Wykonawcy mają dość nierentownych przetargów i chcą pieniędzy od rządu
Zmora postępowań bez rozstrzygnięcia
Firmy budowlane mówią „dość” i nie chcą już realizować zleceń na dotychczasowych zasadach. Efekt? W całym kraju coraz więcej przetargów jest nierozstrzyganych
Przedsiębiorstwa przyznają oficjalnie: rezygnujemy z udziału w postępowaniach, które są dla nas nierentowne. – Nie chcemy już godzić się na kontrakty, w których nie uwzględnia się indeksacji cen. To prosta droga w kierunku utraty rentowności – dodaje Dariusz Blocher, prezes Budimexu, jednej z największych firm budowlanych, notowanej na warszawskiej giełdzie. I dodaje, że w drugim kwartale tego roku firma zanotowała obniżenie rentowności o 41 proc. – Odbija się to na naszej płynności, a to prowadzi w stronę upadłości – wtóruje mu Leszek Gołąbiecki, prezes zarządu Unibep. Nawet giganci branży przyznają, że już ich zwyczajnie nie stać na stawanie w przetargach, gdzie zamawiający przewidział wynagrodzenie poniżej kosztów rynkowych.
Zdaniem firm budowlanych sytuacja w branży pogorszyła się tak bardzo, że potrzebna jest interwencja państwa. Ale, co ciekawe, nie tylko na przyszłość. Żądają, by rząd przeznaczył dodatkowe 10 mld zł na dotychczasowe inwestycje. Chcą po prostu rekompensaty poniesionych strat z tytułu kontraktów zawartych na niekorzystnych warunkach.
– Albo rząd dopłaci taką kwotę do realizowanych zamówień publicznych, albo dojdzie do fali bankructw w budowlance – nie owijają w bawełnę przedstawiciele Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.
Ramka 1
Plaga unieważnień. Oto fakty
Unieważnianie przetargów dotyczy bardzo często inwestycji infrastrukturalnych realizowanych przez publiczne podmioty. W branży kolejowej, jak deklarują generalni wykonawcy, taka sytuacja ma miejsce już przy wszystkich przetargach, a w przypadku drogowej – dotyczy to ich połowy.
Przykładem może być kontrakt na budowę i rozbudowę dróg 681 i 682 na Podlasiu. W pierwszym przetargu zgłoszono cenę 150 mln zł. Został unieważniony, bo kwota o 20 proc. przekroczyła budżet inwestora. W drugim konkursie zamawiający znacznie ograniczył zakres prac, a mimo to cena podskoczyła do 200 mln zł.
Podobnie było przy wyłanianiu generalnego wykonawcy przez Podkarpacki Zarząd Dróg Wojewódzkich, który ogłosił, że chce rozbudować drogi nr 865 Jarosław – Bełżec, nr 895 Solina – Myczków i DW-894 Hoczew – Polańczyk. Na pierwszą z inwestycji przeznaczył 24,2 mln zł. Najtańsza oferta przekracza budżet ponad dwukrotnie. Najdroższa niemal trzykrotnie. Na realizację dwóch kolejnych odcinków Podkarpacki Zarząd Dróg Wojewódzkich przewidział w sumie 46,7 mln zł – dwa i pół razy mniej niż wyniósł kosztorys biorących udział w przetargach firm.
Unieważnianie przetargów to problem nie tylko dla zlecających (którzy muszą liczyć się z kosztami związanymi z ogłoszeniem kolejnego postępowania). To kłopot także dla wszystkich startujących, którzy stając do przetargu, też ponoszą koszty przygotowania. – Dla przykładu opracowanie projektu dla inwestycji infrastrukturalnej o wartości 300 mln zł wymaga nakładów rzędu 200–300 tys. zł. Brak rozstrzygnięcia oznacza, że pieniądze te się marnują – wyjaśnia Jakub Chojnacki, członek zarządu spółki PORR, dyrektor finansowy. ©℗
Kłopoty z inwestycjami
Przetargi kończące się fiaskiem to choroba, która rozlewa się po całej Polsce. Kosztowna zmora firm i zamawiających. Polski Związek Pracodawców Budownictwa przyznaje, że takich nieudanych przetargów infrastrukturalnych jest coraz więcej. Najwięcej na rynku drogowym i kolejowym. Przykłady?
Niedawny olsztyński przetarg na rozbudowę linii tramwajowej. Oferty złożyły trzy firmy. Ale wszystkie znacząco wyższe, niż przewidywał oficjalny kosztorys. – Nasza propozycja w zakresie kosztów wykonania inwestycji była dwa razy wyższa, niż zakładał budżet zleceniodawcy. Najtańsza oferta opiewała natomiast na kwotę o 60 proc. większą niż ta wyliczana przez zleceniodawcę – opowiada Wojciech Trojanowski, członek zarządu Strabag.
Inny przykład, dosłownie z ostatnich tygodni: 18 lipca miasto Wrocław unieważniło przetarg na budowę trasy tramwajowej. Złożone oferty znacznie przewyższały kwotę, jaką na tę inwestycję zamierza wydać magistrat. Budżet zamawiającego to 177,9 mln zł brutto. Tymczasem najtańsza oferta wykonawcy opiewała na ponad 301 mln zł. Pikanterii dodaje fakt, że to już kolejny unieważniony przetarg na budowę tej linii. Przykłady można mnożyć (patrz ramki).
Ale to nie wszystko. Coraz częściej firmy budowlane rezygnują też z podpisania kontraktów po wygraniu przetargów, bo warunki ich realizacji zmieniły się tak bardzo w czasie od momentu złożnia ofert do rozstrzygnięcia postępowania, że nie opłaca im się realizować projektu za zgłoszoną wcześniej cenę. Tak było niedawno w przypadku przetargu na budowę trasy S3 w województwie dolnośląskim, od Kamiennej Góry do granicy z Czechami. Budimex, który przedstawił najniższą ofertę, uznał, że nie przedłuży jej ważności. Jak wyjaśnia: wolał zrezygnować niż dopłacać.
Ramka 2
Samorządy też dotyka ten problem
Rosnąca liczba nierozstrzygniętych lub odwołanych przetargów to coraz większy problem także dla samorządów. Zdarza się, że nikt nie składa oferty albo zgłasza się tylko jeden potencjalny wykonawca, który proponuje cenę znacząco wyższą od przeznaczonego budżetu. W efekcie wiele zaplanowanych przez samorządy inwestycji staje pod znakiem zapytania.
• Zamość. Od początku roku urząd miasta ogłosił 33 postępowania na roboty budowlane. Dotychczas zakończyło się 31 z nich, z czego osiem zostało unieważnionych ze względu na brak ofert lub cenę znacznie przekraczającą budżet miasta. Dla porównania: w analogicznym okresie ubiegłego roku ogłoszono 21 postępowań, z których rozstrzygnięto 16, w tym trzy zostały unieważnione. – W 2018 r. nastąpił wzrost liczby zadań inwestycyjnych w stosunku do roku ubiegłego ze względu na pozyskanie ze źródeł zewnętrznych środków na współfinansowanie tych zadań. To z kolei przełożyło się na wzrost postępowań na roboty budowlane, a w konsekwencji również na wzrost unieważnianych postępowań – dodaje Małgorzata Strzępek z wydziału inwestycji miejskich i zamówień publicznych w Urzędzie Miasta Zamość.
• Rzeszów. Tu sytuacja jest jeszcze gorsza. Do tej pory urząd miasta musiał unieważnić 42 spośród 120 ogłoszonych w tym roku postępowań na wykonanie robót budowlanych. W całym ubiegłym roku taką decyzję podjął w stosunku do 36 ogłoszonych postępowań.
• Bydgoszcz. W tym roku miasto ogłosiło 43 przetargi (powyżej 30 000 euro), z czego 14 jest w toku. W pięciu przypadkach nie udało się ich rozstrzygnąć. – Takie przypadki zdarzają się na pewno częściej niż w ostatnich latach – potwierdza Marta Stachowiak, rzecznik prasowy urzędu miasta.
• Inne miasta. O problemie mówi coraz więcej miast. Częstochowa wyliczyła, że liczba unieważnionych przetargów wzrosła w porównaniu do ubiegłego roku aż o 30 proc. – Największy problem zauważamy przy inwestycjach drogowych. Przy kontraktach niższej wartości zdarza się, że nie wpływa żadna oferta. Mieliśmy już też takie przetargi, w których złożone oferty dwu-, a nawet trzykrotnie przewyższały kosztorys. Firmy drogowe najchętniej zgłaszają się do największych przetargów – mówi Rafał Łysiak, naczelnik wydziału inwestycji miejskich Świnoujścia. ©℗
Firmy potwierdzają
Aktywne na rynku zamówień publicznych firmy budowlane zgodnie potwierdzają, że liczba przetargów kończących się fiaskiem rośnie. Z każdym tygodniem, jak mówią, przybywa przetargów, które są anulowane lub nie znajdują rozstrzygnięcia.
– Złożyliśmy w tym roku 250 ofert na realizację inwestycji. Około 20 proc. z tych przetargów zostało unieważnionych. W 10 przypadkach zaproponowaliśmy zamawiającemu najkorzystniejszą ofertę spośród wszystkich startujących firm – wyjaśnia Dariusz Blocher, prezes Budimexu.
Strabag podlicza natomiast, że od początku roku wziął udział w unieważnionych przetargach na łączną kwotę 0,5 mld zł. – Mowa tylko o tych, w których nasza oferta była najkorzystniejsza dla inwestora. Dotyczyły one zarówno budownictwa infrastrukturalnego, jak i kubaturowego, czyli realizacji obiektów użyteczności publicznej – tłumaczy Wojciech Trojanowski, członek zarządu Strabag.
Także spółka PORR przyznaje, że wzięła udział w kilku unieważnionych przetargach.
– Jeszcze w poprzednim roku takie sytuacje były sporadyczne. Dziś już nie można ich tak określić – podkreśla Jakub Chojnacki, członek zarządu spółki PORR, dyrektor finansowy.
Dlaczego postępowania kończą się fiaskiem
Co jest powodem unieważniania przetargów? Przede wszystkim rozbieżność między kwotami podawanymi przez zamawiającego i oferentów. A kiedy cena zaproponowana w kosztorysie przez inwestora okazuje się znacząco odbiegać od tej zaoferowanej przez generalnych wykonawców startujących w przetargu na kontrakt – zamawiający po prostu coraz częściej unieważniają przetarg.
Generalni wykonawcy przyznają, że wyciągają wnioski z doświadczeń z ostatnich lat i po prostu przestają walczyć o nowe zlecenia wyłącznie ceną. Przygotowując ofertę i kalkulując jej koszt, coraz częściej uwzględniają wszelkie potencjalne ryzyka. Nie chcą doprowadzić do tego, by wygrane przez nich kontrakty okazały się za parę miesięcy nieopłacalne. A taki problem mają obecnie nierzadko w przypadku kontraktów pozyskanych w poprzednich latach.
– Dziś zdajemy sobie sprawę, że trzeba przewidzieć przyszłość na dwa-trzy lata naprzód. Tyle bowiem często trwa realizacja przedsięwzięcia, zwłaszcza na rynku drogowym. Nie bierzemy już zatem udziału w takich przetargach, w których ustalane są zbyt wysokie kary za niedotrzymanie warunków umowy, a wymagany termin realizacji inwestycji jest mało realny z naszego punktu widzenia – podkreśla Wojciech Trojanowski ze Strabagu. – Problem w tym, że budżety inwestorskie są ustalane w oparciu o przeszłość, a nie przyszłość – mówi Trojanowski.
Firmy budowlane zaprzeczają przy tym oskarżeniom, że robią skok na kasę. Taka opinia w ostatnim czasie pojawiła się na rynku. Według niej przetargi nie są rozstrzygane, bo firmy na nowych kontraktach chcą odrobić straty, jakie ponoszą na starych, kiedy nie uwzględniały potencjalnego ryzyka. – Wycenę przygotowujemy na podstawie aktualnych kosztów. Do tego dorzucamy 2-3 proc. rentowności i 3 proc. rezerwy na inflację – odpiera zarzuty prezes Budimexu Dariusz Blocher.
Mało chętnych
Kolejny powód nierozstrzygniętych postępowań o zamówienie publiczne to zbyt mała liczba startujących oferentów. Tak było w konkursie na remont torów z Łap do Ostrołęki.
– Widzimy, że coraz częściej jest tak, że jesteśmy jedynymi oferentami w przetargach – podkreśla Wojciech Trojanowski za Strabagu, dodając, że ma wrażenie, że najczęściej rezygnują małe i średniej wielkości firmy.
– Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, to do końca tego roku w przetargach będą startowały nawet nie dwie-trzy firmy, ale tylko jedna bądź żadna – wtóruje mu Anna Mroczek, wiceprezes zarządu, dyrektor finansowy w spółce ZUE. Jej zdaniem powodem tego, że firmy nie garną się do przetargów, jest często brak zabezpieczeń w wysokości wymaganej przez zamawiających. Jak wylicza, w obecnej unijnej perspektywie finansowej na inwestycje kolejowe jest do wykorzystania 67 mld zł. Co oznacza, że tylko na gwarancje dla generalnych wykonawców rynek finansowy powinien zabezpieczyć prawie 14 mld zł. – Tymczasem instytucje finansowe nie dysponują takimi limitami, a dodatkowo ograniczają je dla branży budowlanej, która jest oceniana jako coraz bardziej ryzykowna.
Rosnący problem z gwarancjami ma nie tylko bankowe podłoże. – Gwarancje zwrotu zaliczek jesteśmy zobowiązani dawać w kwocie brutto, podczas gdy od 1 lipca nie dotkniemy pieniędzy z VAT ze względu na mechanizm podzielonej płatności. Jednocześnie musimy utrzymywać zabezpieczenie ich zwrotu aż do wykonania 80 proc. wartości kontraktu – podkreśla Anna Mroczek. – Dodatkowo w momencie, kiedy jako wykonawcy potrzebujemy materiałów budowlanych, mamy blokowane kredyty kupieckie, bo branża budowlana jest traktowana jako ryzykowna. Problem w szczególności dotyczy polskich firm, które nie mają poręczeń zagranicznych właścicieli – dodaje dyrektor finansowy w spółce ZUE.
Widmo porzuconych budów
Część (a jest ich coraz więcej) wykonawców zastanawia się poważnie, czy nie zejść z rozpoczętej już budowy. I to pomimo ryzyka zapłaty kar. Chodzi o zlecenia przyjęte rok czy półtora roku temu, których dziś firmom nie opłaca się realizować z powodu wzrostu kosztów materiałów budowlanych czy robocizny. Ale jeśli kara umowna wynosi 10 proc., a przewidywane straty są większe, to trudno się dziwić, że firmy rozważają taką możliwość – mówią nam przedstawiciele branży. Problem ten dotyczy głównie inwestycji publicznych, ale to właśnie one stanowią ponad połowę produkcji budowlano-montażowej.
Strabag nie kryje, że w tym roku były już przypadki rozwiązania kontraktów, ale, jak podkreśla Wojciech Trojanowski, na drodze ugodowej. Powody były różne: wzrost kosztów realizacji zlecenia, niemożność dopłaty przez zleceniodawcę do realizacji projektu czy konieczność zmiany projektu, przez co jego wykonanie we wskazanym terminie nie było możliwe.
Budimex podkreśla, że nie był jeszcze w takiej sytuacji, ale wszystko przez firmą.
– Staramy się unikać takiego rozwiązania. Konsekwencje z tego tytułu dla generalnych wykonawców są bardzo dotkliwe. Nie polegają tylko na konieczności zapłacenia kar finansowych czy utracie gwarancji dobrego wykonania, którą należy wnieść po podpisaniu umowy, a która sięga do 10 proc. wartości inwestycji. Oczywiście zawsze można dochodzić jej zwrotu na drodze sądowej. Procesy trwają jednak latami – wyjaśnia Dariusz Blocher. Dodaje, że wśród innych konsekwencji jest wykluczenie z rynku zamówień publicznych czy pogorszenie relacji z inwestorem, dla którego z reguły realizuje się więcej niż jedną inwestycję.
Wołanie o ratunek
Branża alarmuje, że sytuacja jest katastrofalna, zwłaszcza wśród firm, które realizują duże inwestycje infrastrukturalne. I mówią wprost: albo rząd dopłaci do realizowanych zamówień publicznych 10 mld zł, albo dojdzie do fali bankructwa w budowlance
Jak wylicza Polski Związek Pracodawców Budownictwa, zastrzyk w postaci 10 mld zł dołożonych przez rząd do podpisanych w ostatnich dwóch latach kontraktów mógłby poprawić sytuację w branży. Uratować wiele firm przed upadkiem z powodu konieczności realizacji nierentownych kontraktów. Taką propozycję PZPB niedawno złożył ministrowi infrastruktury Andrzejowi Adamczykowi, dodając przy tym, że nie da dokończyć tych kontraktów bez uszczerbku dla finansów firm. Ceny, po jakich były kalkulowane, wzrosły nawet o 30 proc. Teraz PZPB czeka na odpowiedź ministerstwa w tej sprawie.
Konieczność wprowadzenia rozwiązań dostrzegają też Federacja Przedsiębiorców Polskich i KUKE, uważając, że rynek inwestycji publicznych – zamawiający i wykonawcy – potrzebuje pilnych rozwiązań legislacyjnych.
Resort pracuje, ale milczy
Do czasu zamknięcia tego numeru TGP resort infrastruktury nie odpowiedział, czy się przychyli do propozycji branży. Z naszych ustaleń wynika jednak, że po fiaskach rozmów z Ministerstwem Infrastruktury branża budowlana szuka pomocy w resorcie technologii i przedsiębiorczości. W ubiegłym tygodniu doszło do pierwszego spotkania resortu z przedstawicielami branży. To daje nadzieję firmom budowlanym na to, że proponowane przez nią rozwiązania, które nie znalazły uwagi innych ministerstw, znajdą wreszcie poparcie i zostaną wdrożone. W najbliższych dniach branża ma dostarczyć resortowi komplet wypracowanych dotąd rozwiązań.
Z relacji przedstawicieli branży z tych rozmów wynika jednak, że urzędnicy przyglądają się rozwiązaniom, które miałyby wyjść naprzeciw oczekiwaniom firm budowlanych – przede wszystkim tych, które realizują kontrakty publiczne – na budowę dróg czy remonty torów.
Przedstawiciele branży mówią, że w jednym z rozwiązań, które były dyskutowane – są płatności tymczasowe. Teraz firmy otrzymują zapłatę po wykonaniu określonego etapu prac. Pomysł jest taki, by otrzymywały ją znacznie wcześniej. To miałoby spowodować, że przedsiębiorcy nie będą tracić płynności finansowej.
Resort infrastruktury nie wyklucza także możliwości zawierania ugody w sytuacji, kiedy firma poniosła na kontrakcie rażącą stratę. W ocenie Barbary Dzieciuchowicz, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa, to rozwiązania, które mogą iść w dobrym kierunku.
Ramka 3
Zła kondycja widoczna w statystykach
Pogarszanie się stanu finansowego branży budowlanej od pewnego czasu potwierdzają rozmaite analizy, opracowania, a nawet niedawny raport NIK.
Rośnie liczba bankrutów. Z danych Coface wynika, że w pierwszym kwartale tego roku upadłość ogłosiło już 35 firm – o dwie więcej niż przed rokiem. Po drugim kwartale roku było już 73 bankrutów w branży – o pięciu więcej niż rok temu. Eksperci dostrzegają też stały wzrost liczby firm budowlanych, które wchodzą w postępowanie upadłościowe lub naprawcze.
O tym, że w branży jest źle, świadczy też rosnące zadłużenie. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że w ciągu pół roku przyrost liczby niesolidnych dłużników z sektora budowlanego gwałtownie przyspieszył. Firm opóźniających płatności rat kredytów oraz faktur kontrahentów przybyło o 7,5 tys., czyli o ponad 23 proc.
– Dla porównania w zeszłym roku przez dziewięć miesięcy pojawiło się w naszych bazach 329 nowych niesolidnych przedsiębiorstw budowlanych – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor, dodając, że suma przeterminowanych zobowiązań zwiększyła się w ciągu ostatniego pół roku o 468 mln zł, czyli jedną dziesiątą. Dziś sięga ponad 4,5 mld zł.
Na pogarszającą się kondycję sektora zwraca też uwagę Krajowy Rejestr Długów Biura Informacji Gospodarczej, który sprawdził zadłużenie spółek notowanych na warszawskiej giełdzie. Liderem w ujęciu sektorowym okazała się branża budowlana, która w gronie 57 spółek z GPW notowanych w Krajowym Rejestrze Długów tym razem ma aż 17 przedstawicieli (poprzednio 13) z łącznym długiem w wysokości 16 mln zł (poprzednio 9,4 mln zł). Obecnie budowlanka ma ok. 30-proc. udział w liczbie dłużników oraz ponad 42 proc. udziału w łącznym zadłużeniu wszystkich dłużników notowanych na GPW. Rosnące problemy w branży budowlanej pokazuje również najnowsza edycja cokwartalnego badania „Portfel należności polskich przedsiębiorstw”. W pierwszym kwartale 2018 r. Indeks Należności Przedsiębiorstw liczony dla budownictwa spadł z 87,8 do 83,4 pkt. To oznacza, że skala problemów z zatorami płatniczymi w tej branży jest największa od połowy 2015 r. ©℗
Co jeszcze proponuje branża
Propozycji jest więcej. Firmy liczą nie tylko na doraźne rozwiązania, które zabezpieczą ich interesy. Walczą jednocześnie o wprowadzenie realnej waloryzacji kontraktów, czyli takiej, która uwzględni faktyczny wzrost cen. – Wprawdzie od prawie czterech lat są one waloryzowane, ale obecnie stosowany mechanizm nie uwzględnia faktycznych wzrostów kosztów – twierdzą budowlańcy. Opiera się on bowiem na publikowanym przez Główny Urząd Statystyczny wskaźniku „Cen robót budowlano-montażowych i obiektów budowlanych”. Według firm błąd tkwi w metodologii liczenia tego wskaźnika, bo opiera się on na kontraktach z ceną ryczałtową. Problem w tym, że de facto nie uwzględnia on wzrostu realnych kosztów, jakie ponosić muszą wykonawcy, a uwzględniane dane są mocno historyczne. Wykonawcy raportują bowiem ceny materiałów wykorzystywanych do realizacji inwestycji po cenach ich sprzedaży, czyli z dnia ich zakontraktowania po zawarciu umowy na wykonanie prac. Jeśli później ponieśli straty na tym zakupie – nie jest to odzwierciedlane w danych.
– Jak nieefektywna w praktyce jest ta metoda, przekonaliśmy się na własnej skórze. W 2016 r. zawarliśmy kontrakt na budowę zbiornika retencyjnego w Rostokach. Współfinansującym jest Bank Światowy. Dzięki temu kontrakt jest waloryzowany w oparciu o index Sekocenbud, który od 25 lat zajmuje się zbieraniem cen z rynku budowlanego. Od czasu zawarcia kontraktu nastąpiła jego waloryzacja o 9 proc. Dla porównania w przypadku kontraktu, zawartego w tym samym czasie, waloryzowanego w oparciu o wskaźnik GUS, wskaźnik wyniósł 0,25 proc. – wylicza Jakub Chojnacki.
Przedstawiciele GUS przyznają, że trzeba opracować lepszy branżowy wskaźnik, ale jak zaznaczają, może to potrwać nawet dwa-trzy lata.
– Lepszym rozwiązaniem byłoby ustalanie wskaźnika waloryzacji na podstawie aktualnie podpisywanych przez firmy kontraktów lub inflacji konsumenckiej – podpowiada Wojciech Trojanowski ze Strabagu.
Z kolei Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, uważa, że lepszym rozwiązaniem niż waloryzacja z wykorzystaniem wskaźników GUS byłoby stworzenie indeksu waloryzacyjnego przy Urzędzie Zamówień Publicznych, który byłby uaktualniany raz na miesiąc czy dwa. Jego celem byłoby przewidywanie tendencji w tych obszarach, w których generalnym wykonawcom, ale także zamawiającym, trudno to zrobić we własnym zakresie.
Ramka 4
Inwestorzy zwlekają. Pytanie dlaczego
Inny problem, z którym muszą mierzyć się w tym roku generalni wykonawcy, to przeciągające się w czasie przetargi. O ile w roku ubiegłym od czasu ogłoszenia oferty do podpisania umowy upływały z reguły trzy miesiące, o tyle w bieżącym roku mija sześć, a niekiedy nawet dziewięć. Staje się to coraz bardziej nagminne, jak zaznaczają firmy budowlane, w przypadku przetargów kolejowych. Inwestorzy nie chcą oficjalnie mówić, dlaczego tak się dzieje. Nieoficjalnie przyznają, że chodzi o pieniądze. Mają często problem z ich pozyskaniem, przez co rozstrzygnięcie przetargu się przedłuża. W efekcie oferta traci na ważności, bo drożeje jej wykonanie.
Spółka PORR miała kilka takich przypadków, w których po trzech miesiącach inwestor zwrócił się do niej z prośbą o przedłużenie ważności złożonej oferty. – My jesteśmy jednak w stanie zrobić to warunkowo, uwzględniając wzrost kosztów, który w tym czasie nastąpił. Wiadomo, że w przypadku przetargów publicznych takie rozwiązanie nie wchodzi w grę. Dlatego ostatecznie nie dochodzi do zawarcia kontraktu. W latach ubiegłych takie sytuacje należały do wyjątków – mówi Jakub Chojnacki ze spółki PORR.
Umowy z podobnych powodów nie zawarła w tym roku także spółka Unibep. – Na szczęście nie dotyka nas ta sytuacja w dużym stopniu. To zasługa tego, że koncentrujemy się przede wszystkim na kontraktach komercyjnych. Stanowią one 80 proc. naszego portfela. Na tym rynku inwestorzy są bardziej skłonni do waloryzacji kontraktów. Im też zależy na ich dokończeniu. Poza tym nie są na sztywno związani ofertą – zauważa Leszek Gołąbiecki, prezes zarządu Unibep. Dodaje, że w tym roku dochodzi także do przypadków, w których spółka wygrywa przetarg, czyli podpisuje umowę na realizację, choć była dopiero piątym czy szóstym oferentem pod względem atrakcyjności złożonej oferty. To pokazuje, że ci pierwsi odmówili, bo czas oczekiwania na zawarcie umowy był tak długi, że ich propozycja straciła na ważności – stała się dla nich nieopłacalna.
– Na jednym biegunie mamy zamawiającego, który przez wiele miesięcy przygotowuje postępowanie, a dopiero po kilku czy nawet kilkunastu następnych miesiącach dokonuje wyboru oferty. Na drugim zaś biegunie jest wykonawca, którego oferta w momencie wyboru nie przystaje do realiów rynkowych za sprawą dynamicznego wzrostu cen materiałów i usług. Dodatkowo w okresie między złożeniem oferty i zawarciem umowy pojawiają się liczne nowe ryzyka, jak chociażby zmiany w przepisach czy coraz bardziej dotkliwy deficyt pracowników, szacowany w branży budowlanej na 150–200 tys. pracowników – dodaje Paweł Nogalski, wiceprezes zarządu, dyrektor ds. finansowych, Trakcja PRKiI. ©℗
Większe zaliczki, niższe gwarancje
Branża proponuje też zwiększenie zaliczek przekazywanych przez inwestorów generalnym wykonawcom na poczet realizacji projektu. Z reguły wynoszą one 10 proc. kosztów. Sytuacja zdaniem branży poprawiłaby się, gdyby zwiększyły się do 15–20 proc.
Zdaniem FPP konieczne są też zmiany dotyczące wysokości gwarancji dobrego wykonania, których muszą udzielać obecnie generalni wykonawcy. Zgodnie z prawem inwestorzy mogą zażądać jej na poziomie do 10 proc. inwestycji. Oczywiste jest, że stosują najczęściej maksymalny poziom. – Obniżenie gwarancji o połowę uwolniłoby pokaźne zasoby gotówki u wykonawców, co pozwoliłoby im poprawić płynność finansową – mówi Marek Kowalski.
Nie będzie reakcji, będzie armagedon
Eksperci ostrzegają: jeżeli nie podejmie się szybko działań, jeśli nie będzie systemowego wsparcia, to grozi nam ponownie lawina bankructw. To zaś uderzy rykoszetem w zamawiających, realizacja licznych programów inwestycyjnych może być zagrożona
– Wygląda na to, że grozi powtórzenie sytuacji sprzed lat, gdy doszło do upadłości wielu firm budowlanych, a do spłaty zaległych należności dla wykonawców konieczne było przyjęcie specjalnej ustawy. W końcu i tak to sektor publiczny poniósł znaczną część kosztu tamtego kryzysu – nie tylko w postaci zapłaty zaległości, lecz także osłabienia potencjał firm budowlanych, co przyniosło spadek wpływów podatkowych. Mądrzejszy o tamtą lekcję prawodawca powinien przygotować rozwiązanie, które zapobiegnie drugiej fali upadłości w ciągu 10 lat – wskazuje Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich.
Przypomnijmy, że w latach 2012 i 2013 upadało ponad 100 firm rocznie. Obecnie organizacje branżowe rozpoczęły cykl spotkań diagnozujących sytuację firm budowlanych – zwłaszcza części objętej zamówieniami publicznymi.
O złej sytuacji w branży alarmuje też Najwyższa Izba Kontroli. Powstał w tym roku raport na temat branży budowlanej, a dokładnie ponad miliarda złotych strat, które poniosło państwo przez zaniedbania GDDKiA w latach 2011–2016. Przedstawiciele NIK zauważyli przy tym, że trudna sytuacja na rynku budowlanym z lat 2010–2012, gdy wiele firm borykało się z problemami finansowymi, a część wręcz upadło – może się obecnie powtórzyć. Na rynku wystąpiły pierwsze symptomy kryzysu: kumulacja inwestycji budowlanych, wywołana m.in. koniecznością wykorzystania środków z UE przeznaczonych na inwestycje drogowe, wzrost cen materiałów budowlanych i usług oraz brak ludzi do pracy. Dlatego NIK sugeruje, aby przeanalizować błędy popełnione w latach 2008–2012, co może uchronić rynek przed kolejnym kryzysem.
– Naszym zdaniem potrzebne jest rozwiązanie systemowe, czyli takie, które uczciwie podzieli ryzyka pomiędzy firmą budowlaną i zamawiającym. Szczególnie że dopiero ruszyły przetargi współfinansowane ze środków unijnych. Trzeba więc zadbać o przyszłość – konkluduje Marek Kowalski, przewodniczący FPP. ©℗
Rosną koszty i liczba bankructw
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu