Bilans dekady cara ogarniętego fobią rozpadu Rosji i nowej smuty
W ciągu dziesięciu lat jego rządów Rosja stała się prawie dwukrotnie bogatsza, wyparowały jej separatyzmy, a przeciętny Rosjanin przestał się wstydzić swojego państwa.
Ale wszystko, co osiągnął Władimir Putin, jest bardziej dziełem przypadku i jego fobii niż realną zasługą. Po 10 latach putinizmu jego bilans wcale nie wychodzi na plus. Co gorsza, nikt nie wie, dokąd zmierza Rosja pod rządami swojego najpopularniejszego w historii lidera.
W życiu każdego przywódcy pojawia się jakieś wydarzenie - trauma, która kładzie się cieniem na jego rządach i nie pozwala mu przekroczyć pewnych barier. W życiu Władimira Putina też jest takie wydarzenie. Doszło do niego 5 grudnia 1989 r., dokładnie na 10 lat i 26 dni, zanim były oficer KGB zostanie przywódcą Rosji i twórcą nowej epoki w rosyjskiej historii.
Putin i KGB-owskie przedstawicielstwo w Dreźnie zajmują niewielką willę, wieczorem z miasta dochodzą pierwsze informacje: tłum demonstrantów zaatakował siedzibę Stasi na Bautzner Strasse, teraz część z nich idzie na KGB. Major Putin nie jest asem wywiadu. To służbista. Pierwsze, co przychodzi mu do głowy - telefon do przełożonych, dowództwa wojsk sowieckich w NRD. I wtedy do majora dociera: dowództwo jest bezsilne. - Bez rozkazu z Moskwy nic dla was nie możemy zrobić, a Moskwa milczy - mówi głos w słuchawce.
Putin zapamięta to zdanie na lata. - Wtedy odniosłem wrażenie, że kraju już nie ma. Było jasne, że Sojuz choruje. To była śmiertelna, nieuleczalna choroba nazywana paraliżem. Paraliżem władzy - mówi w 2000 r. w wywiadzie rzece.
Przez lata będzie robił wszystko, żeby nigdy w Rosji nie doszło do paraliżu władzy. I by władza nie pokazywała słabości. - Słabych biją - mówi przy innej okazji. To jego idee fixe, myśl przewodnia putinizmu. Putin ma swoją traumę i Rosjanie też ją mają. Zamyka się dla nich w jednym słowie - smuta. Okres bez wyrazistej władzy. Wolą każdego Stalina niż okres, gdy reguły nie obowiązują.
W przededniu nowego tysiąclecia Władimir Putin ma pełną władzę nad Rosją. Borys Jelcyn ogłasza, że składa urząd. Zgodnie z konstytucją funkcja p.o. prezydenta należy się szefowi rządu - Władimir Putin jest nim od kilku miesięcy, wcześniej również krótko szefował FSB, a jeszcze wcześniej był formalnie niezbyt wpływowym urzędnikiem na Kremlu.
Dziś już wiadomo, że szefem rządu został tylko po to, by mogło dojść do grudniowego finału. Ściągnięcie "człowieka znikąd" jest majstersztykiem politycznym, a za ojca pomysłu uchodzi Borys Bieriezowski, jedna z najbardziej wpływowych i najciemniejszych postaci Kremla w schyłkowej epoce Jelcyna. Plan jest bardzo prosty: Rosjanie mają dość prezydenta i jego kilkuprocentowe poparcie nie daje mu szans na reelekcję.
Nie ma na nią szans nikt, kto choć trochę przypomina Jelcyna - klasa polityczna jest skompromitowana. Władza leży na ulicy, a władza na ulicy równa się kolejna smuta. Putin ma wyciągnąć Kreml z tarapatów, zagwarantować oligarchom ich ukradzione bogactwo, a jednocześnie przekonać Rosjan, że to on, oficer znikąd, który przez dobre kilka lat był zaledwie wicemerem Petersburga, ma uratować Rosję, przejąć kontrolę nad Gazpromem i spacyfikować dwóch największych oligarchów naftowych - Michaił Chodorkowski pójdzie siedzieć formalnie oskarżony o malwersacje podatkowe, Roman Abramowicz zostanie usunięty z Rosji i zmuszony do sprzedaży części swoich udziałów. Putin nie ufa oligarchom i nie wierzy w niewidzialną rękę rynku. Państwo - w jego opinii - musi mieć kontrolę. Inaczej zostanie rozkradzione i się rozpadnie.
Dokładnie ta sama filozofia "ratowania przed rozpadem" przyświeca przywódcy Rosji w likwidacji resztek parlamentaryzmu - to zadanie okaże się paradoksalnie najłatwiejsze.
Najpierw dzięki odpowiedniej polityce rozbijania partii i powoływania innych Kreml wygra wybory w 2003 r., zdobywając prawie dwie trzecie miejsc w Dumie Państwowej, a potem po wyborach 2007 r. Putinowski będzie już prawie cały parlament. Bo w państwie Putina wszystko musi być pod kontrolą. Brak kontroli równa się rozpad. A na słowo "rozpad" Putinowi otwiera się szufladka "Drezno".
W tym duchu przeprowadzono również główną reformę władzy. W 2004 r., u szczytu potęgi, Kreml wypowie walkę najgroźniejszemu przeciwnikowi - liderom blisko 90 regionów. Wygra ją bez walki. Od tamtej pory nie ma już bezpośrednich wyborów gubernatorskich. Gubernatorów wyznacza Putin. Ci zaś wyznaczają połowę Rady Federacji, czyli izby wyższej rosyjskiego parlamentu. Ergo: Putin wyznacza pośrednio nawet część parlamentu.
Polityka zbliżenia z Ameryką nie przetrwa próby czasu. Kiedy rewolucje w Gruzji (2003) i na Ukrainie (2004) doprowadzą do mocnego uszczuplenia wpływów Rosji, retoryka nagle zmieni się w histeryczny antyokcydentalizm. Najbardziej widoczny w czasie wydarzeń na Ukrainie, postrzeganych na Kremlu niemal jako amerykańska agresja.
Rosja znów zaczyna szukać partnerów na Wschodzie, obracając się ku Chinom, i w Trzecim Świecie, gdzie nagle staje się ulubionym krajem południowoamerykańskich lewicowych dyktatur. Ceną za świadome zerwanie z Zachodem jest jednak częściowa izolacja. Gdy w 2008 r., już za premierostwa Putina, najedzie na Gruzję i uzna niepodległość Abchazji i Osetii Płd., wygra konflikt zbrojny, ale okaże się niezdolna do zachęcenia jakiegokolwiek poważnego państwa, by zrobiło to samo (obie republiki uznane zostaną przez Nikaraguę, Wenezuelę i egzotyczne Nauru). Putin, chcąc nie chcąc, doprowadził do powstania w Rosji "oblężonej twierdzy". Raczej nie był to zamierzony krok, choć jego efektem jest jeszcze większe scalenie państwa.
Jest natomiast jedno miejsce, w którym Putin definitywnie przegrał. Jego ekipa, w sporej części złożona z byłych oficerów KGB, próbowała nadać Rosji nowy sens istnienia i sformułować jasną ideologię państwową.
- Państwo nie może istnieć wyłącznie w oparciu o sukces gospodarczy - mówili na początku teoretycy Kremla. W początkowych latach putinizmu ekipa przekonała się, że jedynym, co dla wszystkich Rosjan stanowi wspólną wartość, jest ich zwycięstwo w II wojnie światowej. Parady z okazji 9 maja znów zaczęły się upodabniać do tych breżniewowskich. Ludzi Putina łączył z kolei kult ostatniego "wielkiego" przywódcy ZSRR Jurija Andropowa, szefa KGB i w przeszłości ich zwierzchnika. Kreml szukał innych momentów rosyjskiej historii najnowszej, ale nie znalazł. W każdą rocznicę śmierci czy urodzin Stalina Putin milczał, przez dziesięć lat nie był w stanie podjąć decyzji, co zrobić z mauzoleum Lenina, a nawet jak go oceniać.
Do łask wrócił jedynie car Aleksander III, ten sam, który dochodząc do władzy w 1881 r., skutecznie zablokował reformy swojego poprzednika i stał się symbolem ślepego konserwatyzmu. Próbowano budować sojusz z Cerkwią prawosławną (łącznie z wprowadzeniem na Kremlu specjalnego menu na czas postu), ale wkrótce okazało się, że jedynym człowiekiem Kremla, który na poważnie traktuje swoje nawrócenie, jest... sam Putin.
Próba budowy prawosławnej Rosji w kraju, gdzie większość ludzi ledwie wierzy w Boga, okazała się równie chybiona jak próba dywersyfikacji jej obciążonej ropą i gazem gospodarki. Po 10 latach putinizmu Rosja nie ma żadnej idei przewodniej poza strachem przed rozpadem. Nie ma też żadnej koncepcji reform poza doraźnymi i nakierowanymi na trwanie. Nie ma też szczególnej wizji przyszłości.
Jakiś czas temu podpytywałem o to jednego z ideologów Kremla. - Najważniejsze jest to, żeby wszystko jakoś działało, a za 20 - 30 lat system naturalnie zacznie ewoluować - mówił. Nie był w stanie powiedzieć w jakim kierunku. I jestem przekonany, że Putin też nie wie.
@RY1@i02/2009/255/i02.2009.255.000.010a.001.jpg@RY2@
Największą porażką putinizmu jest brak klarownej ideologii państwowej
AP
Marek Bilski
dgp@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu