To nie koniec arabskiej wiosny ludów
W Afryce Północnej jest teraz nasz rok 1989. Jednak tym razem to my jesteśmy Związkiem Radzieckim
Dla świata zachodniego arabska wiosna ludów jest klasycznym przykładem dobrej i złej wiadomości. Dobra wiadomość jest taka, że to rok 1989 dla świata arabskiego. Zła, że to my jesteśmy Związkiem Radzieckim.
Przesada? Z pewnością. Ale ta analogia wystarczy, by wytłumaczyć, dlaczego zarówno Stany Zjednoczone, jak i Unia Europejska niechętnym okiem spoglądają na rewolucję, która odbywa się pod hasłami demokracji i praw człowieka.
Większość autokratycznych reżimów na Bliskim Wschodzie była wspierana przez Zachód. Hosni Mubarak w Egipcie, Ali Abdullah Saleh w Jemenie i król Abdullah w Arabii Saudyjskiej to kluczowi sojusznicy Zachodu. W klasycznej formule zimnej wojny są "naszymi skurwysynami".
Na początku tego roku administracja Obamy jasno dała do zrozumienia Mubarakowi, że USA nie zaakceptują brutalnego stłumienia egipskiego powstania. Tak jak Michaił Gorbaczow, przywódca Związku Radzieckiego, oświadczył kierownictwu Niemiec Wschodnich, że nie zgodzi się na strzelanie do demonstrantów w Lipsku. W obu przypadkach wycofanie się supermocarstw pomogło w obaleniu reżimów i rozprzestrzenieniu rewolty na cały region.
Europejczycy mają podobny dylemat. Francuskie i brytyjskie zaangażowanie w Libii odzwierciedla pragnienie znalezienia się po właściwej stronie historii i zatarcie nieprzyjemnych wspomnień o współpracy z dawnymi reżimami. Jednak popieranie demokratycznych ruchów Afryce Północnej jest łatwiejsze niż w Zatoce Perskiej, największym na świecie regionie roponośnym i jednocześnie bazie al-Kaidy.
Ameryka powściągliwie odnosiła się do zmiany rządów w Arabii Saudyjskiej, Bahrajnie i Jemenie. Wezwała rząd w Bahrajnie do reform, ale nie protestowała przeciw tłumieniu tamtejszego powstania. Jeśli chodzi o Jemen, zrobiła to dopiero po miesiącach demonstracji i masakr na tamtejszych ulicach.
Doktryna Cartera, ogłoszona w 1980 roku, głosiła: "Podjęta przez jakąkolwiek siłę zewnętrzną próba przejęcia kontroli nad Zatoką Perską będzie traktowana jako atak na istotne interesy USA". Pokojowa transformacja w Arabii Saudyjskiej zdecydowanie nie łamie doktryny Cartera. Co jednak z gwałtownym procesem, który zwiększyłby wpływy al-Kaidy lub Iranu?
To koszmar Amerykanów, ale mają oni również swoje marzenie. Rządy Syrii i Iranu zostają zastąpione przez bardziej umiarkowane reżimy. Izraelczycy, uspokojeni zniknięciem swoich największych wrogów, zgadzają się na stabilne państwo palestyńskie. Egipt staje się kwitnącą demokracją. Pułkownik Kaddafi zostaje pokonany, a wdzięczni Libijczycy dziękują Zachodowi. Nowy rząd Jemenu walczy z al-Kaidą. Saudyjczycy wprowadzają reformy, które rozwiązują wewnętrzny kryzys, a ropa płynie.
Tłum. TK
Gideon Rachman
"Financial Times"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu