Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Niemcy w roli ofiar wojny

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

65 lat temu alianci zburzyli Drezno, zabijając tysiące cywilów

Dokładnie 65 lat temu aianckie naloty dywanowe zrównały z powierzchnią ziemi Drezno. Pamięć o spektakularnym zburzeniu stolicy Saksonii dzieli do dziś: jedni widzą w niej niepotrzebny akt barbarzyństwa, inni uważają, że takie argumenty to przykład coraz częstszego stawiania się Niemców w roli ofiar drugiej wojny światowej.

W nocy z 13 na 14 lutego nad Dreznem pojawiła się eskadra 796 lanckasterów brytyjskiego RAF-u i zrzuciła na miasto 2600 ton bomb. Dzieła dokończyło następnej nocy 311 amerykańskich latających fortec B-17. Z miasta nazywanego przed wojną Połabską Florencją pozostały ruiny. Zginęło według różnych szacunków od 25 do 40 tys. ludzi, głównie cywilów. Drezno w jednej chwili podzieliło los takich miast, jak polski Wieluń, holederski Rotterdam czy angielskie Coventry, które w czasie swoich wojennych sukcesów bez skrupułów niszczyło niemieckie Luftwaffe. - Władze chylącej się ku upadkowi III Rzeszy były tak przerażone rozmiarem zniszczeń, że nie bacząc na morale pozostałych przy życiu mieszkańców, kazały spalić zalegające w ruinach ciała kilku tysięcy zabitych w ruinach domu towarowego nieopodal historycznego centrum. Do zadania zaangażowano esesmanów z doświadczeniem z obozu zagłady w Treblince - mówi nam brytyjski historyk Frederick Taylor, autor sztandarowej pracy "Drezno: wtorek, 13 lutego 1945 r.". Sceny, które udało mu się zrekonstruować, działy się niemal w tym samym miejscu, w którym żołnierze Wehrmachtu maszerowali w uroczystej defiladzie po podbiciu Francji w 1940 r. Upokorzenie hitlerowskich Niemiec było całkowite.

Kult ofiar tragedii, który trwa do dziś, zrodził się ledwie kilka dni po bombardowaniach. Oskarżenie aliantów o ludobójstwo było ostatnim popisem Josepha Goebbelsa. - Drezno nie miało przemysłu ani nie było ufortyfikowane. To był akt barbarzyństwa ze strony USA i Wielkiej Brytanii - mówił hitlerowski minister reporterom z państw neutralnych. A jedna ze szwedzkich gazet podała nawet, że ofiar było aż 200 tys. Choć szybko wyszło na jaw, że zarówno liczba zabitych, jak i informacje o zdemilitaryzowanym charakterze Drezna były kłamstwem mistrza nazistowskiej propagandy, kult niewinnych ofiar nalotów nie zniknął wraz z upadkiem III Rzeszy. W miarę zaostrzania się zimnej wojny władze NRD zdecydowały się czcić 13 lutego jako dzień pamięci ofiar "anglo-amerykańskiego gangsterstwa". W tej wersji wydarzeń nie mieściło się na przykład to, że Drezno za czasów Hitlera przodowało w gorliwym antysemityzmie. Spośród mieszkających tam przed wojną 6 tysięcy Żydów w lutym 1945 r. pozostało ich przy życiu ledwie... 98 (wśród nich autor wydanych również w Polsce wstrząsających pamiętników literaturoznawca Victor Klemperer). A i oni przeżyli wojnę tylko dzięki bombardowaniom, które wywołały w mieście chaos i umożliwiły więźniom ucieczkę. Oficjalnie propagowana w NRD wersja zdarzeń miała adwokatów też po drugiej stronie żelaznej kurtyny: zainspirowała np. kontrowersyjnego brytyjskiego historyka Davida Irvinga do wydania w 1963 r. książki "Zniszczenie Drezna", która, choć naukowcy zgłaszali wobec niej merytoryczne wątpliwości, stała się międzynarodowym bestsellerem. Podobną optykę przedstawił w swojej "Rzeźni numer pięć" amerykański pisarz Kurt Vonnegut, który przeżył naloty jako niemiecki jeniec wojenny.

W Niemczech Zachodnich długo nie wypadało opowiadać się za taką wersją wydarzeń. Tabu upadło dopiero w 2002 r., gdy lewicowy historyk Joerg Friedrich wydał książkę "Pożar". Publikacja wywołała burzę. Zwłaszcza że autor porównywał alianckie eskadry powietrzne do okrytych ponurą sławą Einsatzgruppen SS, a drezdeńskie piwnice, w których ginęli niemieccy cywile, przypominały mu krematoria. - To niebezpieczne odhistorycznienie dramatu wojny. W ten sposób możemy opłakiwać każdą ofiarę, ale tracimy kontekst: niemieckiej winy za rozpętanie tego piekła - oburzał się w niemieckich mediach znany żydowski historyk Dan Diner. A Sueddeutsche Zeitung kazało książkę Friedricha wyrzucić do kosza. Zwykli Niemcy zdawali się mieć mniej zastrzeżeń wobec publikacji. "Pożar" stał się bestsellerem. A największy niemiecki tabloid Bild drukował ją w odcinkach. Porównania Friedricha zostały też natychmiast podchwycone przez neonazistów, którzy już od lat 90. wychodzili z okazji 13 lutego na ulice saksońskiej stolicy. "Auschwitz + Drezno = 0" - to tylko jedno z haseł, które pojawiały się na ich sztandarach. Ale to nie nazistowski margines niemieckiego społeczeństwa stanowił prawdziwy problem. - Friedrich obsłużył ukryty niemiecki resentyment. Każdy naród, niezależnie od tego, jak straszne byłyby jego zbrodnie, nie chce czuć się tylko katem. Chętnie widzi się w roli ofiary - mówi nam jeden z najgłośniejszych niemieckich historyków współczesności Hans-Ulrich Wehler.

"Pożar" to tylko jeden z przykładów coraz łatwiejszego odnajdywania się Niemców w roli innej niż wyłącznego sprawcy wojennych okropności. Oczywiście nie ma mowy o powszechnym wybielaniu się Niemców. Zmiana akcentów jest jednak dostrzegalna. - Moje pokolenie, które dobrze pamięta drugą wojnę światową, dbało jeszcze o to, by w swojej naukowej czy publicystycznej pracy na pierwszy plan wysuwać przede wszystkim kwestie niemieckich zbrodni, a do sprawy niemieckich ofiar odnosić się z ostrożnym dystansem. Młodsze pokolenie patrzy na to już inaczej - mówi nam Wehler. Cezurę stanowi według niego 1990 r., gdy zjednoczone Niemcy zaczęły szukać swojej nowej tożsamości. To wówczas nastąpił wysyp publikacji, wspomnień, filmów i wystaw opisujących na przykład cierpienia, których doznały od idącej na Berlin Armii Czerwonej niemieckie kobiety (według szacunków około 2 miliony z nich zostały przynajmniej raz zgwałcone). Zaczęły się też zacierać różnice w podejściu do upamiętnienia kwestii deportacji. O ile jeszcze w latach 70. czy 80. ziomkostwa mogły liczyć na poparcie wyłącznie konserwatywnej części opinii publicznej, o tyle pod koniec lat 90. nad dramatem ucieczki niemieckiej ludności cywilnej z Prus Wschodnich czy Śląska pochyliły się lewicowe autorytety, jak Guenter Grass czy prominentny polityk SPD Peter Glotz. - Większość Niemców zdaje się dziś reprezentować stanowisko: pozwólcie nam opłakiwać nasze ofiary. Przecież przez okres powojenny dowiedliśmy, że przeszliśmy proces resocjalizacji - mówi nam berliński historyk i doradca kanclerza Helmuta Kohla Michael Stuermer.

Problem zaczyna się, gdy wyobrażenia Niemców zaczynają się rozmijać ze stanowiskiem wrażliwych historycznie sąsiadów jak np. Polska. Widać to na przykładzie sporu o film telewizji ARD "Gustloff" z 2008 r., który z epickim rozmachem opowiada historię zatopienia przez rosyjską łódź podwodną pływającego lazaretu marynarki wojennej III Rzeszy, który w styczniu 1945 r. próbował ewakuować z odciętych przez Armię Czerwoną Prus Wschodnich 9 tys. niemieckich cywili. Reżyser Josef Vilsmeier tłumaczył nam wówczas, że uważa film za historycznie nieszkodliwy: poprzedzał go przecież komentarz opisujący okoliczności niemieckiej agresji na Polskę w 1939 r. Wielu Polaków miało jednak za złe jego twórcom, że Gdynia, z której wypływa Gustlof, nazywa się Gotenhafen, a dramat okupowanej Polski nie zajmuje w filmie ani minuty.

Podobne spory towarzyszyły zeszłorocznej publikacji magazynu Der Spiegel, który przy okazji rozpoczynającego się w Monachium procesu ukraińskiego strażnika obozu w Sobiborze Johna Demjaniuka, napisał, że "machina Holokaustu została wprawdzie wymyślona i wprawiona w ruch przez Niemców, ale nie miałaby szans osiągnąć takiej skali, gdyby nie znalazła gorliwych współsprawców w krajach okupowanych". - To próba rozmycia odpowiedzialności za Zagładę - oburzała się część polskich obserwatorów.

@RY1@i02/2010/030/i02.2010.030.186.0009.001.jpg@RY2@

AFP

W wyniku alianckich bombardowań Drezno podzieliło los takich miast, jak Wieluń czy Coventry, zniszczonych przez naloty Luftwaffe

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.