Niemieckie wybory 2013. Merkel i długo, długo nic
Wyborcze tasowanie kart nie przyniesie spektakularnej zmiany. Najważniejsze miejsce w polityce należy do Angeli Merkel. Inni to tylko blotki
Zacznijmy od asa. Kolor w sumie nieważny. Bo w Niemczech as jest dziś tylko jeden. To Angela Merkel. Ta 59-letnia córka pastora o polskich korzeniach rządzi Niemcami od 2005 r. Nie ma wątpliwości, że to wystarczająco długo, by odcisnąć na kraju swoje piętno. Ale jakie to właściwie piętno? Z odpowiedzią na to pytanie nawet najbardziej uważni niemieccy obserwatorzy mają duży problem. Zwłaszcza gdy chodzi o gospodarkę. Dlaczego? Bo Merkel przywdziewała już w swoim politycznym życiorysie bardzo różne maski. I nie była to wcale stopniowa ewolucja. Pomysły Merkel (z wykształcenia fizykochemiczki) przypominały raczej ciągłe eksperymenty w laboratorium. Wziąć jedną ciecz, zmieszać ją z inną, podgrzać, potem spokojnie obserwować, co się dzieje. A jak nie wychodzi, to widocznie trzeba zmienić kluczowe składniki.
Polityczne kolory Angeli
Jak to działa w polityce? Cofnijmy się na początek, do roku 2003. CDU świętuje właśnie w Lipsku podczas swojego dorocznego zjazdu partyjnego. Jej przewodnicząca doprecyzowuje zaś na nim ostatnie detale programu, który ma przynieść chadekom rychły powrót do ław rządowych. Przyjęty w Lipsku dokument jest jedną wielką pochwałą ekonomicznego liberalizmu. "Alternatywy są takie: albo będziemy jak dotąd kręcić się w kółko, albo odważymy się na ucieczkę do przodu. Ja wybieram tę drugą drogę" - mówi Merkel zachwyconym delegatom. Jak chce to zrobić? Przede wszystkim spłaszczając system podatkowy. Zamiast dotychczasowej bardzo progresywnej i wieloprogowej konstrukcji (na której korzystają słabiej zarabiający) Angie chce wprowadzić trzy stawki: 12, 24 i 36 proc. Do tego kompletna zmiana filozofii wnoszenia składki zdrowotnej. Zamiast systemu, w którym wysokość daniny zależy od dochodu, Merkel chce wprowadzić jednolitą opłatę dla wszystkich. Planuje też szybkie podwyższenie wieku emerytalnego. Mediom ten program bardzo się podoba. Niemcy mają bowiem dosyć odgrywania roli "chorego człowieka Europy", kraju wierzącego we wczorajsze idee społecznej gospodarki rynkowej. Podczas gdy reszta Zachodu (a zwłaszcza Anglosasi) ucieka im na liberalnym turbodoładowaniu. Nic dziwnego, że Angela Merkel zostaje obwołana niemiecką Margaret Thatcher. Kobietą, która będzie potrafiła zrobić porządek z tym całym lewackim rozleniwianiem społeczeństwa.
Tylko że Merkel nigdy żelazną Angie nie została. Bo gdy przyszło co do czego, zaczęła się najzwyczajniej w świecie... wahać. Podobno zmieniła ją kampania 2005 r. CDU przez wiele miesięcy przodowała w sondażach. Potem jednak mistrz kampanii wyborczej kanclerz Gerhard Schroeder zaczął przedstawiać Merkel jako obojętną na kwestie socjalne technokratkę. Jej sondażowa przewaga zaczęła topnieć. I gdyby kampania potrwała jeszcze dwa tygodnie, SPD i Zieloni władzę by utrzymali. Ostatecznie CDU pokonała SPD zaledwie o 1 proc. Równo cztery mandaty. "Dla Merkel to była nauczka. Nigdy więcej tak wyrazistych politycznych kolorów" - pisał jej biograf Gerd Langguth.
Wtedy pojawiła się Merkel, jaką znamy do dziś. Jak ognia unikająca jednoznacznych deklaracji. W jej wystąpieniach próżno szukać takich słów, jak "prawica", "lewica", "socjalizm" czy "konserwatyzm". Można za to usłyszeć, że jakieś konkretne rozwiązanie jest "skuteczne", "rozsądne" albo "obiecujące". Najlepszym przykładem było jej zachowanie w czasie kryzysu. Gdy na przełomie lat 2008 i 2009 widać już było, że krach finansowy na amerykańskim rynku nieruchomości zaczyna uderzać w niemiecką gospodarkę, Merkel nie wahała się ani chwili. Choć jeszcze kilka lat wcześniej pozowała na nadreńską Thatcher, teraz sięga do takich środków, które dla Żelaznej Damy były zawsze spełnieniem najgorszych koszmarów: nacjonalizuje chylące się ku upadkowi banki, pompuje miliardy w iście keynesowskie programy nakręcania koniunktury. Dopłaca nawet Niemcom do złomowania starych samochodów, byle tylko pomóc branży motoryzacyjnej. Potem zaś, gdy sytuacja (przynajmniej w Niemczech) zostaje opanowana, Merkel robi nagły zwrot w zupełnie przeciwnym kierunku. Ogłasza, że teraz będzie się zachowywała jak "szwabska gospodyni". I zrównoważy niemieckie finanse publiczne. Tak, by w ciągu kilku lat w ogóle nie zwiększać deficytu budżetowego - odpowiedni hamulec zadłużeniowy zostaje nawet wpisany do konstytucji. Liberałowie znów wynoszą ją pod niebiosa, po raz drugi fryzując na europejską Żelazną Damę. A ona im znowu wycina numer, zapowiadając w kampanii wyborczej wielkie wydatki budżetowe i rozbudowę państwa opiekuńczego.
Niemieckie media mają z taką Merkel olbrzymi problem. One lubią nadawać wyraziste etykietki, zapowiadać, a potem relacjonować wielkie boje politycznych gladiatorów. Merkel zaś zupełnie się z tego schematu wymyka. Media nie wiedzą, jak się w tym wszystkim odnaleźć. Tworzą więc całą listę zarzutów wobec polityki pani kanclerz. Że jest jak Helmut Kohl i zależy jej tylko na utrzymaniu władzy. Że nie ma kręgosłupa ideowego. Że wciąż lawiruje. Nie to co jej wielcy poprzednicy: Konrad Adenauer, Willy Brandt czy nawet Gerhard Schroeder. Oni toczyli epickie bitwy, wytaczali najcięższe armaty. A Merkel? Jest jak kierowca jadący w strugach ulewnego deszczu. Siedzi z nosem przy szybie, wycieraczki pracują jak szalone, a ona skręca to w lewo, to w prawo. I zamiast ze swadą opisywać tę podróż jako wielką przygodę, powtarza tylko w kółko, żeby jej zaufać, bo wie, co robi. Najciekawsze jest jednak to, że taka autokreacja "mateczki Merkel" bardzo podoba się ogółowi wyborców. Dobrze ten fenomen oddał niedawno popularny gitarzysta i poeta Wolf Biermann. Gdy "Die Zeit" zapytał go, na kogo będzie głosował 22 września, odparł: "CDU nigdy nie była moją partią, ale Merkel jest moim kanclerzem. Nie krzyczy, nie straszy, nie tupie, nie grozi. A przecież najlepszy rząd to taki, którego nawet nie widać". Merkel ma jeszcze jeden atut. W przeciwieństwie do innych postpolityków (w stylu Donalda Tuska albo Nicolasa Sarkozy’ego) może się pochwalić bardzo dobrymi wynikami. Jej Niemcy wyszły z recesji po zaledwie jednym roku i dziś są gospodarczym wzorem dla reszty Europy. Państwo działa sprawnie, nie trawią go żadne większe patologie, Merkel nie rośnie poważna konkurencja po żadnej ze stron politycznego spektrum.
Rzeczywistość wyborów 2013 r. jest więc taka, że innych asów w Niemczech dziś po prostu nie ma. I nie chodzi już nawet o potencjalnych rywali. Części z nich Merkel pozbyła się sama. Choć nigdy w taki sposób, żeby kogokolwiek publicznie poniżyć lub sprawić, by dyszał żądzą zemsty. Inni znów odstrzelili się sami. Zdolnego ministra Karla-Theodora von Guttenberga pogrążył plagiat pracy doktorskiej, a prezydent Christian Wulff brał prywatne kredyty u wpływowych biznesmenów. To jednak tylko personalia. Reszty dokonała postępująca europeizacja Niemiec. Dziś niemiecki parlament (podobnie jak parlament każdego kraju strefy euro) może jedynie w bardzo ograniczony sposób decydować o kierunkach niemieckiej polityki. W praktyce wygląda to tak: kanclerz jedzie na szczyt unijny i tam dobija targu z pozostałymi przywódcami. Tak zapadały decyzje o kolejnych transzach kredytowych dla Grecji albo deklaracje w sprawie unii bankowej. Bundestag może je potem przyklepać lub odrzucić. Zwykle przyklepuje. Ten proceder usuwania w cień parlamentu (który przecież powinien być sercem demokracji) był już nawet kilka razy rozpatrywany przez trybunał konstytucyjny w Karlsruhe. Orzeczenia były wyrazem bezradności niemieckich sędziów konstytucjonalistów wobec realnie postępującej integracji europejskiej. Niby kazali Merkel dokładniej tłumaczyć się przed Bundestagiem ze swoich szczytowych decyzji. Nie pokazali jednak, co właściwie z tego tłumaczenia miałoby wynikać.
Króle, damy, walety
Z tych wszystkich powodów w Niemczech krajobraz polityczny wygląda tak: jest kanclerz i potem długo długo nic. Nie znaczy to, że nie ma w tej talii innych znaczących figur. Jak choćby króle. Są, tylko nie należy ich szukać wśród polityków, lecz raczej w zorganizowanych grupach interesu. Przede wszystkim wielkiego biznesu. Wystarczy wymienić kilka firm. Deutsche Bank, Siemens, Volkswagen, BMW, SAP - koncerny znane i robiące interesy na całym świecie. To nie wszystko. W drugim szeregu jest cała rzesza firm, których nazwy zwykłemu użytkownikowi absolutnie nic nie powiedzą. Mimo że prawie wszyscy używają ich produktów na co dzień. W formie rozmaitych części czy podzespołów. Na przykład Delo (substancje klejące tej firmy są w co drugiej komórce). Albo Chemetall (opanował rynek produktów z litu i cezu) czy Uhlmann (specjalizuje się w opakowaniach farmaceutyków). Ich producenci to Mittelstand, małe i średnie niemieckie firmy. Często o długiej rodzinnej tradycji. Często rezydujące gdzieś na głębokiej prowincji. Jednocześnie jednak będące liderami globalnego rynku w swojej własnej dziedzinie. Wpływowy niemiecki ekonomista Hermann Simon nazwał ich kiedyś "ukrytymi czempionami". Faktycznym paliwem stojącym za globalnym sukcesem gospodarki naszych zachodnich sąsiadów. W Niemczech i duzi, i mali doskonale wiedzą, jak należy bronić swoich interesów, a zrzeszenia pracodawców to potężne i bogate organizacje o olbrzymim wpływie na bieżące ustawodawstwo.
Inny król w niemieckiej talii to bez wątpienia media. Bogate i w pełni świadome swojej siły. Wśród nich ton nadają tytuły prasowe. Tygodniki "Der Spiegel" czy "Die Zeit" oraz dzienniki "Sueddeutsche Zeitung" i "FAZ" oraz do pewnego stopnia również bulwarówka "Bild". Wydawcy prasy papierowej dzięki wciąż wysokiemu czytelnictwu w pełni opanowali też nowy rynek internetu, na którym najsilniejszymi graczami są Spiegel.Online oraz Bild.de. Na rynku opiniotwórczym liczy się jeszcze tylko telewizja publiczna (ARD i ZDF). Kanały prywatne zostały dopuszczone do obrotu dopiero w latach 80., postawiły wyłącznie na rozrywkę i nie liczą się w publicystycznym wyścigu. Efekt jest taki, że niemieckie media są dość grzeczne i poprawne. Wyrażające centrowy sposób myślenia szerokich mas klasy średniej. Choć i tu widać pewną zmianę pokoleniową. Pokolenie dzisiejszych 40- i 50-latków, które zaczyna przejmować władzę w mediach, nie odczuwa już tak silnej jak ich poprzednicy potrzeby uderzania się w piersi za niemieckie winy w XX w. Uważają, że ta trauma została już na wszystkie sposoby przepracowana. W efekcie widać u nich trochę niecierpliwego potupywania. Na przykład na zadłużone Południe.
Od biedy królem (choć słabszym, co najwyżej treflowym) można by nazwać klasę ekspertów - ekonomistów - zdecydowanie proliberalnych. Inaczej niż w takich krajach, jak Francja, Włochy czy ostatnio nawet Wielka Brytania, ze świecą szukać tu ostrych ataków na konsensus waszyngtoński czy odwołań do Marksa. Największy guru niemieckiej ekonomii Hans Werner-Sinn z instytutu Ifo ma poglądy zbliżone do Leszka Balcerowicza. Wypowiadający się chętnie w kwestiach ekonomicznych filozof Peter Sloterdijk idzie jeszcze dalej. Kilka lat temu rozpętał debatę o "nowym wyzysku". I dowodził, że to nie kapitaliści żyłują pracowników, lecz odwrotnie. W krajach takich jak Niemcy to nowa klasa próżniacza (klienci państwa socjalnego) żeruje na ciężko pracujących.
Wielu może dziwić w tej wyliczance figur niemieckiego życia publicznego jak dotąd brak socjaldemokratów. W końcu SPD to najstarsza niemiecka partia polityczna (w tym roku świętowała 150-lecie swojego istnienia) i tradycyjny główny rywal chadecji Angeli Merkel. Ale "Sozis" to w naszej talii co najwyżej damy. Sami się zresztą zdegradowali przez wiele mało udanych posunięć. Ostatnim kiepskim strzałem było mianowanie kandydatem na kanclerza Peera Steinbruecka, byłego ministra finansów w rządzie Wielkiej Koalicji. A więc niegdysiejszego podwładnego... Angeli Merkel. Wybór Steinbruecka poprzedziły długie wewnątrzpartyjne targi. - Wszystko dlatego, że partia jest od lat pęknięta - tłumaczy Friedrich Daniel Sturm, autor książki "Dokąd zmierza SPD". Co to za pęknięcie? Starzy "Schroederowcy" (do których zalicza się również 66-letni Steinbrueck) są trochę jak Unia Demokratyczna broniąca na początku lat 90. reform Balcerowicza. Na każdym kroku powtarzają, że wolny rynek to rzeczywistość, z którą należy się pogodzić. I dla liberalnych reform właściwie nie ma alternatywy. Każdego, kto twierdzi inaczej, są gotowi obwołać nieodpowiedzialnym populistą.
Z drugiej strony mamy w partii pokolenie młodsze. Jego zdaniem rolą partii lewicowej jest właśnie krytykowanie patologii wolnego rynku. Patronem tej frakcji jest szef partii 54-letni Sigmar Gabriel. Mocnym graczem jest też sekretarz generalna Andrea Nahles (lat 43). Warto te nazwiska zapamiętać, bo najpewniej spośród nich wyłoni się następny czerwony kandydat na kanclerza po fiasku w obecnych wyborach.
Z powodu ideowego pęknięcia SPD na dobrą sprawę zmarnowało kilka ostatnich lat. Socjaldemokraci zupełnie przespali na przykład temat przyszłości Europy. Konsekwentnie wspierając dyktat oszczędnościowy narzucany zadłużonemu Południu przez kanclerz Merkel. Dopiero w ostatnich miesiącach pojawiły się u "Sozich" pierwsze sygnały, że można inaczej. Że może rozsądniej by było umorzyć Grekom część ich (i tak niespłacalnego długu) albo powrócić do tematu euroobligacji. Ale było już zdecydowanie zbyt późno (i zbyt mało konkretnie), by stworzyć realną alternatywę dla polityki prowadzonej przez Urząd Kanclerski.
Obok SPD ważną lewicową siłą niemieckiego życia publicznego są jeszcze związki zawodowe. W porównaniu z Polską bardzo potężne. Sam poziom uzwiązkowienia (ok. 25 proc.) nie jest może oszałamiający. Jednak, że wyniki negocjacji płacowych obejmują ok. 60 proc. zatrudnionych, już tak. Ten proces negocjacyjny prowadzą między sobą organizacje pracodawców i pracowników. Państwo wkracza dopiero jako ostatnia instancja. I ten system rzeczywiście działa. Niemcy od lat są w czołówce krajów, gdzie strajkuje się najmniej 20 razy rzadziej niż we Włoszech czy Francji. Nie brak jednak głosów, że niemieckie związki straciły na znaczeniu. - Przez ostatnią dekadę były bardzo miękkie. Dały się wodzić za nos pracodawcom, zgadzając się na długoletnie zamrożenie płac, co poskutkowało znaczącym zwiększeniem różnic społecznych i podmyciem fundamentów społecznej gospodarki rynkowej - uważa Jens Berger, publicysta i autor książki "Niemiecki stress test". I dlatego są dziś co najwyżej słabą treflową damą. Albo silnym waletem.
Pomniejsi gracze
Reszta to już raczej blotki. Na przykład mniejsze partie. Ich rola w niemieckiej polityce jest od lat specyficzna. Same nie mogą nic. Ale i bez nich trudno jest domknąć zdolną do rządzenia parlamentarną większość. Układy są czytelne. CDU/CSU najchętniej rządzi pod ramię z FDP (tworząc tzw. większość czarno-żółtą). Dla SPD najbardziej naturalnym sojusznikiem są Zieloni. Obie partie są jak wychowywani w dwóch różnych rodzinach bliźniacy. FDP jest typową partią kadrową. Trochę jak nasze PSL. Tyle że klientela zupełnie inna. Do liberałów zapisują się krawaciarze i ulizani prymusi. Wymarzona pozycja to wysokie stanowisko w administracji państwowej. Najlepiej w służbie dyplomatycznej. Sztandarowym wykwitem tego systemu jest obecny minister spraw zagranicznych Guido Westerwelle, szef FDP w latach 2001-2011. W czasach gdy jego ugrupowanie było w opozycji, zdołał podbić notowania partii, domagając się odchudzenia niemieckiego państwa i obniżenia podatków. Gdy jednak doszedł do władzy, żadnego z tych postulatów zrealizować nie zdołał. Jego partia w sojuszu z Angelą Merkel zatraciła wszelką programową podmiotowość i dziś balansuje na poziomie 5-6 proc. Czyli niebezpiecznie blisko granicy politycznej egzystencji.
Zieloni są na pierwszy rzut oka zupełnym przeciwieństwem liberałów. Partia wyrosła ze środowisk hipisowskich i anarchistycznych w szalonych latach 70. Do wielkiej polityki weszła w latach 80., jakby od niechcenia. Jednocześnie kontestując system. Jej członkowie zawsze uwielbiali medialne gesty. Gdy ich ojciec założyciel Joschka Fischer został pierwszym w historii zielonym ministrem (w landzie Hesji), na zaprzysiężeniu pojawił się w białych tenisówkach. W czasie pierwszej kadencji w Bundestagu w zielonych ławach dominowały swetry, długie włosy i kwiaty we włosach. Ale od tamtych czasów zieloni bardzo się zmienili. Większość działaczy dorosła, zmieszczaniała i pogodziła się ze światem. Podobnie jak ich elektorat. Ekolodzy już dawno przestali reprezentować zbuntowaną część niemieckiego społeczeństwa. Jeśli spojrzeć na przekrój wyborców, to łatwo odkryjemy, że elektoraty FDP i Zielonych są do siebie bardzo podobne. Reprezentują nowe niemieckie mieszczaństwo, składające się zazwyczaj z wolnych i kreatywnych zawodów. Podobieństwo jest do tego stopnia uderzające, że kilka lat temu młody polityk FDP (dziś europoseł) Jorgo Chatzimarkakis zaproponował, by obie partie po prostu... zjednoczyły siły. Jego prowokacyjna propozycja została oczywiście wyśmiana. Obaj bliźniacy bardzo nie lubią, gdy ktoś zwraca uwagę na ich uderzające podobieństwo.
Blotką z zupełnie innej bajki jest za to Lewica, która po niedzielnych wyborach będzie najpewniej trzecią siłą niemieckiej polityki. To karta słaba czy silna? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Poparcie ma stałe. Niezmiennie w granicach 10-13 proc. Od początku istnienia Lewica (wcześniej Partia Lewicy) jest otoczona czymś w rodzaju kordonu sanitarnego. Wszystkie inne partie z góry wykluczają możliwość zbudowania z nią jakiejkolwiek koalicji. Dlaczego? Przez lata oficjalnym powodem był jej "populizm" i "brak politycznego rozsądku". Lewica domagała się bowiem wycofania niemieckich żołnierzy z misji zagranicznych i cofnięcia wszystkich reform liberalizujących niemiecką gospodarkę. Jednak prawdziwym powodem odrzucenia Lewicy są raczej bardziej przyziemne kwestie, głównie personalne. Bo Lewica jest partią założoną przez ocalałych po przełomie enerdowskich postkomunistów (coś jak nasz SLD). Ten problem dałoby się może jeszcze przełknąć. W końcu dawni aparatczycy w miarę upływu czasu schodzą ze sceny. Kłopot w tym, że równo dekadę temu do partii dołączyła niemała grupa rozczarowanych działaczy SPD, według których niemiecka socjaldemokracja w czasach Gerharda Schroedera zdradziła swoje lewicowe ideały. Od tamtej pory między rozłamowcami a resztą czerwonego obozu powstała przepaść. I upłynie jeszcze szmat czasu, nim zostanie ona zasypana.
Na miano dwójki lub trójki w niemieckiej talii zasługują jeszcze Piraci. W niedzielę do parlamentu raczej nie wejdą. Choć jeszcze rok temu po serii bardzo udanych wyborów landowych cieszyli się w notowaniach nawet 10-proc. poparciem. Jak to jednak zwykle bywa w przypadku partii powstałej z niczego, opanował ją chaos wewnętrzny. Z jednej strony są zwolennicy autentyczności, którzy uważają, że siłą Piratów jest totalna kontestacja wszystkiego. I że nie muszą dysponować żadnym programem politycznym, bo przecież w każdej chwili mogą za pomocą głosowania online wyrobić sobie partyjną linię w kwestii, powiedzmy, trzeciego pakietu pomocowego dla Grecji albo reformy systemu bankowego. Na drugim biegunie są działacze dowodzący, że jeśli każdy Pirat będzie mówił tylko to, co mu ślina na język przyniesie, ugrupowanie nigdy nie wyjdzie poza stadium chwilowego politycznego dziwadła. Tym, którzy nazywają Piratów partią jednego tematu (ruch wyrósł z postulatów obrony wolnego i darmowego internetu) i wieszczą jej rychły upadek, należy się jednak przestroga. - Piraci to ugrupowanie ze sporą przyszłością. Przede wszystkim dlatego, że ma zwolenników we wszystkich warstwach społecznych. Pod tym względem bardziej przypomina CDU czy SPD niż FDP i Zielonych - uważa Manfred Guellner, szef Forsy, jednego z najważniejszych ośrodków badania opinii publicznej.
CDU nigdy nie była moją partią, ale Merkel jest moim kanclerzem. Nie krzyczy, nie straszy, nie tupie, nie grozi. A przecież najlepszy rząd to taki, którego nawet nie widać - tak myśli wielu Niemców
@RY1@i02/2013/183/i02.2013.183.000000400.810.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/183/i02.2013.183.000000400.811.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/183/i02.2013.183.000000400.812.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/183/i02.2013.183.000000400.813.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/183/i02.2013.183.000000400.814.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/183/i02.2013.183.000000400.815.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/183/i02.2013.183.000000400.816.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/183/i02.2013.183.000000400.817.jpg@RY2@
Reuters/Forum
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu