Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Rosyjski bunt w internecie

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

Aleksiej Dymowski mówi w sieci o korupcji w milicji, oglądają go setki tysięcy ludzi

Major milicji z Noworosyjska opowiedział o korupcji i fabrykowaniu śledztw. Wszystko nagrał na kamerę w dwóch kilkuminutowych odcinkach i wrzucił do internetu. Efekt był piorunujący, filmiki obejrzało ponad milion osób. Tysiące skomentowały słowa oficera. Major zyskał sławę, a już ośmiu milicjantów i prokuratorów postanowiło poskarżyć się społeczeństwu za pomocą sieci. Pierwszy raz od dawna Rosjanie zaczęli używać zapomnianego i niemodnego już słowa "głasnost". Okazało się, że wobec potęgi internetu Kreml jest bezradny.

1 Po kilku dniach od publikacji filmików na YouTube Aleksiej Aleksandrowicz Dymowski pojawił się w Moskwie. Szefowie Niezależnego Centrum Prasowego, które zorganizowało mu spotkanie z dziennikarzami, nie mogli uwierzyć własnym oczom: - Istniejemy już 16 lat, ale czegoś takiego jeszcze nie było! Mała salka w centrum Moskwy, przy ulicy Priczistienka pękała w szwach. Na spotkanie ze zbuntowanym milicjantem przyszło ponad 100 dziennikarzy, nagrywało go około 40 kamer. Dymowski ubrany w garnitur. Jest już cywilem, bo w ekspresowym tempie wyrzucono go z milicji za rozpowszechnianie oszczerstw na temat przełożonych. W pierwszych słowach poprosił o herbatę i przyznał się, że jest potwornie zmęczony.

Podróż autem z Noworosyjska, portu nad Morzem Czarnym, do Moskwy zajęła mu poprzedni dzień i noc. Dlaczego pchał się samochodem? Okazało się, że jego karta kredytowa jest zablokowana i nie może sobie kupić biletu na samolot. A kiedy pojawił się na dworcu kolejowym, wzbudził zainteresowanie milicji kolejowej. Nie chciał ryzykować, że wysadzą go w szczerym polu, i zrezygnował z podróży pociągiem.

- Myślałem o tym od dawna. Łamałem sobie głowę i nie mogłem się zdecydować. Nagle powiedziałem do Artioma (kolega Dymowskiego - red.): wyciągaj kamerę. Nagrałem dwa filmy i pobiegłem z nimi do kolegi, żeby szybko wrzucił to do internetu. Nie wyobrażałem sobie, że osiągnę taki efekt - odpowiadał na pierwsze pytanie, dlaczego tak długo milczał i dlaczego wystąpił właśnie teraz. - Czytałem, że w Anglii księżniczka dostała mandat za przekroczenie szybkości. A u nas? Niby zgodnie z prawem nie wolno jeździć samochodami z przyciemnianymi szybami. Tymczasem wszyscy naczelnicy milicji jeżdżą właśnie takimi autami. I nie chodzi o to, że biorą udział w jakichś operacjach specjalnych. Po prostu wożą panienki na tylnych siedzeniach.

2 Major nie jest mistrzem słowa. W swoich internetowych wystąpieniach jąka się, powtarza, robi błędy językowe - zdarzyło mu się powiedzieć "obywatelowie", zamiast "obywatele". Ale dzięki temu jest autentyczny. Na filmie major, jeszcze ubrany w mundur, zwraca się do "towarzyszy oficerów", a także do premiera Rosji Władimira Putina. O co mu chodzi?

Mówi o konflikcie z przełożonymi. Nie chcieli zgodzić się na zwolnienie lekarskie, grozili zwolnieniem ze służby albo przeniesieniem z ciepłego Noworosyjska na daleką północ. - Traktują nas jak bydło, a przecież chcemy pracować uczciwie. Poświęciłem 10 lat milicji, odeszły ode mnie dwie żony - użalał się major. Gdyby skończyło się tylko na tym, film przeszedłby bez echa. Ot, sfrustrowany gliniarz walczy o swoje prawa socjalne.

Jednak Dymowski poszedł dalej. Opowiedział, jak działa milicja za zamkniętymi drzwiami. O fabrykowaniu spraw karnych, o wsadzaniu do paki ludzi wskazanych przez przełożonych: "Dostałem awans na majora, bo obiecałem, że zamknę niewinnego człowieka". Major prosi Putina o spotkanie w cztery oczy. Proponuje, że może przeprowadzić niezależne śledztwo w całej Rosji, które pokaże prawdziwe oblicze milicji. - Straszno mi o tym wszystkim mówić i panu, i na cały kraj. Moja (trzecia) żona jest w szóstym miesiącu ciąży, boję się. Rozumiem, że inni oficerowie chcą żyć uczciwie, wychowywać dzieci. Powiedzmy wspólnie przełożonym, że nie chcemy z nimi pracować. Dziękuję, towarzysze oficerowie, dziękuje Władimirze Władimirowiczu - zakończył Dymowski, co było wezwaniem do otwartego buntu.

3 Wystąpienie majora było jak wybuch granatu. Filmy od dwóch tygodni są na topie w rosyjskiej sieci. Do tego Dymowski dorzucił jeszcze kilka nowych faktów w rozmowach z dziennikarzami. Mówił o podrzucaniu narkotyków niewygodnym ludziom, fikcyjnych kontrolach MSW przyjeżdżających z Moskwy, zajmujących się głównie balangowaniem i przyjmowaniem drogich prezentów. Teraz namawia innych, by szli w jego ślady. Okazuje się, że przykład Dymowskiego jest zaraźliwy, w internecie pojawiło się już osiem oświadczeń milicjantów i prokuratorów, którzy mówią o zgniliźnie w organach ochrony porządku.

Niektóre są szokujące. Grigorij Czekalin, były prokurator z republiki Komi, twierdzi, że w mieście Uchta skazano na dożywocie dwóch niewinnych ludzi na podstawie sfabrykowanych materiałów. Prosi prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, by zwrócił im wolność.

Władze nie mogły nie zareagować. Zaczęło się od klasycznej kampanii oczerniania majora. MSW oświadczyło, że współpracuje on z organizacjami sponsorowanymi z zagranicy, i zasugerowało, że bunt był opłacony przez Stany Zjednoczone. Specjalnie zwołana komisja orzekła, że fakty, o których mówił major, się nie potwierdzają. Teraz Dymowski odpowie przed sądem za oszczerstwo. Charakterystyczny był też kpiący komentarz w Izwiestiach: "Opuściły go dwie żony? Panie majorze, trzeba uważniej wybierać sobie koleżanki!".

Jednocześnie milicja zaczęła robić wszystko, by pokazać się z lepszej strony. Szef MSW Raszid Nurgalijew zapewnił, że dla korpucji wśród ludzi w pagonach nie będzie przebaczenia oraz że wszyscy są równi wobec prawa. A w państwowych kanałach telewizyjnych pokazywane są reportaże z udanych akcji milicjantów. Ostatnio Kanał Pierwszy pokazał operację schwytania szajki złodziei luksusowych samochodów. Ciekawostką było to, że przestępcy jakoby stawiali opór, więc po zatrzymaniu wyglądali jak bokserzy po 10-rundowej walce.

4 Polowanie z nagonką na Dymowskiego nie przyniosło oczekiwanych efektów. Publiczność twardo trzyma z majorem. Wystarczy poczytać komentarze internautów: "Zuch Aleksiej! Proszę się trzymać!", "Jaja z żelaza", "Dymowski na ministra spraw wewnętrznych", "Facet jest prawdziwym obywatelem swojego kraju. Ryzykuje wiele". W sumie major nie powiedział niczego odkrywczego. Każdy Rosjanin może sypać opowieściami o milicjantach: jak wymuszają łapówki, jak po pijanemu szaleją za kierownicą, jak strzelają do niewinnych ludzi. Ludzie docenili odwagę człowieka, który złamał kastową solidarność i wyniósł brudy na zewnątrz. Zemsta Dymowskiego raczej nie minie. Na razie jednak major ma polisę na życie - jest nią osiągnięta dzięki internetowi popularność.

I to najciekawszy aspekt całej sprawy. Internet rozwija się w Rosji niesłychanie dynamicznie. Jeśli w 2002 roku średnio dziennie z sieci korzystało 2,1 mln ludzi, to latem tego roku było ich 21,3 mln (i to tych powyżej 18. roku życia).

Według sondaży prowadzonych przez ośrodek badania opinii publicznej FOM z sieci korzysta 35 procent społeczeństwa.

5 Kreml przyzwyczaił się do tego, że trzyma w garści wszystkie kanały informacji. Telewizje, gazety, rozgłośnie radiowe kontrolowane są przez władze. Kilka w miarę niezależnych środków masowego przekazu (jak Echo Moskwy czy Nowaja Gazieta) traktowanych jest jako wentyle bezpieczeństwa i alibi wobec przywódców Zachodu, jeśli akurat mieliby ochotę zapytać o wolność słowa (szef dyplomacji Siergiej Ławrow zawsze z radością dawał w prezencie sekretarz stanu Condoleezzie Rice dyski z zapisami audycji w Echu Moskwy, które zazwyczaj krytykuje Kreml).

Echo i Nowaja są niegroźne - ich odbiorcami jest garstka inteligencji. Wiele osób na prowincji nie wie nawet, że istnieją. Tam wyznacznkiem prawdy jest Pierwszy Kanał telewizji. Do tego dziennikarzom, czy to prokremlowskim, czy opozycyjnym, w Rosji się nie wierzy. Media, które w czasach pieriestrojki i na początku lat 90. dysponowały ogromnym kapitałem zaufania, roztrwoniły go do ostatniej kopiejki. Zbyt wiele razy zaprzedawały się oligarchom i politykom, by ludzie traktowali je poważnie.

6 Sieć to co innego, tworzą ją nie dziennikarze, ale zwykli obywatele tacy jak Dymowski. Dlatego ludzie im wierzą. W rosyjskim internecie najpopularniejsza platforma z blogami Żywoj Żurnał (Live Journal) ma ponad 1,2 mln użytkowników, czyli zajmuje drugie miejsce po USA. NA ŻŻ toczą się nieustanne polityczne debaty. Władze próbowały z tym walczyć i kilku odważnym blogerom wytoczono sprawy o nawoływanie do działalności ekstremistycznej. Na niewiele się to zdało i zmieniono taktykę. Tajemnicą poliszynela jest, że aktywni blogerzy są wyłuskiwani przez administrację i zapraszani na rozmowy, podczas których proponuje się im posady w aparacie władzy.

Co więcej, jednym z najbardziej znanych uczestników platformy ŻŻ jest sam Dmitrij Miedwiediew, który regularnie zamieszcza tam swoje wideowystąpienia. Codziennie odwiedza go ponad 80 tysięcy osób, co czyni prezydenta jednym z najpopularniejszych blogerów! Miedwiediew ma też swój kanał na YouTube, a ostatnio opublikował wielki artykuł programowy w internetowej gazecie Gazeta.ru.

Nad tekstem prezydenta rozgorzała dyskusja czytelników. Jeśli jednak przywódca Kremla liczył, że otrzyma tradycyjną owację, musiał czuć się zawiedziony: "Nikt nie uwierzy w pańskie słowa, że chce pan dialogu ze społeczeństwem. Przez ostatnie 10 lat władza robiła wszystko, by tego dialogu nie było" - napisała jedna z internautek, i taki był dominujący ton komentarzy.

Oznacza to, że władza w Rosji ma problem, i to znacznie poważniejszy niż sprawa majora Dymowskiego.

@RY1@i02/2009/227/i02.2009.227.186.0011.001.jpg@RY2@

Moskwa, akcja milicji przeciwko nielegalnym imigrantom

Reuters/ Forum

@RY1@i02/2009/227/i02.2009.227.186.0011.002.jpg@RY2@

Major Aleksiej Dymowski

AP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.