Haitańskie sieroty na celowniku handlarzy żywym towarem
Haitańskie sieroty sprzedawane są cudzoziemcom za zaledwie... 50 dolarów - alarmują organizacje charytatywne.
Nic dziwnego, że na wyspę, oprócz ludzi naprawdę niosących pomoc poszkodowanym w trzęsieniu ziemi, ściągają handlarze żywym towarem.
Wczoraj obawę, że haitańskie dzieci osierocone lub oddzielone od rodzin wskutek kataklizmu z 12 stycznia będą padać ofiarą porwań, sprzedaży, handlu żywym towarem czy niewolnictwa, wyraziła ONZ. - Szczególnie zagrożone są dzieci bez opieki. Jest sprawą najwyższej wagi, by w miarę możliwości były one rejestrowane, poszukiwane i łączone z rodzinami - napisali w komunikacie eksperci Organizacji.
Te obawy są jak najbardziej uzasadnione. Jeszcze przed trzęsieniem ubogie karaibskie państwo było jednym z najważniejszych miejsc pozyskiwania dzieci na sprzedaż. W 10-milionowym państwie w sierocińcach żyło 380 tysięcy dzieci, a haitański rząd szacował, że co roku wywożono około dwóch tysięcy. Trafiały one przeważnie do USA lub Kanady, gdzie były nielegalnie adoptowane, wykorzystywane seksualnie bądź pracowały jako służba domowa.
Teraz sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Wskutek trzęsienia około miliona dzieci zostało sierotami, straciło kontrakt z rodzicami lub pozbawionych jest opieki. W kraju, którego służby państwowe niemal przestały funkcjonować, są one wyjątkowo łatwym celem. W miniony weekend zatrzymano 10 członków amerykańskiej organizacji religijno-charytatywnej New Life Children’s Refuge, którzy próbowali wywieźć 33 haitańskich dzieci do sąsiedniej Dominikany. Choć Amerykanie zarzekają się, że robili to dla ich dobra, zostali aresztowani i staną przed sądem. Nie uzyskali żadnych zezwoleń, a na dodatek okazało się, iż nie wszystkie dzieci były sierotami.
Problemem jest bowiem to, że wielu Haitańczyków chętnie oddaje swoje dzieci - za pieniądze lub za darmo - licząc, że na Zachodzie będą miały lepsze życie. Jeszcze przed wybuchem afery z NLCR haitański rząd zaapelował o wstrzymanie zagranicznych adopcji. Tuż po trzęsieniu wiele krajów - z USA na czele - wprowadziło uproszczone procedury adopcyjne dla haitańskich dzieci. Tymczasem według wytycznych ONZ przed przekazaniem dziecka za granicę należy przynajmniej przez dwa lata poszukiwać jego rodziny w kraju. Po trzęsieniu na Haiti UNICEF utworzył w tym kraju pięć tymczasowych sierocińców, w których dzieci mają zapewnione jedzenie i opiekę, a przez ten czas trwają poszukiwania ich krewnych. - Ten system po raz pierwszy zastosowano na Aceh po tsunami i w efekcie 90 proc. tamtejszych dzieci trafiło z powrotem do swoich rodzin - mówi BBC Roshan Khadivi z UNICEF.
Pomoc dla dzieci osieroconych po tsunami w Azji Południowo-Wschodniej w grudniu 2004 r. to jednak jeden z niewielu przykładów skutecznego działania po wielkich kataklizmach. Zagraniczne adopcje są bowiem lukratywnym biznesem. Prywatne amerykańskie agencje adopcyjne biorą nawet 30 tys. dolarów za znalezienie za granicą dziecka i załatwienie wszystkich formalności. W Chinach, skąd pochodzi najwięcej adoptowanych przez Amerykanów dzieci, sierocińce dostają za dziecko kwotę rzędu trzech tysięcy dolarów. Reszta trafia w ręce pośredników. Mniej szczęścia mają dzieci, które są sprzedawane jako służba domowa czy w celu świadczenia usług seksualnych. We Włoszech, dokąd masowo trafiają dzieci z Rumunii czy Albanii, ich cena to 2,5 - 4 tysiące euro. Według ONZ co roku na świecie sprzedawanych jest ok. 1,2 miliona dzieci, z czego nawet jedna szósta pochodzi z krajów Europy Środkowo-Wschodniej i byłego Związku Sowieckiego. Cały rynek handlu ludźmi wart jest 32 miliardy dolarów, co ustępuje tylko narkobiznesowi.
@RY1@i02/2010/023/i02.2010.023.000.011a.001.jpg@RY2@
FOT. AFP
W weekend amerykańska organizacja charytatywna próbowała nielegalnie wywieźć na Dominikanę 33 dzieci
bartlomiej.niedzinski@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu