Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Politycy z UK kontra Polacy. Co partie mają dla imigrantów

26 czerwca 2018

DGP zapytał cztery główne partie o ich propozycje antyimigranckie. Pomysły idą dużo dalej niż zasiłek na dziecko czy mieszkaniowy

Konserwatywny rząd w Wielkiej Brytanii zapowiada kolejne kroki na drodze ograniczenia zasiłków dla emigrantów. Tym razem chodzi o dodatek mieszkaniowy. Zmiany zapowiadają ministrowie: spraw wewnętrznych Theresa May oraz pracy i emerytur Ian Duncan Smith. Swoje plany przedstawili wczoraj na łamach znanego z antypolskich tekstów tabloidu "Daily Mail".

Na mocy najnowszych przepisów, które mają wejść w życie w kwietniu, obywatele Unii, którzy przyjechali na Wyspy za pracą, nie będą mogli się ubiegać o zasiłek mieszkaniowy, jeśli otrzymują już zasiłek dla bezrobotnych. Przepis nie będzie obowiązywał tych, którzy znajdą pracę. Jeśli jednak stracą ją, będą mieli prawo do zasiłku mieszkaniowego tylko przez 6 miesięcy.

1 stycznia zaś rząd Camerona zmienił zasady przyznawania zasiłku dla bezrobotnych. Teraz imigranci będą mogli go otrzymać dopiero po trzech miesiącach pobytu na Wyspach. Pojawiła się także zapowiedź odebrania zasiłków na dzieci, które nie przebywają na stałe na Wyspach. Ten ostatni ruch uderzyłby zwłaszcza w polskie rodziny, gdzie jest najwięcej takich przypadków.

Byłoby to jednak sprzeczne z unijną swobodą przepływu osób. Pomysł skrytykował m.in. unijny komisarz ds. socjalnych Laszlo Andor. Ale to jeszcze nie koniec.

Słowem kluczem w brytyjskiej debacie na temat migracji stały się "czynniki przyciągania" (z ang. pull-factors), czyli głównie ekonomiczne aspekty Wielkiej Brytanii, przez które decyzja o przyjeździe na Wyspy wciąż opłaca się mieszkańcom wielu krajów. Aby uporządkować "migracyjny bałagan", jaki zdaniem konserwatystów pozostawili po sobie laburzyści, koalicja chce znacząco zmniejszyć magnetyzm Zjednoczonego Królestwa. - Po pierwsze musimy działać w kwestii czynników przyciągania, które zwiększają imigrację - napisała na początku roku na portalu PoliticsHome minister May.

Najpoważniejszym czynnikiem, z którym chcą walczyć konserwatyści, jest oczywiście brytyjski socjal. W tej sprawie partia stara się uczynić zasady przyznawania zasiłków "tak ciężkimi, jak tylko mogą być". Trudno zaprzeczyć, że brytyjski socjal jest bardziej hojny niż polski, ale jak wynika z zamieszczonych obok danych, nie należy on do najbardziej szczodrych w Europie.

Według Eurostatu Wielka Brytania na osłonę socjalną wydaje prawie o połowę mniej na głowę mieszkańca niż Norwegia, 22 proc. mniej niż Holandia i 6 proc. mniej niż Niemcy. Z czterech rozpatrzonych przez nas krajów to Wlk. Brytania ma najniższy zasiłek na dziecko. Także osoby, które z różnych względów nie mogą znaleźć pracy, będą się miały lepiej w Holandii, Norwegii i Niemczech.

Konserwatyści w informacjach, które przesłali DGP, nakreślają kierunki działania rządu na przyszłość. Znajdziemy tam propozycję uzależnienia pełnej swobody przepływu osób od dochodów w danym kraju, a także pomysł wprowadzenia limitów migracyjnych. Jak przyznają politycy tej partii, nie wszystkie pomysły cieszą się poparciem nawet wewnątrz koalicji, nie wspominając już o tym, że byłyby nie do wprowadzenia bez zmiany unijnych traktatów.

Ta jednak może się pojawić całkiem niedługo. Stanie się to przy okazji negocjacji nad unią bankową, co będzie wymagało zmiany unijnych traktatów. Zdaniem b. wiceministra spraw zagranicznych, a obecnie eurodeputowanego z ramienia PO Pawła Zalewskiego traktatowe negocjacje dadzą Brytyjczykom instrument nacisku i wpływu. Jeśli Bruksela ugnie się przed żądaniami Londynu, będzie to miało poważne konsekwencje dla całej Unii. - Zgoda na ograniczenie jednego z fundamentów UE, czyli swobody przepływu osób, oznacza, że dostaniemy Unię a la carte, czyli zamiast wspólnoty każdy będzie sobie wybierał, co mu pasuje - przestrzega poseł. - Cameron jest pod olbrzymią presją wewnętrzną, zwłaszcza w kontekście referendum dotyczącego członkostwa w UE. Chce móc powiedzieć: wywalczyłem ograniczenie imigracji, co pozwala nam zostać w UE - mówi Zalewski.

Współpraca Grzegorz Osiecki

Brytyjczycy także emigrują za chlebem, tyle że na antypody

Wyjazd motywowany względami zawodowymi deklarowało w 2011 r. 58 proc. Brytyjczyków, przy czym według Office for National Statistics (ONS), odpowiednika GUS - trend zarobkowy rośnie od 1998/99. Między 2000 a 2010 r. do umówionej wcześniej pracy w Australii wyjechało 92 tys. Brytyjczyków, do USA - 72 tys., Hiszpanii - 44 tys. W tym samym okresie kolejne 96 tys. wyjechało na antypody w ciemno. Często wśród wyjeżdżających znajdują się pracownicy wysoko wykwalifikowani, których ubytek powoduje drenaż mózgów na lokalnym rynku.

Według danych ONSv- uwzględniając liczby bezwzględne - emigracja z Królestwa spada i w roku kończącym się w czerwcu 2013 r. zamknęła się liczbą 320 tys. osób, osiągając najniższy poziom od 2001 r. W rekordowym z powodu kryzysu 2008 r. Wyspy opuściło 427 tys. osób. Należy pamiętać, że są to wartości dla wszystkich osób opuszczających Wielką Brytanię - także niebędących obywatelami Królestwa. W ostatnich latach ONS szacuje udział obywateli brytyjskich wśród emigrantów na 40-50 proc. Na przykład w 2011 r. Wyspy opuściło 149 tys. Brytyjczyków, którzy stanowili 43 proc. wszystkich emigrantów.

Najpopularniejszym miejscem docelowym dla opuszczających Wyspy - w tym obywateli Królestwa - pozostaje niezmiennie Australia. Aż 16 proc. wyjeżdżających deklaruje, że udaje się na antypody. W latach 2009-2010 na drugą półkulę wyjechało 64 tys. Brytyjczyków. Następne w kolejności są Stany Zjednoczone, Hiszpania, Francja, Niemcy, Kanada i Nowa Zelandia. Jakub Kapiszewski

@RY1@i02/2014/013/i02.2014.013.00000020b.803.jpg@RY2@

Ile może otrzymać samotny rodzic bez zatrudnienia

Jakub Kapiszewski

 jakub.kapiszewski@infor.pl

Kowalscy sądzą się z brytyjskimi pracodawcami. Kancelarie zatrudniają Polaków, aby zarobić

Duże brytyjskie kancelarie tworzą polskie departamenty, mniejsze zatrudniają polskich praktykantów lub tłumaczy. Powstają portale z ekspresowymi i niedrogimi poradami prawnymi dla Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii. Najwięcej spraw dotyczy prawa pracy.

42-letni Bogusław Szulgan pracował w firmie Whitecase Limited. Jednocześnie był członkiem związku zawodowego. Jako działacz podpadł pracodawcy. Kiedy odkrył, że nowe regulacje dotyczące wynagrodzeń pracowników będą niekorzystne dla nich, napisał list z zażaleniem, który oprócz niego podpisało jeszcze kilku pracowników. Firma zareagowała na to wezwaniem Polaka na rozmowę i dyscyplinarnym zwolnieniem go. Szulgan jednak nie zostawił tak tej sprawy i zaskarżył swojego ekspracodawcę. W listopadzie ubiegłego roku trybunał pracy w Leeds orzekł na korzyść Polaka i nakazał wypłacić mu blisko 9 tys. funtów odszkodowania.

Ledwie trzy tygodnie wcześniej 7 tys. funtów odszkodowania wygrała Barbara Jurga, która poskarżyła się na dyskryminację ze względu na narodowość. Polka pracowała jako przedszkolanka w brytyjskiej placówce, w której uczyło się sporo polskich dzieci. Kobieta - by ułatwić dzieciom funkcjonowanie w grupie - pozwoliła im na używanie języka polskiego w wyjątkowych przypadkach. Ten pomysł spotkał się z krytyką szefostwa, a dyrektor placówki określił język polski mianem "jednego z tych dziwacznych języków". Barbara Jurga postanowiła się zwolnić. Wtedy jednak szef placówki zaczął przesyłać jej listy z pogróżkami, strasząc, że jeśli poskarży się komuś na tę sytuację - pozwie ją do sądu. W odpowiedzi to ona wniosła sprawę do sądu przeciw swojemu pracodawcy i ją wygrała.

W Wielkiej Brytanii ostatnie lata to spadek liczby spraw składanych do sądów pracy. Kiedy od kwietnia 2008 do marca 2009 r. było ich ponad 236 tys., to dwa lata później już tylko 186 tys. Eksperci uważają, że ten spadek to głównie efekt kryzysu - ludzie, obawiając się o swoje posady, nie chcieli zadzierać z pracodawcami. Do niedawna do grona wystraszonych należeli Polacy: nie znali przepisów, języka, a wizja utraty pracy powodowała, że nawet w oczywistych przypadkach łamania praw pracowniczych nie walczyli.

Sytuacja jednak się zmienia. Najnowsze dane z Employment Tribunal od kwietnia 2012 do marca 2013 r. pokazują odwrócenie tej tendencji. Liczba procesów wytaczanych brytyjskim pracodawcom ponownie zaczęła rosnąć do 191,5 tys. spraw.

- W dużej części to efekt większej śmiałości emigrantów, czyli głównie Polaków, do walki o swoje prawa. W pierwszych latach po otwarciu rynku pracy polscy pracownicy rzadko decydowali się na wchodzenie na drogę sądową. Dziś czują się tu już tak samo pewnie jak Brytyjczycy, więc w przypadku kłopotów nie wahają się przed podjęciem kroków prawnych - przyznaje mecenas Marcin Durlak z kancelarii Henrys Solicitors, która kilka lat temu zdecydowała się otworzyć specjalny "polski departament". Podobne skierowane do Polaków działy funkcjonują m.in. w renomowanej, ponad 150-letniej kancelarii SimpsonMillar, w Turnerlaw, PHC Law Solicitors, Duncan Lewis czy w Caveat Solicitors. Także mniejsze biura prawne i kancelarie powszechnie decydują się na zatrudnianie polskich prawników czy choćby stażystów do pomocy przy obsłudze rodaków.

Jak przyznaje Marta Grzelak, polska prawniczka pracująca dla kancelarii McHale&Co, codziennie trafiają do niej co najmniej dwie polskie sprawy lub prośby o poradę w związku z prawem pracy. - Najczęściej dotyczą niesłusznego zwolnienia, zaległych pensji lub różnego rodzaju mobbingu - opowiada mecenas Grzelak. - Ogromna część wniosków dotyczy także dyskryminacji, głównie ze względu na narodowość - dodaje mecenas Durlak. Najwięcej klientów prawnicy mają wśród pracowników z branży transportowej, logistyki, gastronomii i hotelarstwa.

Sylwia Czubkowska

sylwia.czubkowska@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.