To nie jest koniec Hiszpanii. To tylko trener sknocił mistrzostwa
Gdyby Vicente del Bosque nie był tak szlachetny i konserwatywny, La Roja w dalszym ciągu cieszyłaby się grą podczas mundialu w Brazylii
"Skończyła się epoka", "Hiszpania abdykowała", "Dramat", "Rozpacz" - lament po odpadnięciu Hiszpanii z mistrzostw świata osiągnął niespotykaną skalę. Ale jak się hiszpańskiej drużynie przyjrzeć bliżej, to tak naprawdę... nic się nie stało. Czy ktokolwiek spośród Hiszpanów byłby w stanie teraz rzucić taką klątwę, jak trener Zbigniew Boniek w 1986 roku: "Teraz to będziemy czekać 20 lat na taką drużynę". Hiszpanie na nic nie będą czekać. Odkują się za dwa lata podczas mistrzostw Europy we Francji albo za cztery na mundialu w Rosji. Ot, nie wyszedł im pierwszy od lat turniej.
Ich futbol jako całość to jednak świetnie funkcjonująca maszyna, mają genialny program szkolenia, rozwiązania systemowe kształtowane przez lata i całe nowe pokolenie genialnych, młodych piłkarzy, którzy tylko czekają na swoją szansę. Drużyny klubowe, mimo kryzysu ekonomicznego, bronią się dzięki posiadaniu ugruntowanych marek, jak Real czy Barcelona, a pozostałe, jak Atletico Madryt, Sewilla, Valencia czy Real Sociedad, dlatego że mają pomysł. To nie jest przypadek, że ostatnia edycja Ligi Mistrzów i Ligi Europy była właściwie wewnętrzną sprawą drużyn z Półwyspu Iberyjskiego. A jak już któraś z drużyn przegrywała, to właśnie z rodakami.
Porażkę na mundialu, bo jest nią z pewnością odpadnięcie już na etapie fazy grupowej, po trzech wcześniejszych triumfach w wielkich turniejach należałoby po prostu potraktować jako wydarzenie samo w sobie. Nie ma w nim jakiegoś bardzo szerokiego backgroundu, nie jest to wynik lat zaniedbań czy też błędów federacji. To raczej wyjątek potwierdzający regułę, wypadek przy pracy. Temat schrzanił trener i konkretna grupa piłkarzy. Można śmiało zakładać, że Hiszpanie w innej konfiguracji, ze świeżym pomysłem, być może innym trenerem osiągnęliby w Brazylii znacznie więcej. Ba, wcale niewykluczone, że przy odrobinie szczęścia w pierwszym meczu z Holandią byłoby zupełnie inaczej. Przypomnijmy, że przy stanie 1:0 dla Hiszpanii David Silva nie wykorzystał stuprocentowej sytuacji.
W meczu z Chile mistrzowie świata też mogli wrócić do gry w drugiej połowie, gdyby Sergio Busquets z trzech metrów strzelił do pustej bramki. Szczegóły? Pewnie, że tak, ale warto pamiętać, że tak wychwalana przez minione lata drużyna Luisa Aragonesa i później Vicente’a del Bosque’a też wygrywała dzięki niuansom. Nie zawsze była efektowna, nie zawsze czarowała. W 2008 roku Hiszpanie wyeliminowali Włochów w ćwierćfinale dopiero po karnych. W 2010 roku sięgali po mistrzostwo świata, ale do finału doczłapali się, ciułając zwycięstwa po 1:0. Bardzo często zanudzali kibiców i rywali swoją tiki-taką, ale zawsze na końcu coś wpadało do sieci.
Podczas Euro 2012 z Portugalią w półfinale też wygrali w karnych. Ale i tak wszyscy pamiętają przede wszystkim efektowny finał wygrany 4:0 z Włochami w Kijowie. Stwierdzenie, że reprezentacja Hiszpanii była przereklamowana, byłoby zbyt obrazoburcze, ale chyba jednak ta drużyna nie była aż tak nieziemska, jak się o niej mówiło. Sport, a zwłaszcza futbol, to idealny grunt do tworzenia czasem przesadnych mitów. I w tym przypadku z czymś takim mieliśmy przez ostatnie lata do czynienia. Uświadomić to mogły porażki La Roja w nieco mniej znaczących rozgrywkach o puchar konfederacji. Przed RPA Hiszpanie dali się mocno pobić USA, a przed rokiem w finale ulegli Brazylii 0:3. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi, żeby nie tykać świętości.
Co zatem zaszwankowało najmocniej podczas obecnych mistrzostw? Przez niektórych taka teza może zostać uznana za pójście na skróty, ale... trener. Del Bosque nawalił najmocniej. Przede wszystkim dlatego, że nic nie robił. Przez dwa turnieje taktyka popularnego "Sfinksa" polegająca na niewtrącaniu się działała. Del Bosque zapomniał jednak, że nic, zwłaszcza w futbolu, nie trwa wiecznie i w pewnym momencie zmiany trzeba zrobić. Blisko 70-letni selekcjoner przed Brazylią wyraźnie się jednak zdrzemnął.
Jak można było nie zauważyć, że Barcelona przechodzi kryzys, bo gra oparta na Xavim Hernandezie przestała przynosić skutek. Mimo to wciąż uważał zmęczonego, będącego w słabej formie 34-latka za lidera reprezentacji. Co takiego dostrzegał w równie szybko starzejącym się piłkarsko i coraz wolniejszym Xabim Alonso, aby znów wstawiać go do pierwszego składu? Skoro Ikera Casillasa nie widziało w roli pierwszego bramkarza Realu Madryt dwóch kolejnych trenerów Królewskich z wielkimi nazwiskami (Mourinho, Ancelotti), to dlaczego selekcjoner upierał się, że jest mądrzejszy. Takich pytań było przynajmniej jeszcze kilka.
A odpowiedź, jaką sami dawali sobie hiszpańscy kibice i dziennikarze, była jedna: Vicente to konserwatysta i dotychczas jego koncepcje się sprawdzały. Tak naprawdę jedyną nowością, jaką wódz mistrzów wprowadził, która zresztą była na przekór jego własnym ideom, to namówienie do gry w reprezentacji Brazylijczyka Diego Costy. Pół roku temu przez Hiszpanię przetoczyła się ogólnonarodowa dyskusja na temat tego, czy obcokrajowiec powinien grać w drużynie narodowej (skąd my to znamy?). Wielu Hiszpanów było przeciw, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że powołanie dla Costy to nie była jakaś ostatnia deska ratunku, a klasowych napastników La Roja ma do dyspozycji co niemiara. W każdym wieku. W pewnym momencie wydawało się, że problem rozwiąże się sam, bo napastnik Atletico Madryt doznał kontuzji przed mistrzostwami i miał nie zdążyć się wykurować. Alvaro Negredo (Manchester City) czy Fernando Llorente (Juventus) czekali na sygnał.
Wystarczyło jednak, że Costa zaleczył kontuzję i rozegrał 90 minut, człapiąc w meczu towarzyskim z Salvadorem, aby del Bosque uznał, że Brazylijczyk nadaje się do pierwszego składu. I wystawił go w obu przegranych na mundialu spotkaniach. Po kontuzji, po zaledwie trzech meczach w kadrze, wiedząc, że Costa w klubie gra w zupełnie innym systemie, niż preferuje kadra, zdając sobie sprawę, że nie jest on do końca akceptowany przez starszyznę (dzięki przyzwyczajeniom selekcjonera starszyzna to niemal 90 proc. zespołu).
Sam Costa też przed mundialem nie błysnął przesadnie wyczuciem, oświadczając w ostatnim wywiadzie przed wyjazdem do Brazylii, że zawsze był i będzie Brazylijczykiem. Tak się też czuje, a gra dla Hiszpanii, bo del Bosque zadzwonił pierwszy... To nie miało prawa zagrać i nie zagrało.
Tym bardziej szkoda, że del Bosque nigdy nie przekona się, jak mogłaby grać drużyna narodowa pod jego wodzą, gdyby zechciał skorzystać z młodych Hiszpanów. Na pozycję Costy poza wcześniej wymienionymi Llorente i Negredo miał choćby Paco Alcacera (Valencia), Moratę (Real Madryt), Deulofeu (Everton) czy Rodriga (Benfica). Aż się prosiło, aby dać szansę jakiemuś młodemu wilczkowi. W pomocy trener lekką ręką zrezygnował z młodzieżowych mistrzów Europy, jak Iturraspe, Muniain, Ander Herera (Bilbao), Isco, Illaramendi (Real), Adrian (Atletico), w obronie z Montoi (Barcelona). Na trzeciego bramkarza wziął genialnego de Geę, ale tylko dlatego, że Victor Valdez miał kontuzję. Młody Koke powołany na mundial z Atletico to natomiast najprawdopodobniej alibi. Aby nikt nie mówił, że żadnego młodzieżowca selekcjoner nie zabrał.
Trudno nie odnieść wrażenia, że del Bosque, który jest dokładnie tak sympatycznym człowiekiem, na jakiego wygląda, nie stał się zakładnikiem własnego sukcesu. Swoich piłkarzy, którzy w minionych latach przynieśli całej Hiszpanii tyle splendoru. Owszem, to niezwykle szlachetne, że chciał zakończyć pewien etap ze swoimi ulubieńcami, tak bardzo z nim związanymi, ale na pewno nieprofesjonalne. Gdyby del Bosque był odważniejszy, La Roja dalej byłaby w grze.
W dniu, w którym mistrzowie świata przegrywali swoją szansę w Brazylii, telewizja TVE transmitowała skromną uroczystość abdykacji króla. Mikrofony kierunkowe podsłuchały krótką pogawędkę Juana Carlosa z premierem Mariano Rajoyem: - No i co się dzieje z tą naszą kadrą? - szepnął król.
- Pewnie dziś znów dostaną, a wszyscy powiedzą, że to także wina rządu - odparł, wcale nie żartem, premier.
Rajoy dobrze typował, wieczorem był łomot od Chile, a władza w Hiszpanii ma realny kłopot. Tym razem piłkarze nie przykryją już coraz większych problemów ekonomicznych tego kraju.
Taktyka "niewtrącania się" na mundialu się nie sprawdziła
@RY1@i02/2014/120/i02.2014.120.000001500.803.jpg@RY2@
Cezary Kowalski
Polsat Sport
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu