Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Wojna o nielegalnych imigrantów wciąż trwa

2 lipca 2018

Republikanie są oburzeni. Oskarżają Obamę o próbę złamania konstytucji

Choć amerykański Kongres przyjął w minionym tygodniu budżet do końca roku podatkowego 2014/2015, nie znaczy to, że wejście w życie reformy imigracyjnej Baracka Obamy znacząco się przybliżyło. Mimo gróźb republikanie nie zdecydowali się na zablokowanie budżetu, a tym samym doprowadzenie do paraliżu administracji federalnej. Walka o amnestię dla nielegalnych imigrantów się jednak nie skończyła.

Co do tego, że system imigracyjny wymaga reformy, nikt nie ma wątpliwości. O ile jeszcze cztery lata temu 54 proc. Amerykanów uważało, iż nie działa on właściwie, o tyle teraz ten odsetek wynosi 74 proc., a imigracja jest wymieniana na czwartym miejscu na liście najbardziej palących problemów kraju - po sytuacji na rynku pracy, spadku realnych dochodów i systemie opieki zdrowotnej. Wystarczy powiedzieć, że w USA mieszka obecnie prawie 12 mln nielegalnych imigrantów, którzy pracując na czarno, nie są objęci żadnymi świadczeniami społecznymi, ale zarazem nie płacą podatków.

Kłopot w tym, że republikanie i demokraci są coraz mniej skłonni do współpracy nawet w bardzo ważnych dla kraju sprawach i w sytuacji, gdy jedna partia ma większość w jednej, a druga w drugiej izbie Kongresu, przeforsowanie jakiejkolwiek ważnej ustawy jest niezwykle trudne. Dotyczy to także kompleksowej reformy imigracyjnej, którą Obama obiecywał już od początku pierwszej kadencji. Gdy projekt wypracowania kompromisowej wersji ustawy ostatecznie upadł, Obama zdecydował się działać na własną rękę i pod koniec listopada zapowiedział przyjęcie reformy w formie dekretu. Zwłaszcza że od stycznia republikanie będą mieć większość w obu izbach Kongresu.

- Pokolenie za pokoleniem imigranci zawsze przyczyniali się do rozwoju naszej gospodarki i społeczeństwa. Nie możemy deportować kilkunastu milionów ludzi i byłoby niemądre, gdybyśmy próbowali to zrobić - przekonywał w zeszłym tygodniu Obama w Nashville. Prezydencki projekt wcale nie jest szczególnie radykalny, bo nie przewiduje możliwości uzyskania obywatelstwa, a jedynie uwalnia część nielegalnych imigrantów od groźby deportacji. Ta groźba nie jest tylko teoretyczna; w zeszłym roku amerykańskie władze deportowały 369 tys. osób, a w tym roku już 400 tys.

Zgodnie z projektem deportacji nie podlegaliby niemający dokumentów rodzice obywateli USA lub legalnych rezydentów, o ile przebywają w USA od co najmniej pięciu lat. Rozszerzono by też amnestię dla osób, które przybyły do Ameryki jako dzieci. Ogółem poprawiłaby się sytuacja 4,5 mln spośród 11,8 mln nielegalnych imigrantów. A przy okazji także amerykańskiej gospodarki - według analiz Białego Domu plan Obamy spowodowałby wzrost amerykańskiego PKB o 0,4 proc. do 2024 r., co przyczyniłoby się do spadku zadłużenia kraju o 25 mld dol. Nie wpłynąłby za to na zmniejszenie perspektyw zatrudnienia dla obywateli USA, a nawet zwiększył średnią płacę w kraju o 0,3 proc.

Choć trudno to nazwać wielką amnestią, zaś uregulowanie statusu przybyszy przyniesie korzyści amerykańskiej gospodarce, część republikanów zapowiedziała blokowanie inicjatywy Obamy za wszelką cenę, argumentując, że jest ona zachętą dla tysięcy kolejnych chętnych do przyjazdu. - Dwa tygodnie temu prezydent Obama, zmieniając na własną rękę przepisy imigracyjne, wypowiedział wojnę konstytucji, a dziś Kongres zaczyna walkę z tym bezprecedensowym zagarnięciem władzy - ogłosił szef komisji sprawiedliwości Izby Reprezentantów Bob Goodlatte.

Jednym z pomysłów na zablokowanie miało być właśnie nieuchwalenie budżetu na czas, co doprowadziłoby do wstrzymania działalności agencji federalnych, podobnie jak to miało miejsce w pierwszej połowie zeszłego roku. Ostatecznie jednak republikanie się na to nie zdecydowali, obawiając się, że - podobnie jak w zeszłym roku - opinia publiczna obarczy ich winą za paraliżowanie kraju. Inne rozwiązanie zakłada pozwanie Baracka Obamy do sądu, co zapowiedzieli kilka dni temu gubernatorzy kilkunastu stanów, w których problem nielegalnej imigracji jest najbardziej dotkliwy.

Republikanie najwyraźniej jednak zapominają, że walka z nielegalną imigracją jest bronią obosieczną. Bo nawet jeśli w nowo wybranym Kongresie uda im się utrącić plany Obamy, to może się to odbić na wynikach następnych wyborów prezydenckich. Wyborcy pochodzenia latynoskiego są coraz liczniejszym elektoratem i myśląc o zwycięstwie, nie można się na nich zamykać ani uchodzić za partię antyimigracyjną. Poza tym nawet jeśli większość Amerykanów faktycznie uważa, że prezydent przekroczył w tej sprawie swoje uprawnienia, nie oznacza to, że są oni przeciwni imigrantom jako takim. Według sondaży 50 proc. Amerykanów twierdzi, że nielegalni imigranci powinni móc pozostać w USA i ostatecznie ubiegać się o obywatelstwo, podczas gdy za ich deportacją opowiada się tylko 32 proc. badanych.

Kim są nielegalni imigranci w USA

Według szacunków Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w 2012 r. w Stanach Zjednoczonych było 11,4 mln nielegalnych imigrantów, co oznacza, że w ostatnich latach ich liczba nieco spada (w szczytowym 2007 r. było ich 12,5 mln).

Aż 59 proc. z tej liczby pochodzi z Meksyku; na kolejnych miejscach są obywatele Salwadoru (6 proc.), Gwatemali (5 proc.), Hondurasu (3 proc.) i Filipin (3 proc.). Nielegalni imigranci najczęściej osiedlają się w Kalifornii (25 proc. całkowitej ich liczby), Teksasie (16 proc.), na Florydzie (6 proc.), w stanie Nowy Jork (5 proc.) i w Illinois (5 proc.). Większość z nich to ludzie młodzi (aż 61 proc. ma między 25 a 44 lata). W 2013 r. zatrzymano ponad 662 tys. osób przebywających bez zezwolenia na terytorium USA, z czego 64 proc. stanowili Meksykanie.

W ostatnim roku coraz poważniejszym problemem staje się rosnąca liczba nieletnich, którzy przedostają się do USA bez opieki dorosłych. O ile w roku podatkowym 2012 r. było ich niespełna 15 tys., a w 2013 r. - niespełna 25 tys., o tyle w 2014 r. - już 60 tys. W ich przypadku geografia krajów pochodzenia rozkłada się zupełnie inaczej - najczęściej pochodzą z Gwatemali (37 proc.), Hondurasu (30 proc.) i Salwadoru (26 proc.). Młodzi Meksykanie są na czwartym miejscu z zaledwie 3-proc. udziałem.

Bartłomiej Niedziński

@RY1@i02/2014/242/i02.2014.242.000000800.802.jpg@RY2@

Jonathan Ernst/Reuters/Forum

Realizacja planu Obamy spowodowałaby wzrost amerykańskiego PKB o 0,4 proc. do 2024 r.

Bartłomiej Niedziński

bartlomiej.niedzinski@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.