Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Brytyjczycy wybrali tradycję

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Nie bĘDZIE rewolucji w systemie wyborczym, który dziś daje uprzywilejowaną pozycję konserwatystom. Jednak najprawdopodobniej zmienią się zasady zasiadania w Izbie Lordów: dziedzicznych parów zastąpią wybierani senatorowie

Wszystko wskazuje na to, że Brytyjczycy odrzucili wczoraj w referendum propozycję likwidacji większościowego systemu głosowania w wyborach parlamentarnych i zastąpienia go skomplikowanym mechanizmem pozwalającym na budowę systemu trójpartyjnego. W przeddzień głosowania aż 68 proc. wyborców było przeciwnych zmianom forsowanym przez lidera Liberalnych Demokratów (LD) Nicka Clegga, a jedynie 32 proc. je popierało - wynika z sondażu przeprowadzonego dla dziennika "Guardian". Z kolei buchmacherzy proponowali ośmiokrotną wygraną dla tych, którzy postawią pieniądze na zwycięstwo reform.

Wczorajszy plebiscyt był najważniejszy od czasu głosowania nad zatwierdzeniem członkostwa Wielkiej Brytanii w ówczesnej EWG (w 1975 roku). W referendum proponowano największą zmianę w systemie wyborczym Zjednoczonego Królestwa od przyznania w 1928 roku prawa wyborczego kobietom. Dziś zwycięstwo w każdym okręgu zdobywa ten, kto dostanie najwięcej głosów, niezależnie od tego, jaką one stanowią część wszystkich osób, które wzięły udział w wyborach. To faworyzuje dwie największe partie (konserwatystów i Partię Pracy), które mają w miarę równo rozłożone poparcie w całym kraju. W znacznie gorszej sytuacji są liberałowie, których kandydaci, nawet jeśli w skali całej Królestwa cieszą się znaczącym poparciem, rzadko kiedy wysuwają się na pozycję lidera. W konsekwencji o ile w ostatnich wyborach jeden deputowany konserwatystów przypadał na zaledwie 35 tys. głosujących na tę partię, a jeden laburzysta na 33,4 tys., to liberałowie potrzebowali aż 120 tys. wyborców, aby przepchnąć jednego kandydata do izby niższej parlamentu.

Clegg proponował, aby wyborcy wskazywali nie tylko swojego faworyta, lecz także kolejno "najmniej złych" kandydatów. Jeśli w wyborach nikt nie otrzyma 50 proc. poparcia, najmniej popularny kandydat jest skreślany, a druga preferencja jego zwolenników dzielona między pozostałych ubiegających się o mandat. I tak aż do momentu uzyskania przez któregoś z kandydatów połowy całości głosów. Gdyby takie rozwiązanie obowiązywało w ostatnich wyborach (maj 2010), wówczas zamiast 57 liberałowie otrzymaliby 89 mandatów w Izbie Gmin. Dodatkowo Clegg proponował przerysowanie granic okręgów wyborczych tak, aby w każdym z nich było po około 76 tys. wyborców. Obecne okręgi, niezmieniane od setek lat, mają bardzo nierówną liczbę uprawnionych do głosowania. To faworyzuje konserwatystów, bo mogą oni zdobyć wyjątkowo dużo mandatów w słabo zaludnionych okręgach wiejskich.

Projekt zmian bardzo ostro zaatakował jednak premier David Cameron, wystawiając tym na ryzyko rozpadu koalicję z liberałami. Wskazał, że nowy system obali zasadę "jeden człowiek, jeden głos", o którą przez setki lat walczyły "tysiące bojowników o wolność".

Clegg przedstawiał jednak swoje argumenty. Jego zdaniem system istnieje od 93 lat w Australii, gdzie cieszy się dużą popularnością.

Część ekspertów wskazuje na zalety obecnych rozwiązań. To możliwość utworzenia rządu z dużą większością w parlamencie, który jest zdolny do podejmowania niepopularnych decyzji. Tym można tłumaczyć przeprowadzenie przez Camerona radykalnych cięć w wydatkach państwa dla uzdrowienia finansów publicznych.

Tygodnik "Economist" uważa jednak, że nawet w przypadku klęski referendum zmiany systemu politycznego będą konieczne przynajmniej z dwóch powodów. Cameron będzie musiał znaleźć coś na osłodę dla Clegga, aby utrzymać do 2015 roku (planowane kolejne wybory) koalicję rządową. Konieczne jest także dokończenie reformy państwa podjętej przez Tonyego Blaira, która polegała na utworzeniu parlamentów Szkocji, Walii i Irlandii Północnej z szerokimi kompetencjami i proporcjonalnym systemem wyborczym.

Kompromisem zapewne będzie reforma najbardziej archaicznej instytucji władzy kraju: Izby Lordów. Dziedzicznych jej członków mieliby zastąpić senatorowie wybrani właśnie w systemie proporcjonalnym.

Nick Clegg chce zreformować także zasady dziedziczenia tronu. Dziś pierwszeństwo mają męscy potomkowie panującego monarchy: Elżbieta II tylko dlatego odziedziczyła koronę, że nie miała braci. Tak zapisano w ustawie o następstwie tronu (Act of Settlement) z 1701 r., która zakazuje brytyjskim monarchom poślubienie osób wyznania katolickiego. Według przywódcy liberałów, jeśli pierwszym dzieckiem księcia Williama i Kate Middleton okaże się dziewczynka, to ona, na zasadzie starszeństwa, powinna zostać królową. Reforma będzie jednak trudna do przeprowadzenia, m.in. dlatego że wymaga akceptacji 15 krajów Commonwealthu.

J.Bie.

@RY1@i02/2011/087/i02.2011.087.000.009a.001.jpg@RY2@

Fot. AFP/East News

Jednym ze zwycięzców tego referendum jest premier Cameron - będzie nadal mógł wprowadzać niepopularne reformy

Jędrzej Bielecki

jedrzej.bielecki@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.