Dziennik Gazeta Prawana logo

Mordor europejski, czyli jak się pracuje w betonowym getcie

25 kwietnia 2019
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Bruksela stała się unijną stolicą przez zasiedzenie. I choć nie jest wymarzonym miejscem do życia, eurokraci nie palą się do wyprowadzki

Bruksela jest „metaforą wszystkiego, co w mieście może pójść nie tak” – napisał dwie dekady temu słynny historyk Tony Judt w eseju „Czy istnieje Belgia?”. Autor skarżył się na „bezduszny monumentalizm” dzielnicy, w której mieszczą się wszystkie unijne instytucje. Nazwał ją odseparowanym od reszty miasta, brzydkim, biurokratycznym gettem ze szkła i betonu. Od czasu, gdy Judt opublikował swój esej, europejski kwartał jeszcze bardziej się rozrósł. Do „starej 15” przystąpiło kolejnych 13 krajów członkowskich, więc siłą rzeczy w Brukseli musiało przybyć urzędników i biurowców. Ale jedno się nie zmieniło – biurokratyczny klimat europejskiej dzielnicy.

Wielu zwraca uwagę zwłaszcza na brak architektonicznego symbolu, który ściągałby turystów z całego świata, chcących zrobić sobie pamiątkowe selfie. „Niech podniesie rękę ten, kto jest w stanie skojarzyć, jak wygląda jakikolwiek unijny budynek. Jeśli masz tak, jak większość ludzi, to najprawdopodobniej wyobrażasz sobie dziwne pudełkowate kształty zrobione ze szkła i przystrojone flagami” – pisał dla brytyjskiego dziennika „The Guardian” historyk architektury Laurent Vermeersch. Nie trzeba dodawać, że żaden z budynków UE pod względem rozpoznawalności nie dorównuje siedzibie Kongresu w Waszyngtonie czy Reichstagu w Berlinie, architektonicznym ikonom zachodniej demokracji. Nawet sejm w Warszawie czy Pałac Parlamentu w Bukareszcie potrafią głębiej zapaść w pamięć.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.