Rio płacze w cieniu Argentyny
Mistrzostwa świata w Ameryce Południowej dobiegły końca. Europa nie oddała ich walkowerem
Argentyna zdobyła Rio de Janeiro. Piłkarscy kibice z tego kraju zajęli najświętsze miejsca brazylijskiego futbolu. Upokorzenie gospodarzy mundialu sięgnęło zenitu. Maracana, stadiony Fluminense i Botafogo, nawet Sambodrom - wszędzie tam już w piątek zaczęli panoszyć się wyznawcy Maradony i Messiego.
Na obiekcie Fluminense narodziła się reprezentacja Brazylii, to tutaj rozegrała pierwszy międzynarodowy mecz z angielskim zespołem Exeter. O tym wydarzeniu, od którego w przyszły poniedziałek minie dokładnie sto lat, przypomina m.in. piłka w sali klubowych trofeów, którą zagrały oba zespoły. Na Estadio das Laranjeiras drużyna narodowa Brazylii nigdy nie przegrała. I właśnie tę mekkę brazylijskiego futbolu zalała w weekend biało-niebieska fala z bardzo nielubianego sąsiedniego kraju.
- To FIFA zdecydowała, że w tym miejscu członkowie rodzin i przyjaciele naszych piłkarzy odbiorą swoje bilety - wzruszał ramionami Marcelo, Argentyńczyk, który pełnił rolę koordynatora projektu. - Pewnie dlatego, że tu jest bezpiecznie.
Podobnie było w innej części Rio przed dawnym stadionem Botafogo, gdzie aż roiło się od kibiców finalistów mundialu odbierających zamówione wejściówki. Na końcu Argentyńczycy wzięli 700-metrowy Sambodrom. W sobotę wieczorem na karnawałowy obiekt zaczęli zjeżdżać fani, którzy zdecydowali się na wyprawę w ostatniej chwili. Betonowa droga pomiędzy olbrzymimi trybunami, na której w styczniu prezentują się najlepsze w Rio de Janeiro szkoły samby, teraz zamieniła się w parking zwieńczony olbrzymim telebimem. Tak powstała kolejna strefa dla fanów.
- Mieszkamy na północ od Buenos Aires. By się tutaj znaleźć, przez piątek i sobotę przejechaliśmy dwa tysiące kilometrów - opowiadał nam 25-letni Jose, rozładowując wraz z kumplami przyczepę, w której zmieścili namiot i śpiwory. - Nie mamy biletów na Maracanę, ale w dniu finału po prostu musieliśmy być blisko naszej drużyny.
Jeśli ktoś nie widział, jak Buenos Aires żyło przez ostatni miesiąc mundialem, mógł być tym najazdem zdziwiony. Ale nawet oglądając to szaleństwo z bliska, trudno było ogarnąć je wyobraźnią. Argentyńczycy manifestowali swoją miłość do futbolu na każdym kroku, w każdym możliwym miejscu. I znacznie goręcej od Brazylijczyków, nie zostawiając miejsca na żadne niedopowiedzenia.
- Oni twierdzą, że skoro Pele jest królem, to Maradona bogiem - puentuje z przekąsem Alfredo, brazylijski przewodnik po fawelach w Rio de Janeiro.
Uśpiony wulkan
To Argentyna pod wodzą boskiego Messiego okazała się najlepsza spośród drużyn z Ameryki Południowej, choć początkowo najmniej, a raczej wcale nie zachwycała. Pochwały za waleczność zbierało Chile, nagrody za wrażenia artystyczne dostawała Kolumbia. Brazylia, jeszcze ta z Neymarem, zdawała się z każdym meczem pewniejsza siebie.
Tymczasem drużyna Alejandro Sabelli długo sprawiała wrażenie uśpionego wulkanu. A z wulkanami nigdy nic nie wiadomo, poza tym że budzą się rzadko. Minęło wiele lat od chwili, gdy zespół Carlosa Bilardo rządził na świecie. Lionel Messi był niespełnionym następcą Diego Maradony, któremu on sam, w roli selekcjonera podczas mundialu w RPA, nie umiał pomóc. Dopiero tu, w Rio de Janeiro, meczem z Bośnią i Hercegowiną Messi zaczął swój wielki marsz po koronę i berło.
Jedność po europejsku
Europa nie oddała tych mistrzostw walkowerem. Przeciwnie. Kibice z Niemiec, Holandii czy Francji pojawili się w Ameryce Południowej w zaskakująco dużej liczbie, a piłkarze pokazali fantastyczne umiejętności. - Największą siłą tych drużyn był team spirit - ocenił Claudio Reyna, były reprezentant USA.
Trafił w sedno. Niemcy i Holandia wygrywały, bo ich piłkarze umieli się zaprzyjaźnić i pokazać jedność na boisku. Niemcy stworzyli zespół niemal bez słabych punktów.
Holendrzy mieli dwie wielkie indywidualności: Arjena Robbena i Wesleya Sneijdera (Robin van Persie rozczarował), a także 33-letniego weterana Dirka Kuyta, który wielką formą zaskoczył nawet samego Louisa van Gaala (piłkarza Fenerbahce na początku turnieju trzymał na ławce) oraz plejadę młodszych graczy na czele z Georginio Wijnaldumem i Daleyem Blindem. Po traumie, jaką "Pomarańczowi" przeżyli na mistrzostwach Europy w Polsce i na Ukrainie, nastąpiło wielkie odrodzenie. Nie awansowali do finału, to fakt, lecz van Gaal słusznie nie pozwolił w Brazylii na traktowanie przegranego w karnych półfinału z Argentyną jak porażki.
Bo obrońcy byli za słabi...
Niemal jak zwycięzcy wracali do kraju Francuzi. Sportowo wiele nie osiągnęli, ale odbudowali wizerunek przekreślony fatalnym zachowaniem piłkarzy przed czterema laty w Afryce. Na drugim biegunie znaleźli się Hiszpanie. - Nie będziemy talibami tiki-taki - ogłosił przed pierwszym meczem Vicente del Bosque. Chciał powiedzieć, że jego piłkarze nie będą zatwardziałymi wyznawcami jednego stylu. Przeciągnął na swoją stronę Brazylijczyka Diego Costę, sądząc, że jego obecność w ataku wszystko zmieni. Zmieniła, na niekorzyść.
Czy to się zdarzyło?
To miał być niezwykły piękny, wyjątkowy mundial i taki był. Także dlatego, że już nigdy Brazylia nie przegra w półfinale mistrzostw świata 1:7. Przez najbliższe sto lat ludzie będą wracać do wydarzeń z Belo Horizonte, zadając sobie jedno pytanie: czy to wydarzyło się naprawdę?
Gdy trzy dni po meczu odwiedziliśmy stadion Fluminense, pracownicy klubu byli zdruzgotani. Bo Brazylia zrobiła kozła ofiarnego z ich piłkarza. - To nie Fred jest winny. Ludzie go wyśmiewają, bo taka jest natura Brazylijczyków. Ale to świetny napastnik, zobaczysz, jak wróci do Fluminense, znów będzie strzelał gole - zapewniali.
Jasne, tylko co z tego będzie miała cała zrozpaczona Brazylia?
@RY1@i02/2014/134/i02.2014.134.000001600.101.jpg@RY2@
AP
Pokonana Brazylia leży na łopatkach. Ale ludzie będą tam wspominać ten mundial przez sto lat
Krzysztof Kawa
Rio de Janeiro
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu