Wspólnota po puczu z Osaki
G dy czekaliśmy na nazwiska nowych szefów głównych instytucji unijnych, coraz bardziej oczywiste stawały się strukturalne ograniczenia procesu decyzyjnego w Unii Europejskiej. Wbrew ogólnemu przekonaniu do obsadzenia głównych stanowisk nie wystarczy być silnym. Istnieje również potrzeba uzyskania konsensusu oraz przestrzegania zasad, a w tym konkretnym przypadku zasady wyboru na szefa Komisji Europejskiej przewodniczącego frakcji w Parlamencie Europejskim, która zdobyła największą liczbę głosów.
Co prawda jest to względnie nowa praktyka polityczna, która po raz pierwszy została zastosowana przy obsadzaniu stanowiska przewodniczącego KE po wyborach w 2014 r. Była ona jednak odpowiedzią na potężną krytykę obsadzania stanowisk za pomocą zakulisowych rozgrywek dokonywanych przez przywódców w ramach Rady Europejskiej. Aby wyjść naprzeciw społecznym oczekiwaniom, w traktacie z Lizbony zapisano w art. 17.7, że przy wyborze przewodniczącego KE należy uwzględnić wyniki wyborów do PE. W 2014 r. frakcje wystawiły tzw. spitzenkandydatów, czyli osoby kandydujące na stanowisko przewodniczącego KE w przypadku wygrania wyborów.
Weekend pokazał, jak wielka jest pokusa rozgrywania polityki w starym, dobrym, realistycznym stylu. Po majowych wyborach największą frakcją polityczną w PE jest Europejska Partia Ludowa i zgodnie z zasadą to właśnie jej spitzenkandydat Manfred Weber powinien zostać wybrany na stanowisko przewodniczącego KE. Jednak przywódcy niektórych państw uznali, że nie jest to najlepszy wybór na to stanowisko. Zamiast niego w kuluarach szczytu G20 w Osace przywódcy Francji, Hiszpanii, Holandii i Niemiec zaproponowali obecnego wiceprzewodniczącego KE Fransa Timmermansa. Ta błyskawiczna decyzja miała wziąć z zaskoczenia pozostałe państwa członkowskie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.