Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Europa wybrała populistów. Jednak za dużo nie zdziałają

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Spektakularnie dobre wyniki eurosceptyków w niedzielnych wyborach to znak ostrzegawczy dla elit rządzących Europą

@RY1@i02/2014/101/i02.2014.101.00000030d.101.jpg@RY2@

Ani Marine Le Pen, ani Nigel Farage jeszcze nigdy nie mieli tak dobrego wyniku w eurowyborach. Le Pen zazwyczaj osiągała dobre rezultaty jedynie w sondażach przedwyborczych. Potem zwyciężał strach przed populistami - większość głosujących odrzucała wizje rysowane przez Front Narodowy. Teraz szefowa Frontu wygrała wybory we Francji i wprowadzi do europarlamentu co najmniej 25 posłów.

Jej wygrana nie wzięła się jednak znikąd. Eurosceptycyzm już od dekady ma tendencję wzrostową. W 2005 r. Francja i Holandia odrzuciły w referendach konstytucję europejską. Był to jawny znak sprzeciwu wobec rozszerzenia Unii i haseł integracyjnych. Pięć lat temu w eurowyborach Le Pen otrzymała 6-7 proc. głosów, teraz w sukurs przyszły jej recesja i coraz większy problem nieudanej integracji muzułmanów. Na Le Pen głosuje francuska klasa średnia, która czuje się zagrożona przez rosnącą i coraz bardziej roszczeniową społeczność muzułmańską, a z drugiej strony zniesmaczona jest zbytnim liberalizmem społecznym socjalistycznego prezydenta. Nie widzi też sensu w ograniczaniu kompetencji państwa narodowego na rzecz niedalekiej Brukseli. Zresztą podobne czynniki motywowały wyborców w innych krajach zachodnioeuropejskich.

Marine Le Pen już wcześniej zapowiadała zawarcie sojuszu z innymi ugrupowaniami populistycznymi, m.in. holenderską Partią Wolności Geerta Wildersa (trzecie miejsce w Holandii), flamandzką Vlaams Belang czy Wolnościową Partią Austrii. Łącznie front populistyczny w europarlamencie będzie miał ponad stu posłów. Do stworzenia frakcji wystarczyłoby to w zupełności. Gdyby wszyscy populiści się zjednoczyli, to ich frakcja byłaby trzecią największą w PE. Ale tak się nie stanie, bo jedynym wspólnym mianownikiem łączącym radykalnych polityków z różnych krajów jest "antyunijność". W pozostałych kwestiach się różnią. O ile np. Farage jest antyimigrancki, o tyle Le Pen czy Wilders są także silnie antyislamscy. Wilders popiera małżeństwa homoseksualne, Le Pen się im sprzeciwia.

Innymi słowy, zwycięstwo populistów w poszczególnych krajach nie przełoży się na ich pozycję w PE i siłę sprawczą. Może to być co najwyżej siła destrukcyjna, odrzucająca wszelkie prointegracyjne inicjatywy. A pozostałe partie niewątpliwie będą chciały ją izolować. Możliwy jest nawet cichy sojusz socjalistów, chadeków i liberałów w celu stworzenia wokół populistów "kordonu sanitarnego".

Ale na tym nie koniec. Nieformalne porozumienie może oznaczać wzajemne wsparcie w forsowaniu projektów typu unia bankowa lub fiskalna, które mają przyśpieszyć integrację gospodarczą. Chadecy, socjaliści i liberałowie będą mieli większość głosów. Paradoksalnie zatem ten sam europarlament, w którym znajdzie się liczna reprezentacja antyunijnych populistów, stać się może integracyjną lokomotywą. Na ile sprawną, to zależeć będzie od kompozycji Komisji Europejskiej. Niepokojące jest, że wszystko to w dalszej perspektywie w wyborach krajowych przysporzy populistom jeszcze większej popularności. Będą znów mogli mówić wyborcom, że instytucje unijne wbrew ich woli, a wręcz lekceważąc ją, prą w stronę bezkrytycznej integracji.

Kolejne istotne pytanie: jak wyglądać będzie obsada najważniejszych stanowisk? Teoretycznie, zgodnie z zasadami wprowadzonymi przez traktat lizboński, szefem KE powinien zostać kandydat zwycięskiej frakcji, czyli Jean-Claude Juncker. Ale tylko teoretycznie, bo socjaliści łatwo nie odpuszczą.

Za to na pewno obsada najważniejszych unijnych stanowisk tym razem przebiegnie znacznie sprawniej niż w 2009 r. (wówczas zajęło to kilka miesięcy). Dąży do tego obecny szef Rady Herman Van Rompuy, który po zakończeniu kadencji wybiera się na emeryturę. Na jego wniosek już dzisiaj do Brukseli zjadą się szefowie rządów, którzy powinni wybrać przynajmniej szefa KE. Niewykluczone, że będzie to socjalista Martin Schulz - kandydat drugiej co do wielkości frakcji europarlamentarnej. A kto będzie następcą planującej powrót do Wielkiej Brytanii szefowej unijnej dyplomacji Catherine Ashton? Nie ma na razie żelaznych typów, a wśród kandydatów pojawiają się nazwiska ze stałego zestawu, m.in. szefa szwedzkiej dyplomacji Carla Bildta czy ustępującego szefa NATO Andersa Fogha Rasmussena.

@RY1@i02/2014/101/i02.2014.101.00000030d.802.jpg@RY2@

AP

Marine Le Pen triumfuje. Wprowadzi do PE 25 posłów

Dominika Cosić

z Brukseli dgp@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.