi dawny spór nie istnieje. Neutralność Polski lub jej przynależność do rosyjskiej strefy wpływów nie są w ogóle rozpatrywane. Nikt nie wspomina o tych koncepcjach, nawet najbardziej ekspansywne kręgi kremlowskie. Tamten spór odszedł w niebyt, zdezaktualizowały go samo życie i wysiłek Polaków. Podnoszone jeszcze przez niektórych prawicowych polityków i publicystów tezy o zagrożeniu naszej suwerenności przez Moskwę są łabędzim śpiewem, głosem opisującym świat, którego już nie ma.
Akcesja Polski do NATO była dla Rosji porażką, ale przyjęcie do paktu państw bałtyckich - klęską. Moskwa postrzegała ten ruch jako ekspansję, naruszenie jej strefy bezpieczeństwa. My zaś widzieliśmy w nim realizację prawa Bałtów do samodzielności, powrót narodów kultury zachodniej do zachodnich struktur i gorąco popieraliśmy Litwę, Łotwę oraz Estonię. Polityka taka wynikała w dużym stopniu z testamentu Jerzego Giedroycia, czyli promowanej przez paryską "Kulturę" wizji oderwania od Rosji krajów tzw. Międzymorza i stworzenia z nich bufora między Warszawą a Moskwą. Doktryna ta stała się nieformalnym wyznacznikiem naszej polityki wschodniej, choć szybko wyszła na jaw jej anachroniczność.
Odmawialiśmy przyjęcia do wiadomości rosyjskiego punktu widzenia, a Rosja poczuła się realnie zagrożona. Traciła bowiem tak zwaną przestrzeń strategiczną, pas ziem, który wciągał potencjalnego agresora swoim ogromem i umożliwiał przygotowanie obrony. Nie rozumieliśmy, jakie obawy może budzić prosty fakt, iż NATO zaczyna się 150 kilometrów od Petersburga, w czasie gdy zachodnia granica Rosji (z Białorusią, która nigdy nie była tak promoskiewska, jak nam się wydawało) leży ledwie 370 kilometrów od Moskwy. Nie chcieliśmy pamiętać, że w ciągu ostatnich trzech stuleci wszystkie śmiertelnie groźne uderzenia przyszły na Rosję z Zachodu i odparła je tylko dzięki owej mitycznej niemal przestrzeni. W tak kiepskim położeniu strategicznym kraj ten był ostatnio w XVII wieku. W latach 90. broniliśmy naszej suwerenności przed Moskwą, po roku 2000 Moskwa - przynajmniej w swoim mniemaniu - broniła swojej strefy bezpieczeństwa przed Zachodem, także przed nami.
Kulminacją rosyjskiej podejrzliwości była pomarańczowa rewolucja na Ukrainie. Rok 2005 to szczyt napięcia. W Warszawie chuligani pobili troje dzieci rosyjskich dyplomatów, mimo przeprosin media w Rosji rozpętały antypolską burzę. Wkrótce w Moskwie zostało poturbowanych dwóch Polaków - pracownik ambasady i nasz były kolega redakcyjny Paweł Reszka. Osiągnęliśmy we wzajemnych relacjach dno, od którego można się było już tylko odbić.
Pięć lat później niewiele zostało z tamtej atmosfery. Moskwa przełknęła obecność Bałtów w NATO, choć nie wiadomo, czy nie będzie jeszcze próbowała pogrywać kartą rosyjskiej mniejszości na Łotwie i w Estonii. Po szczycie Paktu w Rydze w 2006 roku, na którym stał się on narzędziem pilnowania porządku globalnego, a nie tylko gwarantem bezpieczeństwa Europy, zrozumiała zaś, że nie jest on już zagrożeniem dla jej granic. My z kolei straciliśmy zapał do bezwarunkowego wspierania Ukrainy, kraju niezdolnego do przeprowadzenia reform strukturalnych, zbudowania demokratycznej sceny politycznej. Kraju, którego mieszkańcy w większości nie chcą wcale członkostwa w NATO. Polska i Rosja zaczęły dostrzegać uroki Ukrainy stabilnej i neutralnej, taka bowiem nie dzieli obu państw, jest bezpiecznym sąsiadem, nie destabilizuje regionu. Nieodpowiedzialne zachowanie prezydenta Michela Saakaszwilego, który w 2008 roku rozkazał zaatakować Osetię Południową, sprowokował rosyjską interwencję wojskową, a potem poniósł sromotną klęskę militarną, ostudziło także polskie nadzieje wiązane z Gruzją.
Bez cienia Jerzego Giedroycia za plecami łatwiej nam funkcjonować na Wschodzie, budujemy bowiem swoją politykę w regionie nie na tym, jak naszym zdaniem być tam powinno, ale jak rzeczywiście jest. Ambicje Rosji do zdominowania Polski rozbiły się o twarde realia, podobnie nasze mrzonki o antyrosyjskim bloku państw wschodnioeuropejskich pod symbolicznym polskim przewodem.
Mniej fundamentalny, ale równie psujący atmosferę, był spór o pamięć. Polacy nie mogli pominąć milczeniem Katynia, mord na naszych oficerach jest bowiem jednym z wydarzeń konstytuujących nasz naród, nie mieliśmy więc pola do kompromisu. Rosjanie z kolei od czasu przejęcia władzy przez Putina przyjęli za mit założycielski II wojnę światową. Wszystko, co godziło w wizerunek rosyjskiego żołnierza, obrońcy ojczyzny, było ciosem w samą Rosję. Mord na polskich jeńcach i wcześniejsza agresja na Polskę w sojuszu z Hitlerem wybitnie nie pasowały do tego modelu. Moskwa najchętniej zamiotłaby sprawę pod dywan, ale Polacy nie pozwolili na to. W reakcji więc media i usłużni historycy wyciągnęli z niebytu śmierć bolszewickich jeńców w polskich obozach w 1920 roku jako swoisty pre-Katyń, parausprawiedliwienie sowieckiego mordu.
Sprawy wyglądały źle, ale trzeba pamiętać, że negowanie odpowiedzialności za mord na Polakach czy gloryfikowanie komunizmu nigdy nie zdominowały głównego nurtu rosyjskiej historiografii. Rosja nie odwoływała się do komunizmu, ale do silnego państwa. Choćby Federalna Służba Bezpieczeństwa, z której wywodzi się Putin - nie była prostą kontynuatorką KGB, jak chcieliśmy to widzieć, lecz wszystkich służb podtrzymujących owo państwo, zarówno KGB, jak i carskiej ochrany tępiącej przecież komunistów. Rosja nie wytworzyła żadnej ideologii państwowej w miejsce demokracji, której nie chce praktykować w pełnym zakresie, miała więc, i ma nadal, większe pole manewru niż my. Takie pomysły jak wyszukanie anty-Katynia miały charakter defensywny, były swoistą obroną przed polskimi naciskami. Śmierć bolszewickich jeńców nie odgrywa w najmniejszym nawet stopniu porównywanej roli dla rosyjskiej świadomości, co Katyń dla polskiej.
Mając taką swobodę ruchu, tylko Moskwa mogła położyć kres wzajemnym sporom o historię. Nie ryzykowała przy tym wiele. Można było wszak oddzielić bohaterstwo żołnierzy od mordów NKWD, rozgrywać armię - jako bohatera pozytywnego przeciw partii komunistycznej i aparatowi bezpieczeństwa, jako czynników negatywnych. Możliwych jest wiele tego typu roszad, a żadna z nich nie oznacza kwestionowania mitu założycielskiego - II wojny światowej.
W Katyniu Putin potępił komunistyczny totalitaryzm, powiedział wprost, że nic nie może usprawiedliwiać tej zbrodni. Konflikt o historię, podobnie jak te o polską suwerenność i granice zachodnich wpływów na Wschodzie, stał się nieaktualny. Pozostało jeszcze przekazanie Polsce reszty akt katyńskich i ewentualne odszkodowania dla potomków ofiar. Mogą one wywołać ostre spory, ale nie mają już znaczenia fundamentalnego.
Zasadnicze konflikty polsko-rosyjskie więc już nie istnieją, śmierć prezydenta Kaczyńskiego na rosyjskiej ziemi zaś daje szansę, by rozwiały się również ich mary. Otwiera to spore możliwości korzystnego ułożenia współpracy.
Pierwszym polem jest Ukraina. Rosja wydaje się gotowa do uszanowania neutralności - o ile Polska czy inne kraje nie będą przeciągać Kijowa w stronę NATO - i ustanowienia tam swoistego rosyjsko-unijnego kondominium opartego na wspólnym inwestowaniu w ukraińskie sieci przesyłowe gazu. Nie powinniśmy oburzać się na tę inicjatywę, lecz aktywnie wejść w takie nieformalne porozumienie i czerpać z niego profity. Polska oraz Unia nie mają możliwości wyrugowania Rosjan z Ukrainy, podzielmy się więc z nimi wpływami.
Kolejne pole współpracy to Białoruś. Reżim Łukaszenki umiejętnie lawiruje pomiędzy Unią a Rosją, przedłużając swoje trwanie. Pierwotnie stawiał na Moskwę, teraz bliższa mu UE, o czym świadczy choćby dopuszczenie do prywatyzacji, głównie banków, firm niemieckich i skandynawskich, a nie rosyjskich. Zarówno Rosja, jak i Unia są zainteresowane odsunięciem go od władzy, o ile nie zdestabilizuje to kraju. Już w 2006 roku na polecenie Kremla Siergiej Karaganow rozmawiał w Rydze z przywódcą opozycji Aleksandrem Milinkiewiczem i Zbigniewem Brzezińskim, sondując możliwości osłabieniu reżimu. Podział wpływów na Białorusi także jest możliwy, a Polska mogłaby skutecznie konkurować tam z Niemcami, którzy poczynają sobie na białoruskiej ziemi coraz śmielej, co wcale nie zachwyca władz na Kremlu. Mało prawdopodobne, by udało się kiedykolwiek przeciągnąć Mińsk do obozu zachodniego, może jednak stać się on neutralnym buforem, a jeszcze lepiej miejscem robienia wspólnych interesów. Skoro nie da się zrealizować marzeń Giedroycia, bierzmy z rzeczywistości to, co możliwe do wzięcia. Białoruski bufor jest wszak dla nas i tak korzystniejszym rozwiązaniem niż Białoruś w rosyjskiej strefie wpływów.
Wreszcie energetyka. Dość skutecznie lobbowaliśmy w UE za solidarnością energetyczną i w ciągu najbliższych lat będziemy mieli jej efekty w postaci systemu interkonektorów tworzących wspólną, europejską sieć gazową. Moskwa wie, że nie da się zablokować jej powstania. Z drugiej strony my z kolei nie mamy już możliwości powstrzymania budowy Gazociągu Północnego. Jeśli nie powstanie, to nie wskutek naszego nacisku, ale decyzji właścicieli, czyli Gazpromu oraz udziałowców niemieckich, francuskich i holenderskich. Skoro tak, polskie protesty są bezproduktywne, lepiej wynegocjować najkorzystniejsze warunki podłączenia się pod Nord Stream, w czym możemy liczyć na pełne zrozumienie i poparcie Niemiec.
Między Polską a Rosją wciąż są problemy, w przyszłości mogą jeszcze nieraz wybuchnąć spory, na przykład handlowe, ale nie jesteśmy dla siebie zagrożeniem. Najważniejsze przeszkody wygasły, negatywne emocje nie mają realnych podstaw. Czas przejść do gry interesów, jaką Rosja prowadzi choćby z Niemcami. Nie ma w niej sentymentów, są twarde targi, lecz bez wrogości, odwołań historycznych, mieszania w nie ideologii. To gra, w której zwyciężają obie strony, działa tu znana z biznesu strategia win-win. W sporach ideologicznych zaś zawsze musi być wygrany i przegrany, triumfator i upokorzony. Tak prowadzi się wojny, nie interesy, a nam potrzebny jest polsko-rosyjski pokój.
@RY1@i02/2010/074/i02.2010.074.000.0016.001.jpg@RY2@
Fot. PAP/EPA
Donald Tusk i Władimir Putin na miejscu katastrofy prezydenckiego samolotu w Smoleńsku
Andrzej Talaga
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu