Brown i Cameron walczą o brytyjską klasę średnią
Gordon Brown ujawnił wczoraj najgorzej utrzymywaną tajemnicę ostatnich lat - potwierdził, że wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii odbędą się, tak jak przypuszczano od miesięcy, 6 maja. Dla większości Brytyjczyków zdecydowanie najważniejszym tematem w nich będzie gospodarka.
Jak na ironię, także wczoraj zaczęła obowiązywać nowa, 50-proc. stawka podatkowa dla najlepiej zarabiających. Choć z punktu widzenia kampanii taka zbieżność może się wydawać fatalnym zagraniem, w rzeczywistości nie będzie to miało większego znaczenia dla wyniku. O zwycięstwie przesądzi bowiem to, kto przekona do siebie klasę średnią. Czyli osoby zarabiające mniej niż 150 tys. funtów rocznie.
Zarówno laburzystowski szef rządu, jak i lider opozycji David Cameron pierwszymi krokami w oficjalnie rozpoczętej wczoraj kampanii (nieoficjalnie trwa ona już od początku roku) potwierdzili, że najbardziej zależy im właśnie na tej grupie. - Klasa średnia stała się kluczem do zwycięstwa - jest najliczniejsza, a po drugie to najbardziej zmienna w swych preferencjach grupa wyborców - mowi "DGP" Iain McLean, politolog z uniwersytetu w Oksfordzie.
Brown tuż po rozmowie z królową i ogłoszeniu na Downing Street 10 daty wyborów pojechał pociągiem do hrabstwa Kent w południowo-wschodniej Anglii, gdzie spotkał się z klientami jednego z supermarketów. - Wielka Brytania jest na drodze do uzdrowienia gospodarczego i cokolwiek robimy, nie może temu zagrozić - oświadczył Brown. Przy okazji podkreślił, że sam wywodzi się z klasy średniej.
Lider Partii Konserwatywnej obiecał natomiast, że będzie reprezentował wszystkich ludzi zaniedbywanych przez klasę polityczną. - Będziemy w tych wyborach walczyć o wszystkich Wielkich Ignorowanych. Młodych, starych, bogatych, biednych, czarnych, białych, gejów, heteroseksualnych - którzy prowadzą własne biznesy, kierują fabrykami, uczą nasze dzieci, czyszczą ulice, produkują nasze jedzenie, dbają o nasze zdrowie - mówił Cameron, co było ewidentnym nawiązaniem do dziedzictwa Margaret Thatcher. Żelazna Dama skutecznie pozyskała aspirującą do lepszego życia klasę średnią, obniżając podatki i zachęcając ją do rozwijania przedsiębiorczości. Ale już za czasów Tony’ego Blaira sporą część tego elektoratu udało się przejąć Partii Pracy.
Teraz z racji ogromnego deficytu budżetowego i nieuchronnych cięć wydatków publicznych nikt nie mówi o obniżaniu podatków.
I laburzyści, i konserwatyści raczej myślą, co zrobić, by oszczędnościami nie zniechęcić do siebie klasy średniej, i starają się unikać konkretnych deklaracji. - Tak naprawdę w obecnej sytuacji obie partie mogą obiecać co najwyżej krew, pot i łzy. Dlatego politycy wolą spierać się o makroekonomię - dodaje McLean. Laburzyści przekonują, że mimo deficytu w wysokości 161 mld funtów z oszczędnościami należy poczekać do przyszłego roku, gdyż zbyt gwałtowne cięcia mogą z powrotem wpędzić kraj w recesję. Obiecują oni, że w ciągu czterech lat deficyt budżetowy zmniejszy się o połowę. Konserwatyści uważają, że cięcia należy zacząć natychmiast, a mają one dotknąć wszystkich dziedzin poza służbą zdrowia i pomocą zagraniczną.
Według sondaży konserwatyści mają przewagę kilku punktów procentowych, to może być jednak zbyt mało do zdobycia bezwzględnej większości w Izbie Gmin.
@RY1@i02/2010/067/i02.2010.067.000.014a.001.jpg@RY2@
Fot. PAP/EPA
Gordon Brown walczy o czwartą z kolei kadencję Partii Pracy
Bartłomiej Niedziński
bartlomiej.niedzinski@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu