Trzy białoruskie zadania
Coś zaczyna kiełkować na linii Bruksela - Mińsk. Białoruska dyplomacja pod wodzą Uładzimiera Makieja wzięła się do pracy nad ociepleniem relacji z Unią, a i Bruksela ma dość trwającej dwa lata zimnej wojny.
W czwartek półoficjalną wizytę w Berlinie zakończyła wiceszefowa dyplomacji Białorusi Alena Kupczyna. Przedtem wiceminister w podobnym trybie odwiedziła też Brukselę i Paryż, zaś w Mińsku gościł szef MSZ sąsiedniej Łotwy Edgars Rinkeviczs. Wcześniej przez długie tygodnie trwały konsultacje na szczeblu ambasadorów, Mińsk sondował możliwość wznowienia dialogu, rozmawiając z dyplomatami niemal wszystkich państw UE, a także Gruzji, Szwajcarii, USA, a nawet z przedstawicielami nuncjatury apostolskiej.
W ten sposób powołany w sierpniu 2012 r. szef dyplomacji wypełnia zadanie, które otrzymał od prezydenta Alaksandra Łukaszenki. Sam Makiej, uznawany za względnego liberała, nie może na razie jeździć po Europie, bo jest objęty unijnymi sankcjami, wznowionymi po pacyfikacji opozycji w powyborczą noc z 19 na 20 grudnia 2010 r. Zamiast niego jeździ właśnie Kupczyna, szanowana za erudycję i za to, że jako jedna z niewielu wśród tamtejszych urzędników posługuje się od czasu do czasu językiem białoruskim.
Nie miejmy jednak wielkich złudzeń. Nie ma szans na wolne wybory czy demokrację a la John Stuart Mill. Łukaszenka na to nie pójdzie. Białoruski prezydent jest niczym mąż alkoholik: czasem może przynieść kwiaty, ale prędzej czy później i tak urządzi awanturę. Rozwód tym razem jest jednak niemożliwy; finansowana częściowo przez Zachód opozycja nie ma pomysłu, jak przekuć niezadowolenie ludzi w sukces polityczny. To nie tylko jej wina: reżim wie, jak ją trzymać w ryzach. W rezultacie wybijający się liderzy albo wyemigrowali jak Zianon Paźniak (w 1996 r.) i Andrej Sańnikau (kilka miesięcy temu), albo są w więzieniu jak fighter Mikoła Statkiewicz, albo zaginęli (czy raczej "zostali zaginięci"), jak w 1999 r. Wiktar Hanczar i Jury Zacharanka.
Gra idzie o znacznie mniejszą stawkę: o to, by tym razem bukiet od męża pijaka był możliwie wartościowy. By przekonać Mińsk do uwolnienia 11 więźniów politycznych czy kontynuowania znacznie spowolnionej ostatnio liberalizacji gospodarczej. Polska w tym odcinku serialu pt. "Ocieplenie na Białorusi" ma do ugrania także trzy inne kwestie. Po pierwsze, ratyfikowanie przez Mińsk umowy o małym ruchu granicznym, która pozwoli setkom tysięcy Białorusinów z okolic Brześcia i Grodna wyzwolić się z reżimu wizowego. Po drugie, powrót tamtejszych pograniczników do poważnej ochrony granicy z Polską przed potokami nielegalnych imigrantów (Mińsk nieoficjalnie polecił straży granicznej przymykać na nich oko z zemsty za zamrożenie relacji). Po trzecie, co najtrudniej osiągalne, ale nie niemożliwe, jakąś formę kompromisu w sprawie dwóch skłóconych zarządów Związku Polaków na Białorusi.
Warszawa próbowała już wszystkiego. Próba kupienia reform przez Radosława Sikorskiego wespół z niemieckim kolegą Guido Westerwellem została skompromitowana w momencie, gdy 19 grudnia 2010 r. przytomność od ciosów milicyjnych pięści stracił Uładzimier Niaklajeu, jeden z dwóch najpoważniejszych kandydatów opozycji na prezydenta. Ograniczone sankcje polityczne niewiele dały, a na pójście na całość i wprowadzenie embarga handlowego - co rzeczywiście zagroziłoby reżimowi - nie zgodzą się biznesowi partnerzy Mińska nie tylko z Lublany, Rygi i Wilna (to główni blokujący), lecz także z Berlina czy Hagi. Pozostaje metoda małych kroków, drobnych gestów i mikrozwycięstw. Praca organiczna zamiast rewolucji.
@RY1@i02/2013/078/i02.2013.078.00000060a.802.jpg@RY2@
Michał Potocki dziennikarz działu życie gospodarcze świat
Michał Potocki
dziennikarz działu życie gospodarcze świat
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu