Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Paryż stosuje dwie miary

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Francja jest dziś podzielona. Jedna - idealistyczna - broni prawa do swobody wypowiedzi i laickiego państwa. Druga twardo stąpa po ziemi i domaga się kompromisów koniecznych w kraju, gdzie mieszka siedem milionów muzułmanów i który przez Morze Śródziemne sąsiaduje z Afryką Północną.

Debata wybuchła, gdy satyryczne pismo "Charlie Hebdo" opublikowało karykatury Mahometa, nie zważając na napiętą atmosferę na świecie wywołaną pojawieniem się w internecie fragmentów filmu "Niewinność muzułmanów". - Powiem krótko: jesteście skończonymi durniami - tak w czwartek w wieczornym dzienniku mówiła do redaktorów "Charlie Hebdo" Francuzka żyjąca w Tunezji, która od kilku dni barykaduje się w mieszkaniu, bojąc się wyjść na ulice Tunisu.

W obawie przed represjami francuskie ministerstwo spraw zagranicznych zamknęło ambasady, szkoły i przedstawicielstwa handlowe w 20 krajach. Z kolei mer Paryża zabronił organizacji w ubiegłą sobotę w centrum miasta manifestacji muzułmanów uważających, że obrażono ich proroka. Taki zakaz zdarza się niezwykle rzadko: w tym roku na 2259 wniosków ratusz odrzucił tylko pięć. Aby nie doszło do incydentów, ulice stolicy i innych dużych miast patroluje niespotykana liczba policjantów.

O nerwowości władz świadczy także ostra reakcja na dziki protest w minioną środę przed ambasadą USA. Z dwustu manifestantów aż 150 zostało zatrzymanych przez służby porządkowe. A w piątek ubrani po cywilnemu policjanci uczestniczyli w modlitwach w setkach meczetów, aby sprawdzić, czy imami nie nawołują do przemocy.

To rodzi pytanie, czy Paryż nie stosuje dwóch miar. Z jednej strony pozwala na publikację "Charlie Hebdo" i organizuje ochronę redakcji, z drugiej nie zezwala na pokojowe wyładowanie emocji przez drugą, po katolikach, największą wspólnotę religijną kraju. Krytycy takiej polityki nie mogą zrozumieć, dlaczego kodeks karny zakazuje wzywania do nienawiści rasowej, ale już nie do "prowokacji na tle religijnym".

Wyjście próbuje znaleźć Francois Hollande. W tym tygodniu - zbiegiem okoliczności - prezydent otworzył stałą, niezwykle bogatą ekspozycję sztuki islamu od VII do XIX wieku w Luwrze. I przy tej okazji rozróżnił między prawdziwą wiarą a tą, która poprzez "obskurantyzm niszczący wartości islamu nawołuje do przemocy i nienawiści".

Wątpliwe jednak, czy starania Hollandea wystarczą. Za manifestacjami kryje się coś innego niż takie czy inne rozumienie religii. To głęboka frustracja społeczności muzułmańskiej zarówno we Francji, jak i poza jej granicami, z powodu kompleksów wobec sukcesu gospodarczego i cywilizacyjnego Zachodu, poczucia złego traktowania, pretensji o wspieranie przez dziesięciolecia skorumpowanych dyktatorów oraz zawodu, że demokratyczne rewolucje nie zdołały w krótkim czasie doprowadzić do poprawy poziomu życia w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie.

Takie rany szybko się nie zagoją. A już na pewno nie przez prostą definicję laickiego państwa, które pozwala na publikację karykatur Mahometa, ale już nie manifestację tych, którzy czują się z tego powodu oburzeni.

Jędrzej Bielecki

dziennikarz działu życie gospodarcze świat

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.