Jest okrągły stół, ale do porozumienia daleko
Rafał Bałdys-Rembowski: Trzeba zacząć działać i to systemowo. Inaczej nastąpi fala bankructw w branży albo staną roboty budowlane współfinansowane ze środków UE
Rośnie liczba nierozstrzyganych przetargów publicznych. Czy to oznacza, że branża mówi „dość” realizacji kontraktów na proponowanych zasadach?
W ostatnim czasie doszło do kumulacji problemów, z jakimi boryka się branża budowlana. Nie po raz pierwszy. Mowa nie tylko o tych problemach makroekonomicznych, lecz także o barierach stworzonych przez zmianę przepisów prawnych w ostatnich dwóch latach. To wszystko sprawia, że kondycja sektora jest dziś coraz gorsza, a sytuacja – trudna. Szczególnie że boryka się on ze stałym wzrost cen we wszystkich kategoriach – sama robocizna podrożała o 20 proc. rok do roku, na co duży wpływ mają rosnące wynagrodzenia, koszty podwykonawstwa wzrosły o 20 do nawet 100 proc. w przypadku robót wodno-kanalizacyjnych, a ceny materiałów budowlanych – nawet o 30 proc. Kontrakty zawarte dwa lata temu, po cenach, które wówczas obowiązywały na rynku, są dziś niemożliwe do wykonania z minimalną choćby marżą. Co więcej, branża donosi, że w niektórych przypadkach firmy będą musiały wręcz do nich dopłacić. Nie można się więc dziwić, że przybywa tych wykonawców, którzy mówią „dość”. Zwłaszcza że wciąż dominującym trybem realizowania kontraktów na rynku zamówień publicznych jest „zaprojektuj i wybuduj”. Oznacza on w praktyce nic innego jak to, że roboty budowlane ruszają najwcześniej po roku od zawarcia umowy, kiedy rzeczywistość gospodarcza jest już inna. Dlatego firmy, by dyskontować straty mogące wystąpić na starych kontraktach, podnoszą ceny wykonawstwa nowych lub rezygnują z zawarcia umowy, bo dochodzą do wniosku, że nie jest to dla nich opłacalne. Efekt jest taki, że przetargi coraz częściej nie są rozstrzygane.
Nie można się też dziwić firmom, że proponują wyższe ceny na realizację nowo pozyskiwanych kontraktów. Zwłaszcza na rynku inwestycji publicznych. Tu inwestorzy scedowali na generalnych wykonawców już niemal wszystkie ryzyka związane z wykonaniem projektu. A warto podkreślić, że ryzyka kontraktowe potrafią sięgać nawet 30 proc. ceny. Do tego dochodzą rosnące koszty wykonania inwestycji. W związku z tym za sytuację panującą na rynku odpowiadają w dużej mierze sami inwestorzy.
Czy można już mówić o kryzysie w branży?
Można na pewno mówić o momencie krytycznym, w którym albo nastąpi jakieś urealnienie cen trwających kontraktów publicznych, albo ruszy lawina upadłości, postępowań układowych i restrukturyzacyjnych.
Stracą na tym jednak nie tylko wykonawcy, lecz także inwestorzy. Ryzyko schodzenia z budowy przez firmy jest bowiem realne. Dla inwestora oznacza to nie tylko konieczność rozpisania nowego przetargu na dokończenie projektu i to już po znacznie wyższej cenie. Konsekwencje mogą być dużo dalej idące. Może być tak, że wiele inwestycji kolejowych i drogowych nie da się ukończyć zgodnie z harmonogramem ustalonym przez Komisję Europejską przy wydatkowaniu środków z bieżącej perspektywy. To natomiast może rodzić problemy z przekazywaniem kolejnych transz pieniędzy z UE na te projekty.
Jakie działania podejmuje branża, by ratować sytuację?
Staramy się współpracować z rządem przy znalezieniu najlepszych rozwiązań do naprawy sytuacji. Niestety nie ma woli po obu stronach. Co prawda, jakiś czas temu doszło do powołania Rady Ekspertów, której celem było wypracowanie warunków kontraktów korzystnych dla obu stron: zamawiającego i wykonawcy. W czerwcu zeszłego roku prace się zakończyły, czyli zostały wypracowane rekomendacje. Niestety nie ujrzały one światła dziennego. Podobny los spotkał pomysł wprowadzenia regulacji dotyczących standardowego roszczenia, nad czym pod koniec I kwartału tego roku ruszyły prace w Ministerstwie Infrastruktury w ramach Rady Ekspertów. Miało być to rozwiązanie skłaniające do rozwiązywania roszczeń generalnych wykonawców wobec inwestorów w drodze ugody przedsądowej. Planowano określenie okoliczności, procedur i wymaganych dokumentów, które strony miałyby każdorazowo przygotowywać w przypadku wystąpienia znacznego wzrostu cen. W ten sposób powstałyby standardy postępowania, co wpłynęłoby pozytywnie na tempo rozstrzygania tych sporów: w zamierzeniu miałyby być rozstrzygane w trakcie realizacji inwestycji, a nie 10 lat po jej ukończeniu. Resort zerwał jednak rozmowy z branżą w tej sprawie. Najwięcej obiekcji dotyczących poprawności tego rozwiązania miała Prokuratoria Generalna Rzeczypospolitej Polskiej. Dodam, że nie wymagałoby ono zmian w prawie.
Czy zatem nie ma szans na porozumienie?
Nie poddajemy się. W ubiegłym tygodniu doszło do okrągłego stołu z branżą w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii. Jesteśmy po pierwszych rozmowach. Na razie ustaliliśmy, że przekażemy resortowi wszystkie dotychczas opracowane z innymi ministerstwami rozwiązania, które nie znalazły ostatecznie poparcia i nie weszły w życie.
Oprócz tego jesteśmy po rozmowach z GUS, który zgodził się opracować nową instrukcję do metody waloryzacji cen na rynku robót montażowo-budowlanych. Plan jest taki, by odzwierciedlały faktyczną, a nie niegdysiejszą sytuację na rynku.
fot. Materiały prasowe
Rafał Bałdys-Rembowski wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu