Zwyczajne sklepy, tylko ludzie w niezwyczajnej sytuacji
Syryjscy uchodźcy w Turcji próbują żyć jak najnormalniej. Utracili cały dobytek, znaleźli się w obcym, odmiennym kulturowo miejscu, rzadko mogą liczyć na legalny zarobek, a jednak próbują ocalić godność. Już 1,6 mln z nich pomógł program ESSN
fot. mat. prasowe
Adla Osman nie chciała wyjeżdżać z Syrii. Najpierw wraz z mężem i dziećmi przeprowadzili się na północny wschód od Aleppo, do Al-Bab. Tam na początku było spokojnie. Ale Al-Bab od Aleppo dzieli zaledwie 40 km. Na domiar złego mąż Adli zmarł, a ona wiedziała, że mieszkanie tam z dziewięciorgiem dzieci nie będzie możliwe.
– Czułam się bezradna, nie byłam w stanie utrzymać moich dzieci – opowiada Adla.
Nie mogli zostać. Adla podjęła decyzję o ucieczce do Turcji. Trafiła do Stambułu.
– Przez pierwsze trzy miesiące spaliśmy na podłodze – opowiada. Wraz z dziećmi szukała strzępów materiałów na ubrania na śmietnikach.
Nazir z żoną, rodzicami i trójką dzieci trafił do Ankary. Z Aleppo wyjechał krótko po rozpoczęciu konfliktu w Syrii, w 2011 r., podobnie jak dziewięcioro jego rodzeństwa.
– Musieliśmy dostać się do Turcji drogą lądową. Mój ojciec nie może chodzić… Dostaliśmy osła i położyliśmy ojca na jego plecach. Stanąłem obok i płakałem. Trudno było patrzeć na ojca w takiej sytuacji – wspomina Nazir.
W Turcji rodzina poczuła się bezpiecznie, ale nadal nie jest łatwo i to nie tylko dlatego, że brakuje pieniędzy. Poczucie wykorzenienia dla Nazira i jego rodziny symbolizuje brak tradycyjnego chleba pita, który można kupić tylko w nielicznych sklepach, w dodatku jest droższy od chleba w bochenkach, który jest w Turcji powszechny.
– Nie mogliśmy się przyzwyczaić do tych bochenków, choć próbowaliśmy – mówi Nazir.
Fatma Hamdan z mężem i trojgiem dzieci mieszkali w Aleppo. Mąż prowadził warsztat wyrabiający tamtejsze słynne mydło. Teraz mieszkają w tureckim Gaziantep. Przed wojną uciekali etapami: najpierw trafili do wioski na północy Syrii.
– 10 dni po wyjeździe dostaliśmy wiadomość, że na nasz dom spadła bomba i doszczętnie go zniszczyła. Nasz dom zniknął – opowiada Fatma.
Po trzech latach, kiedy wojna dotarła do północnej Syrii, musieli zostawić nowy dom i ruszyli do Turcji. Na początku wprowadzili się do zamieszkanego dwupokojowego domku.
– W dziewięć osób spaliśmy w jednym pokoju – wspomina Fatma. – Łazienka była pod schodami, gdy padało, była zalewana.
Te opowieści towarzyszą zorganizowanej w Faktycznym Domu Kultury w Warszawie instalacji, gdzie na dwa dni (9 – 10 października) można było wejść do „typowego tureckiego sklepu” w miniaturze. I niech nas nie uspokaja, że to historie tych, którym się udało, a w samej Syrii zostało 13 mln ludzi, którzy potrzebują pomocy humanitarnej. Ta trójka nie tylko przeżyła, dostała się też w miejsce, gdzie nie grożą im już bomby czy broń chemiczna. Udało im się ocaleć, ale dzielą los z 4 mln innych, którzy trafili do Turcji (to największe skupisko uchodźców na świecie). Los trudny, bo nie tylko w poczuciu stałego zagrożenia finansowego, lecz również wykorzenienia, obcości, niepewności.
Większość z nich wcale nie chce zostać w Turcji na zawsze ani przedostawać się na Zachód. Chcą wrócić do swojego miejsca na ziemi, do swoich domów – o ile istnieją. Do siebie. Wciąż jeszcze byłoby jednak szaleństwem wracać tam, gdzie trwa wojna. Muszą więc próbować zbudować swoje życie na nowo, choćby na chwilę, prowizorycznie. I próbują.
Wbrew temu, co myślą o uchodźcach społeczeństwa Zachodu, większość z nich wcale nie trafia do specjalnych obozów, w których mieliby przynajmniej zapewnione jedzenie czy pomoc medyczną. To w sumie dobrze – w zamian byliby narażeni na całkowitą prowizorkę, choroby, które często wybuchają w takich miejscach, a poza tym byliby całkowicie uzależnieni od innych. Największa grupa uchodźców w Turcji mieszka w biednych dzielnicach większych miast i w miasteczkach rozsianych po tym wielkim kraju. I choć podkreślają, że ze strony stałych miejscowych społeczności spotkała ich życzliwość – ktoś dał niepotrzebny stolik, ktoś inny przyniósł stary dywan, by nie spali wprost na podłodze, co kto mógł, bo przecież społeczeństwo tureckie także do najbogatszych nie należy – to nie czują się dobrze, wiedząc, że nie mogą sami o sobie decydować. Nie zmieni tego np. paczka żywnościowa raz na jakiś czas, choć przecież i ta forma pomocy jest wartościowa i czasami niezbędna. Potwierdza to Maria Juraszczyk z Polskiej Akcji Humanitarnej.
– W każdym kraju jest trochę inaczej. Za każdym razem rozpoznawanie potrzeb i najbardziej efektywnych metod zaczyna się od zera. Trzeba przecież ustalić, czy lokalny rynek w ogóle działa. Dopiero po wnikliwej analizie jesteśmy w stanie ocenić, która forma pomocy będzie najlepsza. Na przykład w pierwszych dniach kryzysu czasem nie ma wyjścia: trzeba zakupić produkty, przewieźć je i rozdzielić między potrzebujacych na miejscu. Tam, gdzie są przedłużające się konflikty, pomoc finansowa okazuje się bardziej efektywna – mówi.
W sytuacji syryjskich uchodźców w Turcji efektywna – I to pod różnymi względami – okazała się forma, którą wybrał Światowy Program Żywnościowy, który dzięki środkom przyznanym przez Unię Europejską (dokładniej: z pierwszej transzy specjalnego programu pomocy uchodźcom w Turcji) prowadzi Sieć Bezpieczeństwa Socjalnego w Sytuacjach Nadzwyczajnych (ESSN). Pomoc nie polega tu na dostarczeniu tego, czego według prowadzących program uchodźcy potrzebują najbardziej. Dostają kartę debetową, dzięki czemu mogą samni zdecydować, co w danej chwili jest dla nich najważniejsze.
– Dzięki karcie debetowej ESSN beneficjenci programu mogą pójść do dowolnego sklepu spożywczego, apteki czy księgarni i wybrać to, co naprawdę jest potrzebne im czy ich rodzinie. Nie ma żadnych ograniczeń – mówi Aneta Szczygłowska z brukselskiego biura ŚwiatowegoProgramu Żywnościowego. – Wybór należy do nich i to jest ogromna zaleta tego programu.
Beneficjenci programu dostają kartę debetową zasilaną co miesiąc kwotą 120 lir na członka rodziny. To nie jest bardzo dużo, w tej chwili to odpowiednik około 75 zł, a trudności z turecką walutą jeszcze zmniejszyła wartość tej pomocy. Pomocy nie wystarcza więc na wiele, ale daje jakieś poczucie bezpieczeństwa i… przywraca godność.
– Te środki pozwalają na zaspokojenie naprawdę podstawowych potrzeb. Lwią część pochłania zazwyczaj czynsz, który rodziny, z którymi rozmawiamy, opłacają najczęściej właśnie z tych pieniędzy. Już to jest jednak jest dla tych ludzi olbrzymim wsparciem. Dom, który nam wydałby się co najmniej skromny, dla nich jest luksusem, bo ma dach i wszystkie okna. Ludziom pozbawionym wszystkiego luksusem wydają się rzeczy najprostsze: taca do podawania herbaty, mleko dla dzieci, lalka dla wnuczki, jak w jednej z historii, które pokazujemy w naszym sklepie-wystawie – opowiada Aneta Szczygłowska.
Kolejny ważny efekt takiej formy wsparcia to stymulowanie lokalnej gospodarki. 120 lir to niedużo, ale cały program jest wart 1 mld euro. To pieniądze, które uchodźcy wydają w miejscowych sklepach. Razem z ich odzyskanym poczuciem sprawczości przychodzi też normalność w stosunkach z miejscowymi mieszkańcami, uchodźcy nie są stygmatyzowani jako ci, którzy nie płacą, tylko dostają pomoc. Oni woleliby zarabiać i sami się utrzymywać, ale nie jest to łatwe.
– Inne programy pomocowe pomagają w znalezieniu pracy, zdobyciu nowych umiejętności, które dałyby uchodźcom utrzymanie. W tym momencie ich możliwości zatrudnienia są jednak bardzo ograniczone. Sytuacja rodzin beneficjentów jest monitorowana. Jeśli się wystarczająco poprawi, tak że mogą już utrzymać się sami, przenosimy środki na osoby w gorszej sytuacji.
Pytam Anetę Szczygłowską, czy nie uważa, że te 120 lir to symboliczna kwota. Czy Europa nie mogłaby zrobić więcej?
– Nie jest naszą rzeczą ocenianie rządów. Naszym priorytetem jest zapewnienie pomocy humanitarnej tym, którzy jej w tej chwili desperacko potrzebują. Współpracujemy z wszystkimi, którzy mogą I chcą nam to zapewnić. Skala tej pomocy zależy od rządów, które finansują nasze operacje, i od Unii Europejskiej. Ten program jest bezprecedensowy pod względem skali i wartości i z całą pewnością jego wartość zdecydowanie przekracza wartość symboliczną. W ankietach, które prowadzimy, uchodźcy mówią nam, że ich życie się poprawiło. Że dach już nie przecieka, że dzieci mogą chodzić do szkoły, a wcześniej rodzice musieli je angażować w próby wyżywienia rodziny. Że rodzice nie muszą już odmawiać sobie posiłków, żeby zapewnić je dzieciom. To nie oznacza, że ich sytuacja nagle stała się znakomita, ale ta pomoc daje im przynajmniej podstawy, by mogli zbudować sobie w Turcji jakieś nowe życie. Program kończy się w styczniu, a ponieważ nie tylko spełnił pokładane w nim nadzieje, lecz wręcz je przekroczył, mamy nadzieję, że będzie to argument za jego przedłużeniem.
Wystawa-sklep jeździ po europejskich stolicach. Z Warszawy właśnie przenosi sie do Berlina.
– Chcemy, by kampania pomogła społeczeństwom europejskim zrozumieć, z kim mamy do czynienia. Że uchodźcy to nie są liczby, tylko prawdziwi ludzie. Słyszymy często, że mamy 5,5 mln uchodźców z Syrii. My chcemy pokazać, że to zwyczajni ludzie, którym grunt usunął się spod nóg, których dotychczasowe życie się zawaliło. To rodziny, które miałby swoje życie i musiały je porzucić. Oni chcą tylko zapewnić zdrowie i szczęście swoim dzieciom, nie martwić się codziennie, czy spadnie na nich bomba, czy można posłać dziecko do szkoły… Chcą tego samego, co chyba każdy Europejczyk. To, co się im przydarzyło, mogłoby spotkać każdego z nas – mówi Aneta Szczygłowska.
Mnie przekonuje już to, że Nazir, Fatma i Adla znaleźli godne mieszkania. Że Adla może co jakiś czas kupić cukier, bo jej dzieci uwielbiają słodkie potrawy, Fatma dwa razy w miesiącu może sobie pozwolić na przygotowanie nadziewanych liści winorośli (to ulubiona potrawa jej rodziny). I że Nazir i jego rodzina co jakiś czas jadają pitę, która przypomina im dawne życie.
MWW
partner
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu