Sezon turbofolkowych polityków
Nudny, ale solidny polityk czy ekcentryczny człowiek sukcesu, który obiecuje kolejne przełomy? Przed takim wyborem stoją Chorwaci, którzy w niedzielę, w drugiej turze głosowani, wybiorą swojego prezydenta.
Wbrew pozorom szanse przebojowego burmistrza Zagrzebia o niewyparzonym języku, Milana Bandicia, są zaskakująco wysokie.
Mówi jak bałkański wieśniak, ale ma wpływy, o jakich mógłby pomarzyć niejeden polityk w Europie Środkowej. Potrafi walnąć każdą gafę, ale żaden skandal nie jest w stanie go zniszczyć.
54-letni postkomunista Milan Bandić w ciągu kilku tygodni przemienił się w obrońcę Kościoła katolickiego i chorwackiego nacjonalizmu. Niedzielne wybory prezydenckie będą referendum za lub przeciw burmistrzowi Zagrzebia. Jeśli wygra, Chorwację do Unii Europejskiej wprowadzać będzie najbardziej rustykalny przywódca w jej historii. I najbardziej niezniszczalny.
W 4,5-milionowej Chorwacji trudno spotkać choć jedną osobę, która nie miałaby opinii na temat "ludowego" burmistrza. - On kłamie - mówił niedawno odchodzący prezydent Stipe Mesić. - Pobrudził wszystko, czego się dotknął - przekonuje jego kontrkandydat Ivo Josipović. Na Facebooku natychmiast utworzono grupę "Nie chcę, aby Milan Bandić był moim prezydentem", przystąpiło do niej ponad 25 tys. ludzi. Ale zarazem 18 tys. zapisało się do fanklubu burmistrza. W obu królują bluzgi.
YouTube jest pełen filmików, na których polityk z hercegowińskim - uważanym za wyjątkowo wiejski - akcentem daje kolejne plamy. Ale on sam się tym nie przejmuje. - Będę pracował dla Chorwacji jak koń - mówi. - Kobiety nie lubią mięczaków, wolą łobuzów, którzy mają za sobą po 5 - 10 bójek - przekonuje innym razem. Kolejny filmik pokazuje, jak przed składaniem wieńców na pomniku poległych... zdejmuje buty. I dziesiątki innych, na których z lubością mówi o sobie w trzeciej osobie: "Bandić to, Bandić tamto".
Sytuacja nasiliła się dwa tygodnie temu, gdy renegat z Partii Socjaldemokratycznej, który rzucił wyzwanie własnemu ugrupowaniu, w pierwszej turze dostał blisko 15 proc. głosów, ustępując tylko oficjalnemu kandydatowi postkomunistów Josipoviciowi. Sensacja była tym większa, że Chorwacją od ponad pięciu lat rządzi centroprawica. W walce o pozbawiony kompetencji urząd (prezydent nie ma nawet prawa weta) wystawiła tym razem zbyt słabego kandydata. Andrija Hebrang przegrał z kretesem.
Rolę prawicy przejął więc prawicowiec z odzysku. I nagle dawny członek Związku Komunistów Jugosławii, który nigdy nie wystąpił z partii, ogłosił, że w przeciwieństwie do rywala jest praktykującym katolikiem, nie sprzeciwiałby się zakazowi aborcji, zaczął zarzucać władzom, że nienależycie pielęgnują "pamięć po bohaterach wojny" z Serbami, i wychwalać ultraprawicową emigrację. Na końcu próbował zamieścić spot, który straszy wizją... czerwonej Chorwacji.
Bandić rządzi Zagrzebiem od 2000 r. i również w stolicy ma albo wrogów, albo przyjaciół. Rozbudował jedną z głównych arterii miasta, ale na krótko musiał złożyć urząd, gdy przyłapano go na jeździe po pijaku. Zaczął przygotowania do budowy metra, ale nigdy nie potrafił się wytłumaczyć ze swojego życia ponad stan.
Wpadał wiele razy i dziś trudno odróżnić prawdziwe występy burmistrza wieśniaka od inwencji mediów. Gdy jego autobus obwoził grupę dziennikarzy po podzagrzebskich miejscowościach, jeden z nich miał być świadkiem bodaj największego wygłupu. Gdy mijali grupę robotników, polityk wystawił rękę przez okno. - Praca czyni wolnym - miał krzyknąć. Gdy Bandić zarzucił dziennikarzowi kłamstwo, okazało się, że inni przedstawiciele mediów siedzieli "za daleko" i nic nie słyszeli. Ale zapowiadanego procesu nie wytoczył.
On sam też nie zna pojęcia "reguły gry". Gdy był jednym z najpotężniejszych polityków postkomunistów, publicznie zwymyślał jedną z posłanek i nawet stek wulgaryzmów pod adresem cudzej matki nie pozbawił go wpływu w partii. Po incydencie z jazdą po pijanemu (Bandić przyznał się do kilku gemisztów - szklanek wina zmieszanego z wodą sodową) kazano mu złożyć urząd, ale jako wiceburmistrz i tak rządził z tylnego fotela, a po kolejnych wyborach triumfalnie powrócił.
Na tym tle jego konkurent, 52-letni Ivo Josipović, prawnik i muzyk, przez długi czas przedstawiciel Chorwacji przy ONZ-owskim trybunale ds. zbrodni wojennych, jest po prostu bezbarwny. To polityk sygnalizujący, że dla Chorwacji skończył się czas walki, a zaczyna nudna normalność, wprowadzanie kraju do UE i gaszenie rozbudzonych w latach 90. narodowych mitów.
Bandić wybrał ostatni moment. Jednym z typowych elementów chorwackiej polityki jest silny izolacjonizm. To potężny prawicowy elektorat, który obawia się integracji z Zachodem i uważa, że to zakończy cały proces odrodzenia narodowego po rozpadzie Jugosławii. Swoje sympatie lokował początkowo po stronie zmarłego w 1999 r. twórcy państwa Franja Tudźmana. Później przerzucił je na konserwatystów i niewielkie ugrupowania prawicowe. Hercegowiński burmistrz Zagrzebia jest jego ostatnim rozpaczliwym wyborem.
Wszystko wskazuje na to, że przegranym. W przededniu drugiej tury sondaże dają Josipoviciowi ponad 60-proc. poparcie.
● Dziś z niewyparzonego języka i knajackich przyzwyczajeń słynie rumuński prezydent Traian Basescu. Wciąż nawiązuje do swojej kariery w marynarce handlowej, określając siebie samego mianem kapitana - i, jak ujawniły rumuńskie media, nie widzi problemu w prowadzeniu auta po kieliszku. Basescu problemy polityczne i społeczne kwituje bon motami typu "parlament jest fizycznym wrakiem, na krótko przed śmiercią kliniczną" czy "nasze szkoły produkują idiotów". Nie unika wycieczek osobistych. - To pierwszy kompetentny Ormianin, jakiego znam - powiedział o ministrze finansów Varujanie Vosganianie, którego rodzina pochodziła z Kaukazu.
● W sąsiedniej Bułgarii na czele rządu stoi z kolei były karateka Bojko Borisow, nierzadko odwołujący się do swoich umiejętności nabytych na macie.
Borisow nie przebiera w słowach - rok temu w przemówieniu do bułgarskich emigrantów w USA Borisow stwierdził, że w ojczyźnie zostało milion Romów, 700 tys. Turków, 2,5 mln emerytów i jedynie pół miliona ludzi, którzy nadają się, by głosować i by ich zatrudniać. Wypowiedź tę powszechnie uznano za rasistowską
@RY1@i02/2010/005/i02.2010.005.000.010a.001.jpg@RY2@
Milan Bandić szaleje w czasie przedwyborczego wiecu w Splicie, grudzień 2009 r.
Fot. AFP
dgp@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu