Wszystkie obsesje Camerona
Przekonaliśmy się, co naprawdę myśli szef MSZ Radosław Sikorski o brytyjskim premierze Davidzie Cameronie. Pomijając wulgarny język - jego ocena jest jak najbardziej trafna.
Trzymam się niepopularnego w Polsce poglądu (choć raczej podzielam pogląd mniejszości), że politycy to niekoniecznie wyłącznie źli i egotyczni przeciętniacy. Choć, faktycznie, odzwierciedlają słabości, zakłamanie, uprzedzenia i ignorancję swoich społeczeństw, to zwykle interesują się sprawami swoich państw oraz ich obywateli. Mając to w pamięci, chcę porozmawiać o polityce niejakiego Davida Camerona.
Chciałbym zrozumieć, dlaczego marnuje ostatnio tyle kapitału politycznego, np. sprzeciwiając się powołaniu Jeana-Claude’a Junckera na przewodniczącego KE.
Postawa Camerona może mieć poważne długofalowe skutki dla państwa, bo po pierwsze - zwiększa ryzyko marginalizacji Wielkiej Brytanii w UE, i po drugie - może przyczynić się do zwycięstwa w referendum tych, którzy opowiadają się za wyjściem z Unii.
Upadające imperium
Jestem przekonany, że większość czytelników DGP zgadza się z racjonalnym uzasadnieniem pozostania Wielkiej Brytanii w UE. Handel, globalizacja, trendy demograficzne, wzajemne bezpieczeństwo wymagają, żeby Londyn był częścią Wspólnoty. Niestety, i mówię to jako wielki brytyjski patriota, sporo racji miała chińska gazeta "Global Times", która ostatnio opisała mój kraj jako "stare, upadające imperium". Obsesja na punkcie roli, jaką Zjednoczone Królestwo odegrało w trakcie wojen światowych, szczególne stosunki łączące nas z USA, rola Londynu jako światowego centrum finansowego oraz dominacja języka angielskiego w komunikacji międzynarodowej zaślepiły Brytyjczyków i nie pozwalają nam dostrzec prawdziwej pozycji kraju. Nie jesteśmy hegemonem, co najwyżej statystą.
Warto dodać, że Sajjad Karim, błyskotliwy torys zasiadający w Parlamencie Europejskim, którego frakcja Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy wybrała na kandydata na szefa PE, ostrzegł, że jeśli Wielka Brytania wyjdzie z Unii, to niedługo potem będzie musiała pożegnać się ze stałym miejscem w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Na dodatek proeuropejską pozycję zajmuje Szkocja, która przygotowuje się do niepodległościowego referendum. Jeśli we wrześniowym plebiscycie opowie się za odłączeniem od Londynu, wyjście Wielkiej Brytanii z Unii może doprowadzić do rozpadu państwa.
Dlaczego więc premier Cameron obrał rolę europejskiego kamikaze? Trzeba pamiętać o tym, że debata publiczna w Wielkiej Brytanii została zdominowana przez bardzo emocjonalną dyskusję o imigracji, w której fakty nie mają żadnego znaczenia, a rzeczywistość jest całkowicie wypaczona. Jeśli uważacie, że polskie tabloidy przekręcają fakty, to poczytajcie "Sun", "Daily Mail" lub "Daily Express" - a zobaczycie, jak wygląda prawdziwe zniekształcanie rzeczywistości. Brytyjscy politycy ciągle szukają kozłów ofiarnych (dziś to islamskie zagrożenie, wczoraj nadużywanie pomocy społecznej przez Polaków i imigrantów z innych państw Europy Wschodniej). Statystyki Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, według których imigranci przyczynili się do wzrostu PKB o ponad 1 proc., oraz to, że płacą oni znacznie więcej podatków, niż otrzymują świadczeń, bledną w zestawieniu z faktem, że polska żona w Warszawie otrzymuje brytyjskie świadczenie na dziecko, ponieważ jej mąż akurat pracuje i płaci podatki w Wielkiej Brytanii.
W tym miejscu muszę nadmienić, że słowa Sikorskiego o nieudolnym podejściu Camerona do polityki europejskiej i skupianie się brytyjskiego premiera na zasiłkach dla imigrantów były głównym wątkiem artykułu w "Guardianie" poświęconym polskiej aferze taśmowej. Mało dyplomatyczny i barwny język szefa polskiego MSZ spotkał się z gorącą aprobatą czytelników tej gazety.
Ale polowanie na kozły ofiarne trwa: ostatnio skupia się na unijnej zasadzie swobodnego przepływu osób. Prawdziwi winowajcy pogarszającej się sytuacji mojego kraju: krótkowzroczność City, międzynarodowy kapitał, globalizacja, kiepska edukacja, brak inwestycji i nierówność, są rzadko wspominani.
Historia, oczywiście, na tym się nie kończy. Na początku istnienia UE (wtedy była to EWG) Wielka Brytania próbowała stworzyć alternatywę w postaci Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu, i tylko kiedy to nie zdało egzaminu, Wyspy dołączyły do Europy. Brytania nigdy nie lubiła sojuszy politycznych, a właśnie to one leżą u podstaw Unii.
Później Londyn konsekwentnie blokował kolejne próby dalszej europejskiej integracji. Na przykład bardzo rozsądny projekt harmonizacji podatków i rachunkowości, wprowadzenie podatku od transakcji finansowych i utworzenie unii bankowej - wszystko to spotkało się z agresywnymi protestami kolejnych brytyjskich rządów usiłujących bronić brytyjskiego centrum finansowego (i szkodzących tym samym brytyjskiej gospodarce w perspektywie długoterminowej).
Trzeba też przyznać, że niektóre brytyjskie zastrzeżenia wobec Unii Europejskiej są usprawiedliwione. Czy można nazwać racjonalnym przeznaczanie ponad 40 proc. europejskiego budżetu na rolnictwo, które przekłada się tylko na 3 proc. europejskiego PKB? A procedury w UE to prawdziwy koszmar. Uczestniczyłem ostatnio w konferencji poświęconej dziesięcioleciu członkostwa Polski w UE, na której obecni byli przedstawiciele państw Grupy Wyszehradzkiej. Rozpatrywano programy wspierania innowacji w każdym z krajów - i jaki był wniosek? Wszystkie były nieskuteczne, a jedyne zwiększenie zatrudnienia polegało na konieczności wynajęcia dodatkowych pracowników do wypełniania wniosków!
Sajjad Karim mówi o tym, że klasa polityczna w Wielkiej Brytanii przez ostatnie 40 lat unikała publicznej dyskusji o UE, bojąc się reakcji społeczeństwa. Jednak w przyrodzie, oraz polityce, próżnia zawsze się wypełnia - i tę polityczną pustkę wypełnili eurosceptycy. To paradoks, ale właśnie Nigel Farage oraz jego Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa wyświadczyli Brytyjczykom przysługę, zwracając ich uwagę na problemy Europy.
Brytyjska golgota
Wróćmy do pytania - dlaczego David Cameron traci tyle sił na przeciwstawianie się kandydaturze Jeana-Claude’a Junckera? Przede wszystkim chodzi o krajową politykę, a nie o Europę i Unię Europejską jako taką. Nie zwracajcie uwagi na tych brytyjskich polityków, którzy twierdzą, że w przypadku Junckera chodzi o zasady i reformy w UE. Oni udają. Juncker to doświadczony i kompetentny kandydat i choć można nie zgadzać się z jego politycznymi poglądami, trzeba pamiętać, że został nominowany przez największą frakcję w europejskim parlamencie i ma poparcie przeważającej większości deputowanych. Na tym polega demokracja, której Brytyjczycy domagali się od dawna.
Nie mówi się o sprzeczności brytyjskiej wizji Europy jako strefy wolnego handlu, a właśnie taka Europa marzy się Brytyjczykom. W dyskusji ukrywa się również walkę o zachowanie kompetencji narodowych rządów i rolę Parlamentu Europejskiego.
W przypadku Junckera Cameron gra pod brytyjską publikę, bo jego partia traci głosy na rzecz Farage’a. Premier stara się przyciągnąć wyborców, bo inaczej nie uda mu się wygrać następnych wyborów. Trzeba pamiętać, że w eurowyborach jego partia poniosła historyczną porażkę, zajmując trzecie miejsce po laburzystach i Partii Niepodległości. Tonący chwyta się brzytwy i w tym przypadku brzytwą jest Jean-Claude Juncker. To klasyczny przypadek przemieszczenia, w którym Juncker jest zamiennikiem nieakceptowalnej alternatywy - wyjścia z Unii. Czy jest to racjonalizacja atawistycznego dążenia do wyjścia z UE za pomocą pozornie logicznych argumentów, które w istocie są błędne? (Co robilibyśmy bez takich zawiłych wytłumaczeń, dziękuję Ci, Sigmund).
Niestety, walce o wyborców towarzyszy zdumiewająca arogancja. David Cameron wyprowadził konserwatystów z Europejskiej Partii Ludowej (wbrew życzeniom wielu jej eurodeputowanych), a teraz narzeka, gdy frakcja ta nominuje kandydata, który mu się nie podoba. Tworzy partię eurosceptyków popieraną przez mniejszość społeczeństwa, znajduje sojuszników wśród ekstremistów - w tym niemiecką AfD, jednocześnie roszcząc sobie prawo do dyktowania większości, kogo ma wybierać, i oczekując poparcia Angeli Merkel. To prawdziwy przypadek łudzenia się i naiwności politycznej. Diagnoza Radosława Sikorskiego, choć wyrażona wulgarnie, jest bardzo celna (w końcu Sikorski był członkiem tego samego studenckiego klubu w Oksfordzie, co brytyjski premier).
"Cała jego strategia dawania ochłapów, by ich [eurosceptyków] usatysfakcjonować, de facto, jak to przewidywałem, obróciła się przeciw niemu. Trzeba było powiedzieć fuck off, mógł przekonać ludzi, tamtych odizolować, a tak dał im pole, na którym oni go upokarzają".
A co na to drogi pan Farage i jego Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, którzy są powodem obsesji Camerona na punkcie kandydatury Junckera? Siedzą i śmieją się, patrząc na porażkę torysów w walce, której nie można wygrać. David Cameron wybrał drogę na Golgotę. Niestety, może się zdarzyć, że reszta Brytyjczyków będzie musiała pójść razem z nim.
David Cameron wyprowadził konserwatystów z Europejskiej Partii Ludowej, a teraz narzeka, gdy frakcja ta nominuje kandydata, który mu się nie podoba. Tworzy partię eurosceptyków popieraną przez mniejszość społeczeństwa, jednocześnie roszcząc sobie prawo do dyktowania większości, kogo ma wybierać. To prawdziwy przypadek łudzenia się i naiwności politycznej. Diagnoza Radosława Sikorskiego, choć wyrażona wulgarnie, jest bardzo celna
@RY1@i02/2014/123/i02.2014.123.000000700.803.jpg@RY2@
wojtek górski
Timothy Clapham psycholog ekonomii Uniwersytet Warszawski
Timothy Clapham
psycholog ekonomii Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu