Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Kobieta zmienną jest

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

Niemcy mają problem z określeniem poglądów Angeli Merkel

Kiedyś chciała być jak Margaret Thatcher. Dziś wzorem dla Angeli Merkel jest raczej mit oszczędnej gospodyni, która zrobi wszystko, by uporządkować finanse publiczne Niemiec, a przy okazji także całej strefy euro. A ktoś taki jest dziś Unii bardzo potrzebny.

Żelazna dama czy mateczka, która każdego do piersi przytuli? Zwolenniczka liberalnej kuracji czy farbowany lewacki lis w kurniku niemieckiej chadecji? Zapobiegliwa szwabska gospodyni czy winna największej dziury budżetowej w powojennej historii Republiki Federalnej? Nawet Niemcy mają problem z określeniem poglądów ekonomicznych szefowej rządu. Wszystko dlatego, że 57-letnia kanclerz niczym kameleon przyjmowała rozmaite, często wręcz kompletnie do siebie niepasujące ekonomiczne barwy.

Jeszcze sześć, siedem lat temu, gdy stała na czele niemieckiej opozycji, wszystko wydawało się proste. Angie - jak wówczas nazywano pierwszą kobietę aspirującą do najwyższych urzędów politycznych za Odrą - bezpardonowo atakowała lewicową koalicję SPD - Zieloni za brak odwagi w przycinaniu niemieckiego państwa socjalnego, głosiła, że gospodarka nie ruszy z miejsca, jeśli nie da się przedsiębiorcom więcej swobody, a tuż przed wyborami 2005 r. jej kandydat na ministra finansów Paul Kirchhof wystąpił z rewolucyjnym jak na niemieckie warunki pomysłem wprowadzenia podatku liniowego. Wychowana w enerdowskiej Brandenburgii fizyczka była wówczas jak nigdy wcześniej (i nigdy potem) popularna we własnej partii i politycznie wyrazista. Wkrótce miało się okazać, że zbyt wyrazista.

- Pod rządami pani Merkel Niemcy będą jedli kamienie zamiast chleba. Nie zdziwię się, jeżeli z tymi kamieniami w rękach ruszą wkrótce przeciwko takim władzom - atakował w czasie telewizyjnej debaty przedwyborczej we wrześniu 2005 r. ówczesny kanclerz Gerhard Schroeder. Rządzący od siedmiu lat Niemcami socjaldemokrata zawsze był uważany za mistrza kampanii wyborczej. Także tamtej jesieni w ciągu kilku miesięcy zdołał odrobić kilkunastoprocentową sondażową stratę do pewnej już zwycięstwa chadecji. - Dla nikogo nie było tajemnicą, że gdyby kampania potrwała jeszcze dwa tygodnie, być może do dziś rządziliby Gerhard Schroeder i Joschka Fischer - mówi nam Hans Peter Schuetz, komentator "Sterna". Ostatecznie CDU/CSU zwyciężyło różnicą 1 proc. głosów (czyli zyskało przewagę zaledwie 4 mandatów) i za karę chadecy musieli podzielić się władzą ze swoim arcyrywalem z SPD, tworząc pierwszą od lat 60. tzw. wielką koalicję. - Merkel doskonale wiedziała, że ten wynik to jej prestiżowa porażka. Doświadczenie tamtej kampanii ją odmieniło - dodaje biograf niemieckiej kanclerz Gerd Langguth.

Przemiana była spektakularna. Merkel, wprowadzając się do urzędu kanclerskiego, ostatecznie porzuca ambicje odegrania roli niemieckiej Margaret Thatcher. Ostro skręca na pozycje centrolewicowe. Do spółki z następcami Schroedera w SPD rozmontowuje część przyjętych w poprzedniej kadencji reform państwa socjalnego (zwiększenie zasiłków dla najstarszych bezrobotnych), znacząco zwiększa wydatki na politykę rodzinną (wprowadzając superbecikowe sięgające w niektórych wypadkach nawet 1800 euro miesięcznie) i irytuje wielki biznes, śrubując normy emisji zanieczyszczeń. - W czasie trwania wielkiej koalicji czasem trudno było odróżnić, kto właściwie jest w tym układzie lewicą, a kto prawicą - wspomina publicysta "Die Zeit" Gunter Hoffman.

Przez pierwsze trzy lata rządów Merkel grała w misterną polityczną grę. W zaciszu urzędu kanclerskiego budowała obóz wiernych politycznych sojuszników, którzy zaczęli zmieniać oblicze niemieckiej chadecji, tak że dziś nie ma ona już wiele wspólnego ze starym liberalno-konserwatywnym CDU Konrada Adenauera, Ludwiga Erharda czy Helmuta Kohla. W ten sposób, posiłkując się owocami dobrej koniunktury gospodarczej lat 2005 - 2007 i słabością skłóconego SPD, Merkel kokietowała nowe lewicujące niemieckie mieszczaństwo, które odwdzięczało się jej niewzruszonym poparciem. Patent działał wybornie aż do wybuchu kryzysu.

Gdy w początkach 2009 r. recesja uderzyła w niemiecką gospodarkę, opinia publiczna przestała kupować uspokajające wystąpienia mateczki Merkel. Kanclerz wybrała poczatkowo swoją ulubioną taktykę wyczekiwania. W oczach wielu Niemców był to jednak najlepszy dowód, że straciła kontrolę nad sytuacją. Brylowali inni: twarzą pierwszych europejskich prób zaradzenia kryzysowi byli Nicolas Sarkozy i Gordon Brown, w kraju zaś obejmujące 500 mld euro gwarancje dla sektora bankowego lansował minister finansów Peer Steinbrueck z SPD. Pod wpływem presji opinii publicznej i z braku lepszych pomysłów Merkel stała się wówczas (podobnie jak większość liderów państw bogatego Zachodu) praktykującą keynesistką. W ramach dwóch pakietów nakręcania koniunktury poleciła wpompować w niemiecką gospodarkę 50 mld euro. Jej rząd dopłacał też właścicielom starych aut za to, że zdecydowali się je złomować i napędzali obroty niemieckiego przemysłu samochodowego. Jako keynesistka Merkel ewidentnie działała jednak wbrew sobie. Trudno się jej dziwić. W otoczeniu pani kanclerz panowała świadomość, że kto jak kto, ale szczycący się twardym jak skała ratingiem kredytowym Niemcy będą musieli słono zapłacić za zasypywanie kryzysu strumieniem pożyczonych pieniędzy. Na dodatek w przypadku aspirującej do roli lidera UE największej gospodarki Starego Kontynentu płacenie oznacza pokrywanie zobowiązań... nie tylko własnego budżetu.

Te najgorsze obawy sprawdziły się już z początkiem 2010 r., kiedy ruszyło domino kryzysu zadłużeniowego w Grecji, Hiszpanii i Portugalii. To w trakcie ówczesnych nerwowych narad w grupie przywódców strefy euro narodziła się dzisiejsza Merkel głosząca na każdym kroku potrzebę przywrócenia fiskalnej równowagi w napiętych do granic możliwości narodowych budżetach państw UE. - Rola zapobiegliwej niemieckiej gospodyni, która pilnuje, by rodzina nie żyła ponad stan, pasuje do temperamentu córki enerdowskiego pastora dużo lepiej niż wcielenie interwencjonisty - uważa Hans-Peter Schuetz. Nic więc dziwnego, że według przyjętego przed wakacjami wieloletniego planu gospodarczego tegoroczny rekordowy deficyt szacowany na 65 mld euro (6 proc. PKB) ma już na zawsze pozostać historią. W 2011 r. spadnie do 57,5 mld euro, rok później sięgnie już tylko 40 mld, w 2014 r. 24 mld, by wreszcie w dwa lata później spaść poniżej 10 mld euro. Wówczas zacznie działać tzw. hamulec zadłużeniowy wpisany rok temu do niemieckiej konstytucji. Zakłada on, że nowe zadłużenie zaciągane co roku przez Berlin nie może odtąd przekroczyć 0,35 proc. PKB. - Jako dobra niemiecka gospodyni Merkel nie ukrywa, że chciałaby, by jej reformy stały się wzorem dla całej tkwiącej w zadłużeniowej pułapce Unii - zwraca uwagę Ansgar Belke, ekonomista z uniwersytetu w Duisburgu.

Z liberalnej i probiznesowej Merkel sprzed lat nie pozostał już nawet ślad. W najbliższych latach mowy nie ma o obniżkach podatków, co chadecy i ich obecni koalicjanci z liberalnej FDP zapowiadali jeszcze przed zwycięskimi wyborami z września 2009 r. Bankowcom z kolei nie spodobał się wprowadzony w czerwcu bez oglądania się na unijnych partnerów zakaz uchodzącej za zachętę do nieodpowiedzialnej spekulacji tzw. nagiej krótkiej sprzedaży. Utrata zaufania świata finansów i biznesu, które stanowiły od zawsze tradycyjną bazę obozu chadecko-liberalnego, może się okazać dla Merkel zabójcza. Pierwszym ostrzeżeniem są choćby sondażowe wyniki koalicyjnej FDP, która z 15 proc. w dniu wyborów spadła w ostatnich tygodniach poniżej progu wyborczego 5 proc. Jeśli dodać do tego naturalne zmęczenie opinii publicznej panią kanclerz i konieczność cięć budżetowych, przestaje dziwić, że gdyby wybory do Bundestagu odbyły się dziś, SPD i Zieloni zdobyliby większość zdolną do posłania Merkel na polityczną emeryturę.

Na szczęście dla niemieckiej kanclerz wybory dopiero w 2013 r. A nawet jeśli będzie musiała po nich odejść, to i tak uporządkowanie finansów po kryzysie zagwarantuje jej miejsce w podręcznikach historii. W końcu według najnowszego sondażu "Spiegla" największym żyjącym autorytetem jest dziś dla Niemców były kanclerz Helmut Schmidt (rządził w latach 1974 - 1982). Komentując wynik tej ankiety, "Spiegel" wygrzebał archiwalny artykuł opisujący początek jego drugiej kadencji, który przypadł na czas recesji (wywołanej szokiem naftowym). "Panuje chaos, rząd jest niepopularny, a ludzie odwracają się od polityki" - pisano o fetowanym dziś ekskanclerzu. "Spiegel" zasugerował, że wystarczyłoby zmienić "Schmidt" na "Merkel" i tekst do złudzenia przypominałby ton dzisiejszych analiz dorobku pani kanclerz.

@RY1@i02/2010/167/i02.2010.167.000.0013.001.jpg@RY2@

Fot. AFP

Nawet jeśli kanclerz Merkel będzie musiała odejść po kolejnych wyborach, uporządkowanie finansów po kryzysie i tak zagwarantuje jej miejsce w podręcznikach historii

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.