Polska - Ukraina. Czas skończyć z romantyzmem
Wszystko, co działo się na Ukrainie od pomarańczowej rewolucji, było zaprzeczeniem słynnej wizji Giedroycia
Ukraina była w polityce polskiej ostatnich lat krajem niespełnionych marzeń. To przecież na tym kierunku mieliśmy dokonywać bohaterskich czynów i nieść kaganek zachodnich wartości. Wielu wierzyło, że to właśnie tam będą pisane nasze europejskie listy uwierzytelniające. Europa nie chciała rozumieć tego, czego postanowiła dowieść Polska: Ukraina chce do Europy i do NATO i my sprawimy, że tak się stanie. Uczynimy to najpierw za Europę, w końcu także za samych Ukraińców, kiedy okazało się, że oni sami się do tego nie palą. Co ciekawe, ci nasi politycy, którzy byli sceptyczni wobec samej Unii Europejskiej, tym chętniej chcieli do niej wciągać Ukrainę.
I stał się cud
Przez dłuższy czas po 1991 roku nic z tych planów nie wychodziło, lecz oto nagle stał się cud. Była nim pomarańczowa rewolucja. To, co stało się wtedy w Kijowie, miało być nagrodą za lata naszych wcześniejszych starań o przyciąganie Ukrainy ku Zachodowi i rekompensatą za cenę, którą musieliśmy za to płacić w stosunkach z Rosją. Zwycięstwo Juszczenki zdawało się, a jakże, zwycięstwem w naszej walce z Rosją o europejską duszę Ukrainy. Wielu w Polsce wierzyło, że tego chcą Ukraińcy. Wydawało się to potwierdzeniem i spełnieniem wizji Giedroycia. Czas po rewolucji był pasmem rozczarowań. To, co po niej nastąpiło, dezawuowało koncepcję redaktora Kultury. Od mroźnego grudnia na kijowskim Majdanie w 2004 roku Ukraina nie przybliżyła się ani o centymetr ku UE i NATO. A przecież prezydentem był Juszczenko, a szefem rządu dwukrotnie druga bohaterka pomarańczowej rewolty Julia Tymoszenko. Żelazna Julia i wizjoner (nieco wprawdzie apatyczny) Juszczenko mogli razem wiele zdziałać. Nie zrobili niczego, co pozwoliłoby nam uwierzyć, że Ukraina chce do Europy lub chce do NATO, że rzeczywiście chce, a nie tylko czasem niezdecydowanie przebąkuje i nic przy tym nie robi. Powody tej sytuacji są aż nadto dobrze znane i opisane, więc nie ma sensu do nich tutaj wracać. Warto się zastanowić, co dalej.
Cudze emocje na Majdanie
Niezależnie od tego, kto wygra 7 lutego, otwiera się nowy rozdział w polityce ukraińskiej. Daje to także szansę na bardziej spokojną i rozważną politykę Polski wobec Ukrainy. Nie chodzi tu bynajmniej o jakąś prymitywną Realpolitik. Porzucenie złudzeń nie oznacza porzucenia nadziei. Nadzieję zawsze warto mieć i jej sprzyjać. I tak naprawdę nie wiadomo, który z dwojga kandydatów jest lepszy z polskiej czy też europejskiej perspektywy i czy w ogóle taki jest. Oczywiście, w Polsce większość mówi: mimo wszystko Tymoszenko. Wszak wiadomo, pomarańczowa rewolucja i niezapomniane emocje na Majdanie. Jednak to także ona, obok Juszczenki, ponosi odpowiedzialność za to, że to, co nazwano rewolucją, było jedynie rewoltą.
Emocjonalne podejście do premier Tymoszenko jest o tyle niewłaściwe, że ona sama żadnych geopolitycznych emocji nie odczuwa i nie wykazała się proeuropejskością czy też pragnieniem utrzymywania bliższych stosunków z Polską. Premier Tymoszenko jest zimnym politycznym graczem. Najbardziej interesuje ją władza, za którą nie stoi żadna wizja czy program. Zachód czy Europa niespecjalnie ją pociągają, a wizyty, które składała na tym kierunku, były nadzwyczaj rzadkie, krótkie i powierzchowne. Bardziej pociągał ją żywioł wewnętrznej gry politycznej i tak już zostanie. Jest przy tym nadto populistką, aby odważyć się na poważne reformy. Rzecz nie w tym, aby ją dezawuować, lecz aby patrzeć bardziej realistycznie w jej kierunku. Z podobnym realizmem trzeba patrzeć na Janukowycza. Nie jest on wprawdzie "księciem z naszej bajki", ale daje szansę na wprowadzenie do polityki ukraińskiej większej stabilności i przewidywalności, a mając świadomość swego "garbu", będzie chciał się okazać bardziej proeuropejski, niż aktualnie jest. Stać go także na lepszą politykę gospodarczą. Sytuację komplikuje to, że mamy tam do czynienia, niezależnie od wysokiej frekwencji wyborczej i większej swobody mediów, z demokracją oligarchiczną. Trochę to przypomina Amerykę Łacińską z lat 60. poprzedniego stulecia. Finansowo-polityczna oligarchia będzie nadal przedkładać interesy własne nad ogólno- narodowe. Utrudni to Ukraińcom stawanie się narodem państwowym, ale my na to wpływu nie mamy.
Polityka bez emocji
Można zakładać, że po wyborach polityka Ukraina będzie się opierać o zasadę zrównoważonej dwukierunkowości. Więcej będzie ją łączyć z Rosją, ale będzie też potrzebować dobrych stosunków z Europą. Żadne kosztem drugiego. I tutaj zaczyna się wyzwanie dla polityki polskiej. Trzeba się będzie nauczyć prowadzić wobec Ukrainy politykę nieemocjonalną. Nie jestem pewien, czy stać nas będzie na zdrową normalność w naszym myśleniu o stosunkach z tym krajem, o jego miejscu w Europie, a zwłaszcza o jego stosunkach z Rosją. Czy dopuścimy do siebie myśl, że Ukraina galicyjska jest mniejszością w tym kraju, a wspaniali ukraińscy pisarze i intelektualiści, których słusznie podziwiamy, nie są sumieniem swego narodu, który w większości nie żywi cieplejszych uczuć wobec Polski ani też nie śni o Europie? Nawiązuję tutaj do pięknej frazy Jurija Andruchowycza z jego "Moscoviady".
Już bez emocjonalnego dyskomfortu będzie można przestrzegać dwóch zasad w polskim podejściu do Ukrainy. Po pierwsze, nie można dla jakiegoś kraju zrobić więcej, niż on sam chce dla siebie zrobić. Ta myśl pochodzi oczywiście od von Clausewitza, który tym właśnie tłumaczył niemożność przyjścia z pomocą Polsce w końcu XVIII wieku, gdy była rozbierana przez swych sąsiadów. Ukrainie na szczęście, wbrew lękom niektórych w naszym kraju, żaden rozbiór czy utrata niepodległości nie grozi. Po drugie, nasze działanie na rzecz Ukrainy nie może odbywać się ze szkodą dla naszych interesów. Kijów potrafi bronić swoich zupełnie dobrze, a w naszej nadgorliwości nierzadko doszukiwano się działania w imię jakichś ukrytych interesów, ze szkodą dla stosunków ukraińsko-rosyjskich. Jednego możemy być pewni: na żadną wdzięczność nad Dnieprem liczyć nie możemy.
Człowiek prawie dorosły
Przestrzegając tych dwóch zasad, nadal możemy dużo robić dla Ukrainy i z Ukrainą. Nic nie zwalnia naszej polityki i dyplomacji od aktywności na tym polu. Jest to trzeci pod względem wielkości z naszych sąsiadów. Będzie to zdrowsza aktywność i może dzięki temu skuteczniejsza. Nie będziemy musieli wybierać z kim przeciw komu. Z Ukrainą i dla Ukrainy, ale tylko w takim stopniu, w jakim ona sama tego zechce, i bez szkody dla naszych interesów. Będzie można bardziej otwarcie rozmawiać o tym, co łączy i co dzieli. Poprawie ulegnie higiena wzajemnych stosunków. Zniknie po naszej stronie polityczna poprawność, która kazała czasem naszym politykom czy publicystom traktować Ukrainę jak człowieka, który nie chce dorosnąć i nie wie, co dla niego dobre, i którego w żadnym wypadku nie wolno urazić jakimś przykrym słowem. Teraz będziemy ją mogli traktować jak dorosłego człowieka, od którego można wymagać. Pozostanie w dalszym ciągu duże pole dla działalności pozarządowej. Jednak prywatne fascynacje i często niezwykle pożyteczna aktywność nie mogą posługiwać się państwem. Tego rodzaju działalność powinna być prowadzona we własnym imieniu. Polityka rządu, nawet niekiedy wspierając tę aktywność, musi kierować się własną logiką i szerszym interesem.
Zakurzone kostiumy
Od historii w stosunkach polsko-ukraińskich nie da się uciec, ale porzucenie zakurzonych historycznych kostiumów powinno pomóc w przejściu do polityki bardziej pozytywistycznej, wymagającej angażowania środków. To będzie także test na dojrzałość naszej polityki wobec tego kraju. Czy potrafimy przejść od gestów i pojedynczych akcji do systematycznej i długofalowej pracy, która będzie stopniowo, lecz trwale wiązać Ukrainę z Europą.
@RY1@i02/2010/017/i02.2010.017.000.0012.001.jpg@RY2@
Polskie marzenia, które rozkwitły na kijowskim Majdanie podczas pomarańczowej rewolucji, okazały się niespełnione
Fot. Jurek Jurecki/Tygodnik Podhalański/Reporter
Roman Kuźniar
politolog
jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu