Ukraińskie władze zaczynają się gubić
E kipa Wołodymyra Zełenskiego, któremu niebawem minie rok od zwycięstwa w wyborach prezydenckich, przetrwała już kilka mniejszych kryzysów, z których najgłośniejszy był ten angażujący Kijów w walkę polityczną za Atlantykiem. Jednak prawdziwie brutalne „sprawdzam” przyniósł dopiero kryzys epidemiczny.
Już sama pozycja startowa, przynajmniej z punktu widzenia stanu finansów, była gorsza niż można się było spodziewać. W ostatnich miesiącach wszystko wskazywało na to, że Ukraina wychodzi na prostą. Rósł PKB, poprawiały się wyniki handlowe, wreszcie zaczęły szybko rosnąć płace. Nawet hrywna się umacniała, co było nowością do tego stopnia, że jeden z ukraińskich urzędników mówił mi, iż wielu menedżerów musiało zmienić sposób myślenia, bo słabnąca waluta była pewnikiem od dwóch dekad.
Właśnie mocną hrywną rządowi eksperci tłumaczyli, dlaczego tak bardzo przestrzelono budżet. Już pod koniec 2019 r. ekipa 35-letniego premiera Ołeksija Honczaruka musiała ciąć wydatki, żeby zmieścić się w rocznym planie. Dochody budżetowe w styczniu i lutym znów były o 18 mld hrywien (2,8 mld zł) niższe niż zapisano w ustawie. Budżet zresztą w ogóle miał się nijak do rzeczywistości; wpływy z tytułu VAT były np. o 45 proc. wyższe od zakładanych. Problemy z finansami przyczyniły się do dymisji rządu i zastąpienia na początku marca Honczaruka Denysem Szmyhalem.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.