Rozbrojenie atomowe jest zbyt kosztowne
Jeśli Ameryka zrezygnuje z broni jądrowej, jej wydatki na obronność wzrosną
Waszyngton i Moskwa zdają sobie sprawę z tego, że aby broń nuklearna spełniała rolę zapewniającego bezpieczeństwo straszaka, nie jest konieczne utrzymywanie arsenału tysięcy głowic atomowych.
Barack Obama nie jest pierwszym prezydentem USA, który uczynił redukcję arsenału nuklearnego kluczowym elementem amerykańskiej polityki obronnej. To republikanin Richard Nixon zainicjował pierwszą rundę rozmów na temat rozbrojenia na początku lat 70. Inny republikanin, George H. W. Bush, podpisał dwa amerykańsko-rosyjskie układy rozbrojeniowe START I w 1991 r. i START II w 1993 r. W 2002 r. George W. Bush i Władimir Putin zobowiązali się w ciągu 10 lat zmniejszyć arsenały nuklearne o dwie trzecie. Dalsze rozbrojenie, na jakie zgodziły się USA i Rosja, podpisując w Pradze nowy START, są kontynuacją działań poprzedników Obamy i Miedwiediewa.
Obama stawia sobie za cel przekonanie innych przywódców do zawarcia powszechnej konwencji o rozbrojeniu atomowym. Co miałoby zająć miejsce tego arsenału? Odpowiedź na to pytanie daje sformułowana przez Obamę nowa strategia nuklearna, która wychodzić ma dalej niż ustalenia nowego START.
W latach 50. USA postawiły na rozbudowę arsenału nuklearnego. Wówczas chodziło o rozpostarcie parasola ochronnego nad Europą Zachodnią i utrzymywanie w szachu Związku Radzieckiego. W świetle nowej strategii ograniczającej możliwość użycia przez USA swojego arsenału służyć temu będzie broń konwencjonalna - a konkretnie obecność oddziałów USA w newralgicznych miejscach i rozwijanie systemów obrony przeciwrakietowej.
To kosztowna propozycja w czasach, kiedy amerykańskie wydatki na obronność są na poziomie dorównującym wysokością tym po II wojnie światowej. Administracja Obamy nie rozwodzi się jednak nad tym, jak kosztowna będzie rezygnacja z arsenału nuklearnego. Przypuszczam, że dzieje się tak, gdyż Amerykanie nie są zainteresowani rozpościeraniem parasola ochronnego nad państwami, które powinny być przez USA zachęcane do tego, by samodzielnie zadbać o własne bezpieczeństwo. Tym bardziej że koszty takiej ochrony wzrosną, a końca zaangażowania Ameryki w pomoc sojusznikom nie widać.
Krótko mówiąc, determinacja prezydenta Obamy, by ograniczyć, a nawet wyeliminować broń nuklearną, może sprawić, że nakłady USA na obronność wzrosną. Chyba że ma on również zamiar na nowo określić rolę Ameryki w świecie i jej powinności wobec sojuszników.
Wraz ze wzrostem nakładów Ameryki na obronność rosnąć będzie jednak niezadowolenie amerykańskich wyborców. Domagać się będą, by USA przestały angażować się militarnie w tak ogromnym stopniu, a zabiegający o reelekcję prezydent będzie zmuszony wziąć to pod uwagę. Nie jest to sytuacja wyjątkowa - od czasów prezydentury Eisenhowera rosnące wydatki na obronność wywoływały niezadowolenie podatników. Dlatego istotne było, by opinia publiczna w Stanach widziała działanie na rzecz bezpieczeństwa Europy czy Azji Południowo-Wschodniej jako część strategii, która zapewni bezpieczeństwo USA. W czasach zimnowojennych było to dla Amerykanów bardziej oczywiste, niż jest teraz. Stąd też szczyt bezpieczeństwa nuklearnego, który zakończył się wczoraj w Waszyngtonie, był dla administracji Obamy szansą na to, by przekonać amerykańską opinię publiczną, że program rozbrojenia atomowego nie jest mrzonką Białego Domu, lecz ideą podzielaną przez światowych przywódców.
Christopher A. Preble
ekspert Cato Institute
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu