Zwłoka urzędnika odbija się czkawką
W jakim celu organizowane są przetargi i dlaczego wykonawcy składają w nich oferty? Jeśli komuś odpowiedzi na te pytania wydają się oczywiste, to ma całkowitą rację. Bo przecież oczywiste powinno być, że przetarg jest prowadzony po to, by zawrzeć umowę. I w tym samym celu składane są w nim oferty.
Dlaczego więc piszę te truizmy? Bo ostatnio się znów okazuje, że nie dla wszystkich jest to jasne. Niektórzy z zamawiających z różnych względów wolą nie zawierać umowy z wybranym wykonawcą. A to z jakichś powodów przestaje im się podobać oferta, a to zaczynają podejrzewać, że z przedsiębiorcą coś jest nie tak. No i zaczyna się zabawa w kotka i myszkę. Urzędnicy zwlekają z zawarciem kontraktu, liczą, że może wykonawca zapomni przedłużyć termin umowy, szukają sposobów na unieważnienie przetargu.
Ponieważ ustawa - Prawo zamówień publicznych (t.j. Dz.U. z 2010 r. nr 113, poz. 759 z późń. zm.) nie narzuca żadnych terminów, trwa to czasem miesiącami. Wykonawca w zasadzie niewiele jest w stanie zrobić. Z orzecznictwa Krajowej Izby Odwoławczej wynika bowiem jednoznacznie, że nie uważa się ona za uprawnioną do nakazywania zawarcia umowy. Wyjątkowo zdeterminowany wykonawca może skierować sprawę do sądu powszechnego na ogólnych zasadach z kodeksu cywilnego. Sądy wydawały już wyroki zastępujące umowę o zamówienie publicznego. Tyle że na orzeczenia takie można czekać nawet latami. A po takim czasie kontrakt może już zwyczajnie nie mieć żadnego sensu. Co z tego, że sąd wyda na wiosnę wyrok zastępujący umowę, skoro dotyczyła ona usuwania śniegu zimą?
Rozumiem, że zamawiającym zależy na tym, by ich zlecenia trafiały do firm, które dają gwarancję realizacji inwestycji. Po to jednak jest przeprowadzana cała procedura przetargowa, by zweryfikować kondycję wykonawcy i sprawdzić, czy spełnia stawiane warunki. Nie wolno zwlekać w nieskończoność tylko z tego powodu, że na rynku zaczynają krążyć plotki o pogarszającej się kondycji finansowej zwycięskiego przedsiębiorcy. Inaczej doprowadzimy do sytuacji, kiedy urzędnik będzie autorytatywnie decydował, która firma się mu podoba, a która nie, z którą podpisze kontrakt, a z którą nie.
Owszem, orzecznictwo KIO wskazuje na możliwość powtórnej weryfikacji wykonawcy nawet po wyborze oferty. Jeśli zamawiający otrzyma informację, że sąd ogłosił upadłość zwycięskiego przedsiębiorcy, to ma prawo wykluczyć go z przetargu i wybrać drugą w kolejności ofertę.
Orzecznictwo KIO nie powinno być jednak nadużywane do tego, by przeciągać termin zawarcia umowy, czekając na to, czy firma znajdzie się w tak złej sytuacji, że skończy się to jej plajtą. Każdy przedsiębiorca, który złożył ważną ofertę, ma prawo oczekiwać, że otrzyma zlecenie. Po to angażował czas i pieniądze na przygotowanie oferty, by zdobyć kontrakt. Zamawiający nie ma prawa odmówić mu tego. Nie powinien go też trzymać w niepewności. Firma nie wie bowiem, czy zaciągać nowe zobowiązania i czy rezerwować całe swoje moce na realizację przyrzeczonego kontraktu. Każdy dzień przestoju może zaś powodować straty.
Dlatego też jestem zdania, że przepisy powinny wyznaczać jakiś termin na zawarcie umowy. Chociaż koniec końców wykonawca i tak musiałby szukać sprawiedliwości w sądzie, to jednak ustawowy termin działałby dyscyplinująco na urzędników. Problem mogłoby jedynie nastręczać jego sztywne określenie. W małym, trwającym miesiąc przetargu nawet dwutygodniowa zwłoka to dużo, w skomplikowanym, ciągnącym się latami postępowaniu okres ten nie będzie zaś znaczył nic. Niemniej jednak jakiś termin powinien być w przepisach wskazany.
@RY1@i02/2013/175/i02.2013.175.215000200.802.jpg@RY2@
Sławomir Wikariak dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Sławomir Wikariak
dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu