Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Repatriacja Alaski

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Dwa stulecia po tym, jak okręt "Newa" zniszczył ogniem z dział indiańską wioskę Sitka, w odwecie za spalenie przez czerwonoskórych Nowoarchangielska, Rosjanie przypomnieli sobie o prawach do Alaski. I nie był to prima aprilis

Proszę powiedzieć McCainowi, by lepiej pilnował Alaski. Była ona kiedyś częścią Rosji" - warknął dwa tygodnie temu do dziennikarza BBC ambasador Rosji przy ONZ Władimir Czyżkow. Dyplomatę rozwścieczył amerykański senator John MaCain, który nieco wcześniej ostrzegł, iż następną zdobyczą Kremla może być Mołdawia. Postulat powrotu Alaski do macierzy (podobnie jak Polski i Finlandii) na swym facebookowym profilu zamieścił także przedstawiciel Federacji Rosyjskiej w Radzie Europy dr Roman Kokoriew. W tym samym czasie nieznany bliżej mieszkaniec miasta Anchorage na stronie internetowej Białego Domu złożył petycję, spisaną nieco łamanym angielskim, w której stwierdził, iż: "Grupa syberyjskich Rosjan przekroczyła przesmyk (obecnie Cieśnina Beringa) 16-10 tys. lat temu". Potem przez tysiące lat osiedlali się na niegościnnym lądzie, aż w końcu przypłynęli tam także na statku "St. Gabriel" w sierpniu 1732 r. "Głosuj za oderwaniem Alaski od Stanów Zjednoczonych i przyłączeniem do Rosji" - wzywa autor petycji, której nie powstydziłby się Latający Cyrk Monty Pythona. Do czwartku podpisały ją 37 282 osoby. Jeśli uda się zebrać ponad 100 tys. podpisów, administracja prezydenta Obamy będzie musiała oficjalnie ustosunkować się do postulatu. Stanowiska w całej sprawie nie zajęli niestety jeszcze Indianie (a raczej zgodnie z polityczną poprawnością rdzenni mieszkańcy Ameryki). A przecież wojownicy z plemienia Tlingit jako jedyni Amerykanie w latach 1802-1804 stoczyli wojnę z Rosją o tamtejsze ziemie. Udało im się nawet spalić ówczesną stolicę kolonii Nowoarchangielsk. Acz ostatecznie sromotnie przegrali, więc przez następne dwieście lat nikt ich nie pytał o zdanie. Nawet wówczas, gdy zostali zakupieni w pakiecie z całą Alaską przez Stany Zjednoczone.

Rosyjscy kolonizatorzy

Odpowiedzialność za problem z Alaską tak naprawdę powinni wziąć na siebie Chińczycy, którzy wymyślili, że nieodłączną częścią służbowego stroju mandaryna będzie futrzany kołnierz z wydry morskiej. Kiedy populację tego stworzonka mocno przetrzebiono w Azji, za jedną skórkę mandaryni oferowali zawrotną cenę 140 rubli. Suma ta odpowiadała nawet rocznym zarobkom drwala wyrębującego tajgę. Nic dziwnego, że myśliwi byli gotowi na wszystko, byle upolować jakąś wydrę. W końcu szukając ich, zaczęli się przeprawiać z Syberii na drugą stronę wąskiej cieśniny, gdzie odkryli ląd pełen futerkowych ssaków. Za myśliwymi podążyli odkrywcy i naukowcy. W pierwszej połowie XVIII w. do wybrzeży Alaski docierały kolejne wyprawy prowadzone przez znakomitych żeglarzy w carskiej służbie Iwana Fiedorowa, Michaiła Gwozdiewa oraz Vitusa Beringa. Temu ostatniemu swą nazwę zawdzięcza Cieśnina Beringa. Wszyscy oni przywozili informacje, że po drugiej stronie arktycznych wód rozpościera się kraina wprawdzie skuta lodem, lecz zamieszkiwana przez wielką liczbę zwierząt łownych. Dlatego, gdy niespodziewanie w 1778 r. przez Cieśninę Beringa przepłynął dowodzony przez sławnego podróżnika Jamesa Cooka okręt "Discovery", Rosjanie poczuli się bardzo zaniepokojeni. Groźba, że Anglicy mogą zacząć sobie rościć prawa do tamtych ziem, sprawiła, iż irkucki kupiec Grigorij Szelichow postanowił zacząć działać. Nim ruszył na podbój Alaski, założył w 1784 r. spółkę akcyjną, która zebrała środki na wynajem trzech statków oraz sfinansowanie wyjazdu 200 kolonistów. Osiedlili się oni na znajdującej się niedaleko stałego lądu wyspie Kodiak, zakładając pierwszą rosyjską wioskę w Ameryce o dźwięcznej nazwie Krepost Pawłowskaja. Życie osadników nie należało do łatwych. Statek z zaopatrzeniem dla kolonii płynął z europejskich części Rosji do wyspy Kodiak średnio 12 miesięcy. Mąkę musieli więc kupować od Hiszpanów z Kalifornii, zaś na co dzień przed śmiercią głodową ratowały ich uprawy ziemniaków. Kontakty z tubylcami też nie układały się najlepiej. Rosjanie bowiem wyprawiali się na tereny łowieckie należące od wieków do indiańskich plemion. To musiało doprowadzić do konfrontacji. Największe z odnotowanych starć wydarzyło się w 1795 r., kiedy w zasadzce zorganizowanej przez plemię Athapasków zabito kilkunastu rosyjskich myśliwych. Niedługo potem okazało się, że Indian wspierają Anglicy. Dostarczali oni broń tubylcom, licząc na to, że po wybiciu rosyjskich myśliwych ich miejsce zajmą angielscy. Osamotnieni koloniści zapewne ponieśliby klęskę, gdyby nie to, że po śmierci Szelichowa inwestycją na Alasce zainteresował się sekretarz cesarzowej Katarzyny II Wielkiej Mikołaj Rezanow. Stara monarchini tak polubiła swego asystenta, iż nadała mu tytuł barona. Jej syn cesarz Paweł I zgodził się natomiast na powołanie w 1799 r. handlowej Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej, która na wzór brytyjskich firm miała się zająć eksploatacją zamorskiego terytorium. Car łaskawie dorzucił też tytuł gubernatora Alaski. Dzięki dotacjom z monarszego skarbca Rezanow mógł rozpocząć nową akcję kolonizacyjną. Stolicę guberni Nowoarchangielsk postanowiono wznieść obok indiańskiej osady Sitka, należącej do plemienia Tlingit, leżącej na bardzo żyznych glebach lessowych. I znów cierpliwość Indian szybko się wyczerpała. Wódz Katleian poprowadził swój lud do powstania w 1802 r. Tubylcy zdobyli Nowoarchangielsk i puścili go z dymem. Potem przez dwa lata trwały walki podjazdowe, aż wreszcie przybył z Rosji uzbrojony w działa okręt "Newa". Ostrzał artyleryjski Sitki zmusił Indian do wycofania się w głąb niegościnnego lądu. I tam już pozostali.

Złoto nie dla Romanowów

Za pokazanie czerwonoskórym, gdzie ich miejsce, nowy cesarz Aleksander I Romanow mianował Mikołaja Rezanowa w 1804 r. ambasadorem w Tokio. Odbudową zniszczonych rosyjskich osad na Alasce kierować miał dyrektor Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej Aleksander Baranow. Zaczął od budowy okazałego pałacu gubernatora w centrum Nowego Archangielska. Kiedy dwa lata później Rezanow wyprawił się na Alaskę z wizytą, zastał upadającą kolonię, w której osadnicy umierali z głodu. Bez wahania pożeglował więc po prowiant do Kalifornii. W San Francisco nawiązał bardzo przyjacielskie kontakty z gubernatorem Jose Arilyagu. Tak zażyłe, że szybko poprosił o rękę jego córki. Po czym wyruszył w podróż powrotną. Żywność wyładował w Nowoarchangielsku, a sam w pośpiechu wracał do Europy. Wedle relacji jego towarzyszy w głowie Mikołaja Rezanowa narodził się plan oderwania Kalifornii od Hiszpanii i uczynienia z niej rosyjskiej guberni. Dlatego jak najszybciej chciał się spotkać z carem. Gnał więc na złamanie karku. Dosłownie. Pod Krasnojarskiem 1 marca 1807 r. spadł z konia i uderzył głową o kamień. Pogrzebano go w tamtejszym Soborze Zmartwychwstania. "Gdyby Rezanow żył, rosyjska flaga powiewałaby prawdopodobnie nad amerykańską ziemią, a znaczna część kontynentu przeszłaby pod władzę cara" - zapisał amerykański historyk Alfred H. Brooks w książce "Blazing Alaskas Trails".

Tak jednak się nie stało, choć pod rządami Aleksandra Baranowa okręty Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej zaczęły regularnie pływać do San Francisco. W końcu Rosjanie założyli nieopodal miasta własną placówkę Fort Ross. Jednak na tym ich ekspansja się skończyła. Na Alasce powoli wybito wydry, pozbawiając się tym samym głównego źródła dochodu. Innych nie potrafiono znaleźć. Nowoarchangielsk podupadał. Przez moment był miastem większym od San Francisco, a tym samym zasługiwał na tytuł największej metropolii na Zachodnim Wybrzeżu Ameryki Północnej. Ale w 1832 r. zamieszkiwało w nim na stałe 900 ludzi, z czego tylko około 400 Rosjan. W innych osadach doliczono się jeszcze 250 poddanych cara. Proces wymierania kolonii miało odwrócić podpisanie umowy Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej z potężną Kompanią Zatoki Hudson (Hudson Bay Company). Brytyjska spółka zdominowała rynek handlu skórami zwierzęcymi na całym kontynencie. Ale i ona najlepsze lata miała już za sobą. Wreszcie w 1841 r. Rosjanie wycofali się z interesu, sprzedając Fort Ross inwestorowi ze Szwajcarii Johannowi Sutterowi. Osiem lat później na ziemiach należących do czującego się już rdzennym Amerykaninem Johna Suttera znaleziono wielkie samorodki złota. Wkrótce szaleństwo ogarnęło całą Kalifornię. Gorączka złota ściągnęła w ten region Stanów Zjednoczonych 300 tys. poszukiwaczy szczęścia. Przez następne lata wydobywali oni rocznie ok. 100 ton kruszcu, dosłownie zalewając nim światowe rynki. W gorączce złota Rosjanie już nie wzięli udziału. Za to narzekali, że John Sutter obiecał im za Fort Ross 30 tys. dol., a przekazał jedynie 19 tys. Czuli się więc bardzo oszukani, zwłaszcza że wartość wydobytego w Kalifornii złota w ciągu 10 lat szacowano na 445 mln ówczesnych dolarów.

A w Europie Imperium Romanowów dotykał coraz większy regres. Jego najbardziej bolesnym świadectwem stała się przegrana wojna krymska z Wielką Brytanią i Francją. Nie dość, iż porażka była bardzo bolesna, to wpędziła Rosję w poważne tarapaty finansowe. Szukając pieniędzy dla swojego kraju, rosyjski poseł w Waszyngtonie baron Edward de Stoeckl w 1859 r. zaprosił na spotkanie zastępcę sekretarza stanu USA Johna Appletona i zaprzyjaźnionego z nim lobbystę senatora z Kalifornii Williama M. Gwina. Oficjalnie to Gwin miał być autorem pomysłu kupienia Alaski od Rosji za 5 mln dol. Appleton przyjął propozycję bez entuzjazmu. Alaska była olbrzymim obszarem zamarzniętej ziemi. Fakt, że pełnej dzikich zwierząt, ale nic ponad to. Inne zdanie na ten temat miał jedynie planujący wyruszenie Stanów Zjednoczonych na podbój Azji sekretarz stanu William H. Seward.

Szaleństwo Sewarda

Już w połowie XIX w. wielu amerykańskich polityków uważało, że przyszłością USA jest ekspansją na Dalekim Wschodzie. Aby ją prowadzić, Ameryka potrzebowała sieci baz i magazynów dla marynarki wojennej w różnych punktach Pacyfiku. Po objęciu stanowiska sekretarza stanu William H. Seward snuł ambitne plany zdobycia dla Stanów Zjednoczonych Hawajów, Wysp Dziewiczych i wysp Midway. Kiedy pojawiła się okazja kupienia Alaski, nie zamierzał z niej rezygnować. Na dalekiej północy baza dla floty również bardzo by się przydała. Plany ekspansji nakreślone przez Sewarda udało się Stanom Zjednoczonym zrealizować do wybuchu I wojny światowej, dzięki czemu US Navy mogła swobodnie operować na całym Pacyfiku. Jednak początki okazały się nie takie łatwe. Zaproponowana przez barona de Stoeckla transakcja nie doszła do skutku z powodu wybuchu wojny secesyjnej. Dopiero gdy walki dobiegły końca i po śmierci Lincolna urząd prezydenta objął Andrew Johnson, sekretarz stanu Seward powrócił do starego pomysłu. W tym czasie jego kontakty z rosyjskim posłem stały się już bardzo przyjacielskie. Zwłaszcza że obaj pragnęli sfinalizowania sprzedaży Alaski. Pewien kłopot stanowił fakt, iż Rosja wykaraskała się z problemów finansowych i niespecjalnie musiała pozbywać się części swego terytorium. Dlatego w połowie 1866 r. de Stoeckl wybrał się do Petersburga, by osobiście przekonać do transakcji stulecia cara Aleksandra II. Baron klarował władcy, że należy pozbyć się ziemi w Ameryce z dwóch powodów. Po pierwsze Rosja powinna skupić się na ekspansji na Syberii, zwłaszcza w dorzeczu Amuru. Po drugie sama Alaska nie była wiele warta, a mogła stać się w przyszłości przyczyną sporu ze Stanami Zjednoczonymi. Tymczasem życzliwość Waszyngtonu okazywała się bardzo potrzebna z powodu napiętych relacji z Wielką Brytanią. Aleksander II przyznał baronowi rację i zezwolił na podjęcie negocjacji o sprzedaży obszaru ziem dwukrotnie większego od Francji. Wyjściową sumę określił na 10 mln dol., co trudno uznać za wygórowaną cenę. Budżet federalny USA w 1867 r. wynosił 376 mln dol. Mimo to Amerykanie natychmiast zaczęli się targować i Rosjanie musieli zgodzić się na ledwie 7 mln dol. W zamian zażądali jednak zachowania wszystkich przywilejów nadanych przez cara rosyjskim firmom działającym na Alasce. Wówczas Seward zawiadomił barona de Stoeckla, iż prezydent Johnson dorzuci 200 tys. dol., jeśli Petersburg zrezygnuje w umowie z jakichkolwiek warunków wstępnych.

W dniu 29 marca 1867 r. de Stoeckl dostał z Petersburga depeszę informującą, iż Aleksander II aprobuje propozycję. Uradowany baron pognał z telegramem do domu sekretarza stanu. Ten akurat miło spędzał czas, grając w wista. Wiadomość z Petersburga ucieszyła go jeszcze mocniej. "Zawrzyjmy układ już dziś" - zaproponował przyjacielowi, który chętnie przystał na ten pomysł. Pomimo wieczornej pory do domu Sewarda ściągnięto asystentów barona, urzędników z Departamentu Stanu oraz przewodniczącego senackiej komisji spraw zagranicznych Charlesa Sumnera. Wśród uczestników tamtego spotkania znalazł się generał Włodzimierz Krzyżanowski, bohater wojny secesyjnej, zaufany znajomy Sewarda. Z Polski musiał on uciekać dwadzieścia lat wcześniej z powodu udziału w powstaniu wielkopolskim.

Ostateczna treść umowy była gotowa o czwartej rano, a już po południu 30 marca - jako pilny z rekomendacji prezydenta Johnsona - dokument trafił do ratyfikacji w Senacie. Tak wielki pośpiech musiał zaskakiwać. Nic dziwnego, że niemal równie szybko zaczęto podpisany układ nazywać "szaleństwem Sewarda".

Najgorszy interes stulecia

Kiedy Senat ratyfikował umowę 9 kwietnia 1867 r., co poparło 37 senatorów, a zaledwie dwóch głosowało przeciw, dziennik "New York Daily Tribune" ostrzegł czytelników, że amerykański podatnik kupuje do niczego nieużyteczne terytorium, gdzie nawet nie dawało się hodować zwierząt domowych. Ten argument nie był bez znaczenia. Wprawdzie niższa izba Kongresu nie mogła cofnąć decyzji Senatu, ale tylko jej zgoda umożliwiała wyasygnowanie z budżetu 7,2 mln dol. na sfinalizowanie transakcji. I tu zaczęły się problemy. "Przede wszystkim członkowie Izby Reprezentantów czuli się urażeni faktem, że rząd nie uznał za wskazane zasięgnąć ich opinii przed podpisaniem układu. W związku z tym opóźniano podjęcie decyzji w tej sprawie" - opisuje Longin Pastusiak w książce "Prezydenci Stanów Zjednoczonych Ameryki". Zaczynało to pachnieć międzynarodowym skandalem, bo 18 października 1867 r. w Nowoarchangielsku (wkrótce przemianowanym na Sitka) odbyło się uroczyste przekazanie Alaski. Przedstawiciel USA gen. Lovell H. Rousseau wraz z przedstawicielem cara kapitanem Aleksiejem Pestczurowem ściągał rosyjską flagę z masztu. Asystował im ostatni rosyjski gubernator Alaski książę Dmitrij Maksutow. Nie ukrywał on swojego smutku. Przez cztery lata sprawowania urzędu udało mu się przesłać do domu w Rosji czterdzieści skrzyń wypełnionych po brzegi drogocennymi futrami. Decyzja cara bardzo go zabolała.

Stojące u wybrzeża okręty wojenne obu państw oddały salwy honorowe, tylko rosyjska flaga nie chciała zsunąć się z masztu. W końcu się podarła i jeden z marynarzy musiał wspiąć się po słupie, żeby ją ściągnąć. Natomiast flaga Stanów Zjednoczonych zawisła bez żadnych problemów. Ale półtora miesiąca później w Kongresie członek Izby Reprezentantów Halbert E. Paine zażądał, aby celowość zakupu Alaski, nim wypłaci się pieniądze podatników, oceniły komisje: prawna i spraw zagranicznych. W Stanach Zjednoczonych nasilały się głosy, że kraju nie stać na tak bezsensowne wydawanie pieniędzy. Równocześnie zaczęto wyciągać z przeszłości różne zaległe rachunki nieuiszczone przez Rosjan. Najgłośniej zrobiło się o ich długu wobec niejakiego Benjamina Perkinsa. Podczas wojny secesyjnej zawarł on kontrakt na dostawy broni do Rosji z baronem Edwardem de Stoecklem. Rosjanie broń wzięli, ale 500 tys. dol. rzekomo nie wypłacili. Wkrótce Perkins zmarł, ale wdowa po nim okazała się bardzo obrotną kobietą. Kiedy podpisano umowę o sprzedaży Alaski, wynajęci przez nią prawnicy wytoczyli sprawę, żądając, żeby od 7,2 mln dol. odliczyć należne wdowie pół miliona. Przeciwnicy kupienia Alaski w Kongresie natychmiast poparli biedną panią Perkins, domagając się dla niej sprawiedliwości. Zaniepokojony sekretarz stanu Seward zaczął obawiać się zerwania umowy. Wówczas prestiż Stanów Zjednoczonych zostałby narażony na szwank, nie mówiąc o groźbie konfliktu z Petersburgiem. Podobne obawy żywił baron de Stoeckl. W końcu najprawdopodobniej wspólnie zaplanowali medialną kontrofensywę. Rosyjski poseł zaczął dyskretnie przekazywać spore kwoty redaktorom naczelnym najbardziej wpływowych gazet, aby zechcieli poprzeć pomysł kupienia Alaski. Rosjanie musieli sięgnąć głęboko do portfela, bo jedynie redaktor naczelny "Daily Morning Chronicle" John W. Forney zażądał 30 tys. dol. Jednak akcja prasowa przyniosła skutek i wreszcie 14 lipca 1868 r. Izba Reprezentantów głosami 113 za przy 43 przeciw wyraziła zgodę na wydanie 7,2 mln dol. Wszyscy odetchnęli z ulgą, ale na krótko. Oto dziennikarz nowojorskiego pisma "Sun" Uriah H. Painter opisał, jak jego koledzy po piórze brali kasę od rosyjskiego posła za lobbowanie na rzecz wątpliwej umowy. Przy okazji twierdził (być może dla żartu), że sekretarz stanu Seward negocjuje z Danią zakup Islandii oraz Grenlandii. Afera wybuchła z nową siłą. Śledztwo powierzono komisji wydatków publicznych Izby Reprezentantów. Ustaliła ona, że baron de Stoeckl wręczył redaktorom naczelnym amerykańskich gazet aż 200 tys. dol. Aby nie rozdmuchiwać międzynarodowego skandalu, uznano to w końcu za działalność lobbystyczną dopuszczalną w ramach obowiązującego prawa. Choć komisja wyraziła pisemnie dezaprobatę, że niektórzy amerykańscy obywatele (miano na myśli dziennikarzy) zmieniają swoją opinię w zależności od kwot przekazywanych im przez obce mocarstwo.

Równie zniesmaczony czuł się Aleksander II. Na jego polecenie de Stoeckl wrócił z Waszyngtonu do ojczyzny. Zadowolony z uzyskania 7 mln dol. (200 tys. dol. należy odliczyć jako koszt łapówek) car udekorował barona Orderem Orła Białego (było to stare polskie odznaczenie, zaanektowane przez Romanowów po powstaniu listopadowym). Oprócz orderu de Stoeckl dostał 25 tys. rubli nagrody oraz dożywotnią rentę w wysokości 6 tys. rubli rocznie.

Baron przyjął dary, podziękował i szybko ewakuował się do Paryża. W Petersburgu pojawiły się bowiem plotki, że za sprzedanie Alaski wziął ogromną łapówkę od swego przyjaciela, sekretarza stanu Sewarda. Wolał się więc nie narażać na gniew Rosjan, którzy mogli przecież mu wypomnieć, że jako Austriak z pochodzenia niespecjalnie mógł się przejmować dobrem ich kraju. Obawy Edwarda de Stoeckla okazały się trochę przedwczesne i spokojnie dożył 88 lat, umierając w 1892 r. w Paryżu. Rosjanie poczuli się naprawdę zdenerwowani dopiero cztery lata później, gdy na dalekiej północy zauważono, iż rzeka Klondike wypłukuje ogromne ilości złota i na Alasce wybuchła gorączka zupełnie taka sama jak niegdyś w Kalifornii.

Stojące u wybrzeża okręty wojenne obu państw oddały salwy honorowe, tylko rosyjska flaga nie chciała zsunąć się z masztu. W końcu się podarła i jeden z marynarzy musiał wspiąć się po słupie, żeby ją ściągnąć. Natomiast flaga Stanów Zjednoczonych zawisła bez żadnych problemów

@RY1@i02/2014/066/i02.2014.066.000002000.803.jpg@RY2@

BE&W

Sekretarz stanu William H. Seward i prezydent Andrew Johnson mieli problemy z przekonaniem Kongresu, że warto było wydać 7,2 mln dol. na zakup Alaski

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.