Obama musi działać, a nie rozważać
Ostrożność prezydenta USA w polityce międzynarodowej może się łatwo przerodzić w niedecyzyjność
Barack Obama rozpoczął już swoją wizytę w Europie. Zostanie wszędzie dobrze przyjęty, ale blask prezydenta wyraźnie przygasł.
Do niedawna Obama był mimowolnym więźniem swojego poprzednika - tak bardzo chciał zerwać z demokratyczną misją George’a W. Busha. Ostatnie przemówienie stawia go z powrotem po stronie demokratycznych wartości. Pozostają wątpliwości, co dalej. Czy rozbudzając nadzieje, Obama zainwestuje polityczny kapitał w ich realizację? Dobrym sygnałem jest decyzja jego administracji, by nałożyć sankcje na syryjski reżim Baszara al-Assada.
Obama jest ostrożny, uważny i nie pakuje się w wojny bez powodu. Czegóż chcieć więcej po latach polityki Busha? Szkopuł w tym, że ostrożność i refleksja mogą się łatwo przerodzić w niedecyzyjność. To Francja i Wielka Brytania forsowały interwencję przeciwko Libii. Amerykańscy politycy do dziś powtarzają, że Waszyngton w Libii nie ma interesu narodowego. A dwa lata temu w Kairze Obama mówił o przywróceniu moralnego autorytetu Ameryki w świecie muzułmańskim. Popierając następnie lokalnych autokratów.
To samo można powiedzieć o dbałości amerykańskiej administracji, by nie urazić Arabii Saudyjskiej, o której prezydent w ogóle nie wspomniał w swoim przemówieniu. Zarówno w czynach, jak i w słowach USA muszą pokazywać, że stoją po stronie tych, którzy chcą wcielać uniwersalne wartości - i w Iranie, i w państwach arabskich.
Obamę czekają teraz dwa testy. Afganistan. Administracja Obamy obiecała tu dyplomatyczną ofensywę promującą polityczne porozumienie, jedyną szansę na zakończenie wojny. Bez tego zobowiązanie do wycofania amerykańskich żołnierzy w tym roku będzie wyglądało jak rejterada.
Bardziej palącą sprawą jest jednak bliskowschodni proces pokojowy. W tym tygodniu premier Izraela Beniamin Netanjahu przedstawi w Waszyngtonie warunki, które Palestyńczycy odrzucą - to wiadomo. Obama powinien teraz ogłosić projekt porozumienia, które dałoby Izraelowi bezpieczeństwo, a Palestyńczykom funkcjonujące państwo. Podjął jeden krok w tym kierunku, potwierdzając, że granice regionu z 1967 roku stanowią podstawę do porozumienia. Doradcy Białego Domu argumentują, że dalsze wdawanie się w szczegóły mogłoby się odbyć ze szkodą dla prestiżu Obamy. Być może. Ale Obama stoi przed wyborem - pomóc ukształtować przyszłość, albo ją analizować.
TŁUM. TK
© The Financial Times Limited 2011. All Rights Reserved
Philip Stephens
"Financial Times"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu