E-busy: eldorado dla producentów, kłopot dla gmin
PROBLEM Od kiedy rząd postawił na elektromobilność, ceny pojazdów wzrosły - twierdzą samorządowcy. Właśnie toczą batalie z producentami autobusów elektrycznych o najkorzystniejsze warunki zakupu. Nie kryją przy tym, że to nie oni rozdają karty w przetargach
Dla wielu miast ostatnie tygodnie upłynęły na walce o korzystniejsze warunki zakupu pojazdów niskoemisyjnych. Przykładem są Kielce i Sosnowiec. W obu miastach unieważniono przetargi na zakup autobusów elektrycznych i hybrydowych (spalinowo-elektrycznych). Powód? Oferty producentów znacznie przekroczyły zarezerwowane na ten cel środki. A rozbieżności cenowe były duże.
W stolicy Świętokrzyskiego wyniosły aż 10 i 15 mln zł. O tyle bowiem - z 52,5 mln budżetem Zarządu Transportu Miejskiego w Kielcach - rozminęły się wstępne oferty kolejno Solarisa i Volvo na dostawę 25 hybryd. Mniej spektakularne różnice cenowe zadecydowały o unieważnieniu przetargu w Sosnowcu. Miasto chciało kupić trzy autobusy elektryczne za 6 mln zł. Złożone oferty opiewały zaś na sumy wyższe: o ok. 500 tys. w przypadku Solarisa i ok. 800 tys. w przypadku Ursusa. Miastom udało się dobić targu dopiero przy drugim przetargu. I o ile stanowczość Kielc, które nie dorzuciły pieniędzy do budżetu, skłoniła producentów do zejścia z ceny, o tyle w Sosnowcu nie obyło się bez zwiększenia puli środków o ponad 670 tys. zł.
Marian Sosnowski, dyrektor ZTM w Kielcach, nie kryje, że dopiero ceny zaproponowane w drugim przetargu (konkretnie 56 mln zł za 25 hybryd) zbliżyły się do możliwości finansowych miejskiej spółki. Zaznacza jednak, że nawet mimo to w kasie ZTM wciąż brakuje 3,5 mln zł, by sprostać oczekiwaniom producentów.
Zbyt małe budżety i niedokładne szacunki...
Czy przyczyną przetargowego impasu jest nadmierna oszczędność samorządów, czy raczej zachłanność producentów? Jak wynika z rozmów z jednymi i drugimi, obie strony zwyczajnie chcą wynegocjować jak najkorzystniejsze dla siebie warunki.
- Mamy wolny rynek - mówi wprost Mateusz Figaszewski, rzecznik prasowy Solarisa.
Z kolei samorządowcy zarówno z Kielc, jak i Sosnowca otwarcie przyznają, że w swoich budżetach zarezerwowali na ekologiczne pojazdy za małe środki. Podkreślają jednak, że dokładne oszacowanie cen było niemożliwe, bo wstępne wyliczenia pochodzą jeszcze z 2013 r. Wtedy bowiem miasta planowały, o jakie dofinansowania z funduszy UE na ekologiczny transport będą się ubiegać w perspektywie 2014-2020. - Musieliśmy szacować koszty z pewnym wyprzedzeniem, żeby załapać się na unijne środki - wyjaśnia Marek Pikuła, prezes zarządu Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej w Sosnowcu.
Podobnie było w Kielcach. - Jeszcze w 2013 r. zrobiliśmy studium na perspektywę unijną 2014-2020 - mówi Marian Sosnowski z ZTM. - Oszacowaliśmy wtedy zapotrzebowanie na 25 autobusów niskoemisyjnych. Nie precyzowaliśmy jednak, czy mają to być pojazdy napędzane CNG, olejem opałowym czy też o napędzie hybrydowym lub elektrycznym. Zapisaliśmy tylko, że nowy tabor musi spełniać co najmniej warunki emisji Euro6. Teraz postanowiliśmy postawić jeszcze bardziej na ochronę powietrza, więc odpadły nam pojazdy na gaz i olej opałowy. Ostatecznie wybraliśmy autobusy hybrydowe, bo pojazdy elektryczne w ogóle nie mieszczą się w naszych możliwościach finansowych - twierdzi Sosnowski.
...a ceny wzrosły
Kielce nie są jednak jedynym miastem, które zrezygnowało z energetyków na rzecz tańszych opcji, czyli przede wszystkim pojazdów hybrydowych i zasilanych CNG. Na zakup tych pierwszych zdecydowało się też chociażby MPK w Krakowie, które w listopadzie ubiegłego roku zainwestowało w 12 przegubowych hybryd. Z kolei 15 pojazdów zasilanych gazem uzupełni tabor komunikacji miejskiej w Częstochowie. Na dwa pojazdy o takim samym napędzie zdecydowały się również Myślenice i Katowice. Jak się okazuje, za takimi, a nie innymi wyborami stoją najczęściej względy czysto finansowe. Autobusy elektryczne są po prostu za drogie. A do tego - jak przekonują samorządowcy - choćby Piotr Reich z MZK w Toruniu - ich ceny w ostatnim czasie jeszcze wzrosły. Są teraz średnio o kilkaset tysięcy złotych wyższe niż jeszcze przed rokiem, gdy wielu włodarzy przystępowało do wstępnych rozmów z producentami.
- Kiedy w 2015 r. przygotowywaliśmy wniosek o dofinansowanie na zakup niskoemisyjnego taboru, pierwsze przetargi dopiero się odbywały. Ceny kształtowały się wtedy na poziomie od 1,2 do 1,7 mln netto za jeden pojazd - mówi Tomasz Koralewski, kierownik referatu zamówień publicznych w UM we Wrześni, woj. wielkopolskie.
Producenci elektrycznych autobusów żądają teraz wyższych kwot niż przed pierwszymi przetargami. Co ciekawe, samorządowcy twierdzą, że apetyt przedsiębiorców wyraźnie wzrósł po uruchomieniu pieniędzy z obecnej perspektywy unijnej, w której zwiększyła się pula środków na dofinansowanie zakupu tego typu pojazdów. Nie bez znaczenia jest także polityka obecnego rządu, który najchętniej elektrycznymi samochodami uszczęśliwiłby całą Polskę. - W ubiegłym roku zainicjowaliśmy dialog techniczny, w trakcie którego rozmawialiśmy z potencjalnymi dostawcami. Przedstawiali wtedy inne ceny niż obecnie. Oscylowały w okolicach 1,8 mln. zł. Teraz wynoszą już średnio ok. 2 mln zł - mówi Roman Romanów, zastępca dyrektora ds. technicznych w Szczecinku (woj. zachodniopomorskie).ⒸⓅ C3
ok. 15 proc. o tyle średnio wzrosły ceny elektrycznych pojazdów w ciągu ostatnich dwóch lat
85 proc. nawet tyle może wynieść dofinansowanie UE do e-autobusów
Jakub Pawłowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu