Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Mamy rasizm we krwi

29 czerwca 2018

Dla części Amerykanów ich ojczyzna to kraj rządzony przez białych i istniejący dla białych. Rasa po dziś dzień w decydujący sposób kształtuje w moim kraju opinie, to klucz, bez którego nie da się go zrozumieć

Bartem Bonikowskim

@RY1@i02/2017/164/i02.2017.164.000001900.802.jpg@RY2@

fot. materiały prasowe

Bart Bonikowski profesor socjologii na Uniwersytecie Harvarda, w swoich pracach zajmuje się zagadnieniem populizmu

Manifestacja białych nacjonalistów w Charlottesville przed dwoma tygodniami była największą i najlepiej zorganizowaną akcją tego ruchu od lat. Jej finał też był bezprecedensowy w najnowszej historii USA - zwolennik białej Ameryki wjechał autem w tłum kontrmanifestantów. Zginęła jedna osoba, a kilkanaście zostało rannych. Dlaczego rośnie popularność białego nacjonalizmu i ruchów alt-right? Czy to skutek przejęcia władzy przez Donalda Trumpa?

Związek jest niezaprzeczalny: badania wykazują, że od chwili objęcia przez Trumpa urzędu prezydenta rośnie liczba przestępstw motywowanych nienawiścią rasową. Z tych samych sondaży wynika również, że rosną w siłę ruchy identyfikujące się z ideologią białego nacjonalizmu i wykluczania ze społeczeństwa całych grup ludzi o innym kolorze skóry. Trump oczywiście nie legitymizował tego typu zachowań, ale zachęca do nich swoją postawą i poglądami. Nie zapominajmy też, że ksenofobia i rasizm płyną w żyłach mojego społeczeństwa od dawna - i to wciąż bardzo wartki nurt. To zaś wiąże się ze sposobem rozumienia tego, czym dla Amerykanów jest ich ojczyzna. Dla części społeczeństwa oznacza to kraj rządzony przez białych i istniejący dla białych. Rasa po dziś dzień w decydujący sposób kształtuje w moim kraju opinie, to klucz, bez którego nie da się go zrozumieć. Dziś znów znaleźliśmy się w punkcie historii, w której rasistowski i nacjonalistyczny światopogląd coraz śmielej manifestuje tu swoją obecność.

Powinniśmy przygotować się do tego, że takich wydarzeń jak w Charlottesville będzie więcej?

Nacjonalizm, rasizm czy faszyzm to ideologie, które przemoc prowokują, bo za cel stawiają sobie przemianę społecznej materii, działania na rzecz usunięcia osób z jakichś przyczyn niepożądanych, a w formie skrajnej - zakładające ludobójstwo. Inna rzecz to odpowiedź na pytania: dlaczego w niektórych momentach historii przybierają na sile? Dlaczego do manifestacji ultraprawicy w Charlottesville w ogóle doszło? I dlaczego przyszło na nią aż tylu ludzi? Nie można tego rozpatrywać w oderwaniu od historyczno-politycznego kontekstu, jakim jest prezydentura Trumpa.

Jaki wpływ na rasistów i nacjonalistów ma obecny prezydent?

Trump słał ukłony w stronę tego bloku wyborczego, odkąd tylko zaświtała mu w głowie myśl o prezydenturze. Był liderem ruchu birthers, ludzi kwestionujących wiarygodność metryki urodzenia Baracka Obamy i głoszących, że jako Kenijczyk z urodzenia sprawuje urząd prezydenta USA nielegalnie. Bez zahamowań nazywał Obamę przestępcą, komunistą, faszystą i wrogiem narodu. Programowo wręcz faworyzował interesy białego wyborcy, występując przeciwko muzułmanom i imigrantom, i używał języka przemycającego zakodowane przesłanki rasistowskie. Gdy mówił o dzielnicach biedy w wielkich miastach, nie nazywał ich inaczej jak "miejscami chaosu". Do osoby czarnoskórej potrafił zwrócić się z politowaniem: "Mój ty drogi Afroamerykaninie" - frazą ze słownika właściciela niewolników, podkreślającą nierówność między białą a czarną rasą. Gdy pojawił się ruch Black Lives Matter (BLM), walczący z rasistowskimi stereotypami i brutalnym traktowaniem czarnoskórych przez policję, Trump zaczął entuzjastycznie wspierać ruch All Lives Matter oraz Blue Lives Matter (na rzecz wspierania policji - red.). Był to nie tylko jawny ukłon w kierunku białych nacjonalistów, lecz i swego rodzaju próba ośmieszania i zdyskredytowania BLM.

Prezydentura niczego nie zmieniła?

Mimo nadziei, że po przeprowadzce do Białego Domu Trump stanie na wysokości zadania, niestety nic takiego się nie stało. Bo dalej prowadzi politykę opartą na wykluczaniu i dyskryminacji. Jako pierwszy na myśl ciśnie się dekret o zakazie wjazdu do USA osobom z wybranych krajów muzułmańskich. Ale jest wiele innych sposobów, za pomocą których Trump podsyca ideologię nacjonalizmu i rasizmu. Zaliczam do nich postępujące ubezwłasnowolnienie wydziału ds. spraw cywilnych w Departamencie Sprawiedliwości; wyhamowywanie, a w niektórych miejscach wręcz demontaż, rozpoczętej przez Obamę reformy systemu karnego; obietnice odchodzenia od akcji afirmatywnej na uniwersytetach; wreszcie krytykę nie tylko BLM, ale wszystkich ruchów stających po stronie równouprawnienia i społecznej sprawiedliwości.

Czy to czasy dały nam Donalda Trumpa, czy też to Donald Trump kształtuje nasze czasy?

Debata, czy obecny prezydent to oportunista, czy wizjoner, trwa i szybko się nie skończy. Doświadczenia z pierwszych miesięcy jego prezydentury bardziej skłaniają ku opinii, że to polityk bez konkretnego programu. To populista, a nie prawdziwy reformator. Tym bardziej że jawne faworyzowanie przez niego białego wyborcy wpisuje się w nurt od dawna obecnej w Partii Republikańskiej - to ideologia używająca języka kodującego w bardzo określony sposób rasistowskie postawy i sposób komunikacji z wyborcą. Pojawiła się z wyborczą mobilizacją południowych stanów USA za prezydentury Richarda Nixona w latach 70. W imię politycznych profitów "bolączki białego Południa" zostały oficjalnie proklamowane "bolączkami całej Ameryki". Tu tkwi źródło dzisiejszego stereotypowego postrzegania całego środowiska Afroamerykanów jako kryminalistów i degeneratów, a jednocześnie wielu przedsięwzięć, które ten stereotyp pogłębiają. Dobrym przykładem jest profilowanie rasowe i systemowa wiktymizacja Afroamerykanów w ramach rządowej wojny z narkotykami (War on Drugs), co z kolei przełożyło się na kryzys w więziennictwie.

Ale to wszystko to minione wydarzenia.

W czasach nam bardzo bliskich ideologia ta formowała język, za pomocą którego krytykowano Baracka Obamę. To za jej sprawą do debaty dołączono pogardę oraz lekceważenie, z jakimi nie spotkał się żaden urzędujący prezydent. Igrała ona z normami państwa demokratycznego nakazującymi szacunek głowie państwa, tak samo zresztą jak i politycznym oponentom. W tym kontekście Trump pojawia się po prostu jako kolejna odsłona w bardzo długim ciągu wydarzeń kształtujących oblicze politycznej debaty po stronie amerykańskiej prawicy. Można go co najwyżej uznać za niezwykle efektywnego herolda tej ideologii, bo rzeczywiście posunął się dalej niż ktokolwiek przed nim, tratując granice uznawane dotąd za nieprzekraczalne. Sprytne korzystanie z taktyk, które wymyślili i praktykowali już inni, nie świadczy jednak o jego politycznym formacie, co najwyżej o brawurze i zuchwałości. Na pewno też możemy mówić, że skala tej brawury i zuchwałości związana jest z tym, iż populizm oraz nacjonalizm przeżywają obecnie wielki powrót. W ostatnich 10-15 latach radykalna prawica stała się znaczącą częścią rzeczywistości politycznej też w Europie i Ameryce Południowej. W krajach takich jak Turcja, Węgry czy Polska populiści i nacjonaliści mają się tak dobrze, że zaczynają destabilizować tamtejsze demokracje. Trump może więc czuć się ośmielony w swoich działaniach, bo wie, że jest częścią o wiele większego zjawiska.

Co pcha świat w objęcia populistów i nacjonalistów?

Odpowiedź, która pewnie obiła się już niektórym o uszy, bo jest logiczna i dość przekonująca, brzmi: to nasza reakcja na neoliberalizm i globalizację. Inne wytłumaczenie to poczucie potrzeby zawalczenia o wartości kulturowe w krajach i regionach, które tradycyjnie były ostoją białego człowieka. Wartości te są zagrożone na skutek migracji, imigracji i wywoływanych przezeń zmian demograficznych. Wreszcie, jak wykazują badania, nacjonalizm w społeczeństwach bogatych i wysokorozwiniętych napędzany jest także postępującą utratą wiary w demokrację jako w system, który działa, który rozwiązuje problemy. Tylko że wszystkie te reakcje, obawy i wątpliwości już widzieliśmy w przeszłości, na pewno w Ameryce, a nie za każdym razem mobilizacja wyborców pod sztandarem strachu o trwałość kultury i obyczajów białego człowieka wynosiła na ołtarze władzy populistów i nacjonalistów. Przypomnę Pata Buchanana, który w latach 90. budował swoje kampanie prezydenckie na hasłach gospodarczego nacjonalizmu, zamykania granic oraz kultywowania idei supremacji białej rasy. Nigdy nie zdobył nawet 1 proc. poparcia wyborców. O co więc chodzi? Populizm i nacjonalizm kwitną wtedy, gdy pojawia się dogodny moment w historii. Taki właśnie nastał.

Czyli?

Ten dogodny moment charakteryzuje powszechne i głębokie poczucie strachu przed wieloma zmianami naraz. Nęka nas przecież strach o perspektywy finansowe i ekonomiczne w dobie nowej, a wciąż błyskawicznie się przekształcającej gospodarki, strach o utrzymanie lub znalezienie pracy. Boimy się rzeczywistości z nowymi normami kulturowymi, które uznają prawa gejów, otacza nas multi-kulti, narzucana jest nam polityczna poprawność. Boimy się o nasz publiczny wizerunek w świecie, w którym coraz łatwiej zyskać opinię ksenofoba, homofoba czy rasisty. A to wszystko podlane jest gęstym sosem strachu przed terroryzmem. Przesłanie dzisiejszych nacjonalistów i populistów w zderzeniu z tymi lękami pada na podatny grunt. Pozwala politykom zagospodarowywać ten strach, podkręcając w białym wyborcy poczucie, że wszystko, co do tej pory znał, się wali, odbiera mu się jego historyczne status quo. Przekonują go, że antidotum na ten strach stanowi nienawiść i stawianie oporu mniejszościom, imigrantom, innowiercom, słowem tym wszystkim, którzy nie są swoi. Jeżeli do akcji włączą się prawicowe media, co dzisiaj czynią, otrzymujemy odpowiedź, dlaczego tak pchamy się w te objęcia.

Przez jakiś czas Ameryka wydawała się krajem, który skutecznie walczy z nacjonalizmem i rasizmem. Czy w świetle rządów Trumpa i wydarzeń z Charlottesville nie czas zedrzeć z twarzy maskę i szczerze odpowiedzić sobie na pytanie: Kim tak naprawdę jesteś, Ameryko?

To byłby dobry pomysł. Ameryka rzeczywiście uwielbia karmić się opowieściami o sobie, które nie są prawdziwe. Sama wymyśliła - i wciąż usiłuje w to wierzyć - że jest krainą wolności i sukcesu dla każdego, symbolem spełnianych marzeń. To mit. Z jednej strony kreuje się poczucie, że w Ameryce każdy ma szansę, wobec czego ludzie faktycznie wierzą, że mogą tu zdobyć, co im się zamarzy. Z drugiej strony przemilcza kwestię ustawowej nierówności, opresji i dominacji, które de facto odbierają moc sprawczą grupom najbardziej jej potrzebującym: ludziom kolorowym, mniejszościom, imigrantom. W realiach dzisiejszych nierówności, jakie definiują USA, mit ten ma jeszcze mniej racji bytu niż kiedykolwiek.

Za szybko ogłoszono, że wraz z prezydenturą Obamy, pierwszego czarnoskórego prezydenta, Ameryka wkroczyła w epokę postrasową?

Ja nigdy w to nie uwierzyłem. Są w Stanach wielkie masy ludzi, które uważają, że Ameryka to kraj białego chrześcijanina. Kto nie pasuje do tej matrycy, ten się nie liczy. Amerykańska tożsamość to ruchomy obrazek nieustannie ścierających się ze sobą światopoglądów. Politolog Roger Smith z Uniwersytetu Pensylwanii, który zajmuje się jej badaniem, tłumaczy, że historia amerykańskiej tożsamości to opowieść o walczących ze sobą o prymat narracji o rozdzielaniu i łączeniu. Jest ona świetnie udokumentowana przez prace Kongresu. Widzimy okresy wysiłków na rzecz jednoczenia się, egalitaryzmu i po nich okresy sprzeciwu, reakcji. Po wojnie secesyjnej i epoce rekonstrukcji przyszły czasy praw Jima Crowa i rasowa segregacja. Po wygranej batalii o prawa cywilne w 1965 r. pojawili się Nixon i strategia Południa. Można pokusić się o stwierdzenie, że dziś mamy do czynienia z reakcją przeciwko egalitarnemu kosmopolitycznemu światopoglądowi, który zagospodarowywał amerykańską tożsamość przez ostatnie 20-30 lat. Dodaje to otuchy, że prezydentura Trumpa nie sygnalizuje żadnych nieodwracalnych, nienaprawialnych zmian w społecznej tkance Ameryki.

A jednak, jeżeli historia czegoś nas uczy, nie powinniśmy spać zbyt spokojnie. Rządy nacjonalistów i populistów potrafiły kończyć się najgorszymi scenariuszami.

Nie ma się czego bać, dopóki demokratyczne instytucje są w dobrej kondycji i spełniają swoje funkcje. W Ameryce i w krajach Europy Zachodniej wciąż mamy z tym do czynienia - i to dlatego Trumpowi tak bardzo trudno realizować obietnice wyborcze. Drogę zagradzają mu mechanizmy kontroli między poszczególnymi organami władzy, media patrzące mu na ręce, wreszcie demokratyczne normy zakładające usuwanie ze stanowiska polityków, którzy nie wykonują należycie swoich obowiązków. Niebezpieczeństwo zaczyna się wtedy, gdy te mechanizmy i normy są niszczone. Jeśli władza sędziowska przestaje być niezawisła, a media niezależne. Przykro to mówić, ale Polska, wraz z Turcją i Węgrami, to przykład europejskiego państwa, gdzie to niebezpieczeństwo się pojawiło i demokracja się chwieje. Do tego w Polsce, w przeciwieństwie do innych krajów, z ideologią nacjonalizmu i hasłami wykluczania tłumnie identyfikują się dzisiaj ludzie młodzi. Trend na świecie wciąż pozostaje taki, że rasistami i ksenofobami ludzie stają się z wiekiem. Nie można jednak wykluczać, że w Polsce chodzi jeszcze o coś innego - o masową w ostatnich latach emigrację z kraju młodych, którzy być może stanowili w swoim przedziale wiekowym trzon o społecznie progresywnym, proglobalnym punkcie widzenia. Być może gdyby zostali w kraju, statystyki byłyby inne. Niestety, nie ma na ten temat badań.

Co można w nas zmienić?

Za największe wyzwanie stojące dziś przed nami wszystkimi uważam sprawę języka, jakiemu daliśmy przyzwolenie zaistnieć w przestrzeni publicznej, zwłaszcza tego, którym opisujemy nasze frustracje, złość, nienawiść. Język jest bardzo silnym i niebezpiecznym narzędziem, które rodzi faktyczną przemoc. Musimy walczyć z tym, by negatywny przykład przestał płynąć z góry. Nie jest przecież tak, że przestępstwa z nienawiści dotyczą tylko muzułmanów, Latynosów czy Afroamerykanów. W Wielkiej Brytanii to Polacy są imigrantami, którzy zdaniem tamtejszych populistów zagrażają ich rodzimej kulturze i odbierają Brytyjczykom miejsca pracy. Po brexicie to Polacy stali się ofiarami przemocy i dyskryminacji. Naprawa języka będzie dużym krokiem w kierunku rozwoju świadomości, że na polityce włączania korzystamy wszyscy bez wyjątku. Z badań, które prowadzimy, wynika, że tam, gdzie udziela się pomocy potrzebującym, wspiera się mniejszości i walczy z dyskryminacją, powstają społeczeństwa o mniejszych nierównościach na każdym szczeblu społecznego i ekonomicznego życia.

Politycy zagospodarowują strach przed zmianami, podkręcając w białym wyborcy poczucie, że wszystko, co do tej pory znał, się wali, że odbiera mu się jego historyczne status quo. Przekonują go, że antidotum na ten strach stanowi nienawiść i stawianie oporu mniejszościom, imigrantom, innowiercom, tym wszystkim, którzy nie są swoi

@RY1@i02/2017/164/i02.2017.164.000001900.801.jpg@RY2@

fot. Joshua Roberts/Reuters/Forum

Zamieszki w Charlottesville, 12 sierpnia 2017

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.