Dziennik Gazeta Prawana logo

Z roku na rok coraz więcej w ręce obywateli

1 kwietnia 2016

W dużej mierze to efekt mody i nacisku mieszkańców, by oddawać do ich dyspozycji pieniądze z lokalnych budżetów. Miasta przeznaczają na to miliony złotych

Przykładowo w Katowicach tegoroczny budżet obywatelski, podobnie jak w poprzedniej edycji, wynosi 20 mln zł. - Jest to wynik jednego z postulatów wyborczych prezydenta Katowic Marcina Krupy, który zapowiedział jego dwukrotne zwiększenie. W wyniku wygenerowania przez miasto oszczędności przy realizacji zadań w 2015 r. oraz dodania do tego środków niewykorzystanych przez mieszkańców w głosowaniu kwota ta zwiększyła się w tegorocznej edycji o prawie 2 mln zł - mówi nam Maciej Stachura z katowickiego Urzędu Miasta.

Wrocław zapowiada, że kwota oddana w ręce mieszkańców będzie rosła. - Zaczęliśmy od 3 mln zł w pilotażowym 2013 r., obecnie mamy 25 mln zł. W kolejnym roku ta kwota powinna być większa - deklaruje Bartłomiej Świerczewski, dyrektor biura ds. partycypacji społecznej we Wrocławiu.

Łódź mówi nam o konsekwentnym zwiększaniu puli środków (obecnie jest to 40 mln zł). W Szczecinie decyzją prezydenta miasta z zeszłego roku kwota będzie co roku zwiększana o milion złotych. W przyszłym roku (edycja 2017) będzie to łącznie 7 mln zł.

Inne miasta, np. Lublin czy Kraków, ważą słowa. - W Wieloletniej Prognozie Finansowej na realizację zadań IV edycji budżetu obywatelskiego przewidziano 10 mln zł. Wysokość środków na realizację zadań o charakterze dzielnicowym uzależniona jest od treści uchwał, które dzielnice podejmować będą do 31 stycznia 2017 r. - mówi Mateusz Płoskonka, wicedyrektor wydziału spraw społecznych w Urzędzie Miasta w Krakowie.

@RY1@i02/2016/063/i02.2016.063.18300210c.804.jpg@RY2@

Budżety partycypacyjne w wybranych miastach

Zostawić w spokoju czy reformować

O zmianach dyskutować będą członkowie parlamentarnego zespołu ds. miast polskich. - Rozmowy będą się toczyć wokół dwóch aspektów. Pierwszy z nich dotyczy ewentualnego wprowadzenia pewnej obligatoryjności tworzenia budżetów partycypacyjnych w miastach. Drugi dotyczy pewnych minimów, które taki budżet powinien spełniać, np. w odniesieniu procentowym do budżetu miasta. Niestety w niektórych miastach budżety obywatelskie ocierają się wręcz o parodię - powiedział nam wiceprzewodniczący zespołu poseł Łukasz Schreiber z PiS.

Partie opozycyjne kręcą nosem, obawiając się, czy PiS skonsultuje zmiany z samorządami oraz czy prawdziwą intencją nie jest czasem dążenie do centralizacji władzy. Ale trzeba pamiętać, że już wcześniej koalicja rządząca PO-PSL zgłaszała podobne postulaty. Tuż przed pierwszą turą wyborów samorządowych w listopadzie 2014 r. z postulatem "budżet obywatelski w każdej gminie" wyszła ówczesna premier Ewa Kopacz (PO). Rok wcześniej PSL przygotowało nawet projekt ustawy w tej sprawie. Ludowcy chcieli, by każda gmina powyżej 5 tys. mieszkańców przeznaczyła co najmniej 1 proc. wydatków na budżet obywatelski.

Dlaczego, zdaniem PiS, niektóre inicjatywy związane z budżetami obywatelskimi ocierają się o parodię? Nietrudno znaleźć przykłady, które wzbudziły kontrowersje. Zdarza się np., że mimo niemałej puli środków bank rozbijają pojedyncze projekty, zgarniając większość pieniędzy z budżetu obywatelskiego. Dwa lata temu z 6 mln zł przeznaczonych na zadania inwestycyjne w Rzeszowie ponad 90 proc. kwoty trafiło na projekt upiększenia Parku Papieskiego. Jak pod koniec ubiegłego roku donosiły lokalne media (m.in. Nowiny24), inwestycje zostały zgłoszone przez samych urzędników, w efekcie czego na 97 wniosków inwestycji i imprez aż 31 dotyczyło rozbudowy parku. Każdy z wniosków nazywał się tak samo i dotyczył takiego samego zakresu prac.

Podobna historia rozegrała się na warszawskim Ursynowie. Chodziło o budowę integracyjnego ośrodka dla osób niepełnosprawnych za 3 mln zł. Projekt lansowany był przez jedno ze stowarzyszeń. Jak się okazało, jedna z dzielnicowych radnych była członkinią wspomnianego stowarzyszenia i zasiadała jednocześnie w zespole ds. budżetu partycypacyjnego opiniującego zgłaszane projekty.

W Kraśniku interweniować musiała regionalna izba obrachunkowa (RIO). Tam bowiem jednym ze zwycięskich projektów w ramach budżetu obywatelskiego była budowa dachu kościoła Matki Boskiej Bolesnej za 0,5 mln zł. Zdaniem RIO wydatkowanie pieniędzy na ten cel byłoby niezgodne z prawem, gdyż finansowanie budowli sakralnych nie mieści się w katalogu zadań gminy. Dopiero wskutek tej interwencji inwestycję wykreślono z planów, a na jej miejsce weszły kolejne projekty, które uzyskały najwięcej głosów.

Ryzykowny kierunek

Co o odgórnym regulowaniu budżetów obywatelskich sądzą samorządy? Opinie są skrajnie różne. - To fatalny pomysł, który bije w ideę samorządności. To powrót do państwa scentralizowanego, państwa, w którym o wszystkim decyduje władza: od wydatków budżetu państwa po ceny rajstop. Taki centralizm już przerabialiśmy w naszym kraju. I nie była to przyjemna lekcja - uważa prezydent Gdańska Paweł Adamowicz.

Kraków widzi w zapowiedziach rządzącej partii politycznej próbę ograniczania prawa samorządu do samostanowienia. - Wszelkie formy ujęcia budżetu obywatelskiego w sztywne ustawowe ramy sprzeczne są z jego ideą i założeniami, jakimi są dobrowolność udziału w procesie - mówi Mateusz Płoskonka, wicedyrektor wydziału spraw społecznych w krakowskim Urzędzie Miasta. - Mając na uwadze to, że dotychczasowa realizacja budżetu obywatelskiego w poszczególnych większych polskich miastach odbywa się skutecznie i bez poważnych zastrzeżeń, w dalszym ciągu zastosowanie powinna znajdować zasada subsydiarności, a próba ingerencji w proces władz centralnych nie znajduje żadnego uzasadnienia - dodaje samorządowiec.

Przeciwni zmianom są urzędnicy z Wrocławia. - Budżety partycypacyjne powinny być dostosowane do lokalnej specyfiki, innej w każdej gminie. System ujednolicony i narzucony odgórnie nie będzie działał, a takie same regulacje dla każdej gminy mogą zniszczyć ideę, która w gruncie rzeczy polega na tym, że jest zmienna. W tym względzie nawet opinie niezależnych specjalistów, choćby z Pracowni Badań i Innowacji STOCZNIA, są takie same, czyli przeciwne odgórnemu regulowaniu tych kwestii - przekonuje Bartłomiej Świerczewski, dyrektor biura ds. partycypacji społecznej we Wrocławiu.

Zdaniem urzędników z Lublina, jeśli rozwiązania ustawowe miałyby odnosić się tylko i wyłącznie do budżetów obywatelskich, nie będzie to dobrym rozwiązaniem. - Budżet obywatelski w takim przypadku może stać się plebiscytem na temat tego, ile placów zabaw zbudować, a nie będzie odzwierciedleniem prawdziwych potrzeb mieszkańców. Aby budżet obywatelski miał sens, musi być wsparty innymi narzędziami partycypacji, takimi jak konsultacje społeczne, obywatelska inicjatywa uchwałodawcza czy też jednostki pomocnicze. Liczymy na dyskusję kompleksową nad regulacjami dotyczącymi partycypacji - mówi Beata Krzyżanowska, rzeczniczka prezydenta Lublina.

Budżetowa wolnoamerykanka

Nie brakuje jednak samorządów, którym podoba się kierunek obrany przez PiS. - Kwestia budżetów partycypacyjnych powinna być uregulowana ustawowo. Dziś rzeczywiście mamy do czynienia z pewnego rodzaju wolnoamerykanką, jeżeli chodzi o reguły stosowane przy budżecie partycypacyjnym w poszczególnych samorządach. Wprowadzenie przynajmniej ogólnych zasad mogłoby ten stan poprawić - uważa Paweł Piotrowicz z toruńskiego magistratu.

Podobnego zdania są samorządowcy ze Szczecina. - Skala istniejących w Polsce rozwiązań wskazuje na to, że kwestia wdrażania tzw. budżetów partycypacyjnych czy obywatelskich powinna zostać uregulowana ustawowo - stwierdza Marta Kufel z Urzędu Miasta w Szczecinie. Zwraca uwagę, że obecnie brakuje podstawy prawnej do ich wdrażania, co jednocześnie stwarza wiele problemów organizacyjnych, np. rodzi skutki w postaci zaskarżania wielu lokalnych rozwiązań do organów nadzoru czy sądów administracyjnych. Szczecin stawia jednak granicę dla ewentualnych zmian. - Rozwiązania te jednak absolutnie nie powinny narzucać obowiązku wdrażania budżetu obywatelskiego, ponieważ istnieje wiele podobnych, równie skutecznych mechanizmów pracy z mieszkańcami. To po stronie samorządu powinien leżeć wybór, czy takiego narzędzia chciałby użyć - dodaje Marta Kufel.

W podobnym tonie wypowiadają się urzędnicy z Warszawy. - Pomysł wprowadzania uregulowań czy też wytycznych dotyczących tego działania wydaje się interesujący, gdyż może zwiększyć transparentność i prawidłowość procesów prowadzonych w Polsce. Jednak wydaje się, że obligatoryjność budżetów partycypacyjnych nie jest czymś oczywistym. Wprowadzanie na siłę procesu do samorządów, które nie są do takiego działania przekonane, może przynieść wprost odwrotny skutek. Do włączania mieszkańców w decydowanie o budżecie mogą zrazić się zarówno urzędnicy i lokalne władze, jak i sami mieszkańcy - podkreśla Justyna Michalak ze stołecznego ratusza.

Bydgoszcz wskazuje, że nienależyte skonsultowanie ewentualnych zmian z przedstawicielami lokalnych władz może skutkować daleko idącymi konsekwencjami dla gminnych finansów. - Samo uregulowanie nie powinno być zbyt szczegółowe. Istnieje potrzeba zachowania mniej sformalizowanej formy budżetu obywatelskiego, dostosowanej do poszczególnych jednostek samorządu terytorialnego i ich możliwości finansowych, wynikających m.in. z konieczności zabezpieczenia wkładu własnego unijnych inwestycji, które będą priorytetem w najbliższych latach - mówi Michał Sztybel, doradca prezydenta Bydgoszczy.

To pomysł, który bije w ideę samorządności. To powrót do państwa scentralizowanego, państwa, w którym o wszystkim decyduje władza: od wydatków budżetu państwa po ceny rajstop

Paweł Adamowicz

prezydent Gdańska

Aby budżet obywatelski miał sens, musi być wsparty innymi narzędziami partycypacji, takimi jak konsultacje społeczne, obywatelska inicjatywa uchwałodawcza czy też jednostki pomocnicze

Beata Krzyżanowska

rzeczniczka prezydenta Lublina

Obecnie brakuje podstawy prawnej do wdrażania budżetów partycypacyjnych, co stwarza wiele problemów organizacyjnych, np. powoduje zaskarżanie licznych lokalnych rozwiązań do organów nadzoru czy sądów administracyjnych.

W ubiegłej kadencji współrządzący posłowie PSL chcieli, by każda gmina powyżej 5 tys. mieszkańców przeznaczyła co najmniej 1 proc. wydatków na budżet obywatelski.

We wrześniu wszyscy Polacy do urn! Pomysł na ujednolicenie procedur

W tym roku same ruszają z pomysłem. Projekt ma na razie charakter pilotażowy, a uczestniczy w nim Sopot - pionier budżetów obywatelskich w Polsce - oraz 11 innych samorządów: Gdańsk, Gdynia, Puck, Władysławowo, Pruszcz Gdański, Lębork, Szemud, Tczew, Rumia, Malbork oraz Krynica Morska. Wszystkie te samorządy zawarły porozumienie w sprawie wspólnego harmonogramu przeprowadzenia tegorocznej edycji budżetów obywatelskich.

Do tej pory każde miasto i gmina miały własny harmonogram. Od tego roku wszystko zostanie uproszczone. Jak powiedział nam wiceprezydent Sopotu Marcin Skwierawski, chodzi o efekt wizerunkowy i informacyjny. Jeśli samorządy podejmą skoordynowane działania, to zaangażowanie mieszkańców wzrośnie. Można byłoby też połączyć siły w jednej, zakrojonej na szeroką skalę kampanii informacyjnej. Samorządy zapowiadają, że będą namawiać inne lokalne władze do dołączenia do inicjatywy.

Budżet obywatelski w gminach wiejskich to rzadkość

Tryb składania propozycji do funduszu sołeckiego oraz ich wyboru jest jasno określony w uchwale rady gminy. Natomiast budżet obywatelski to niejako forma dialogu, dżentelmeńskiej umowy pomiędzy mieszkańcami a organami gminy, która może budzić rozbieżności interpretacyjne, a w ostatecznym rozrachunku i tak może nie zostać zrealizowana - zwracają uwagę włodarze z mniejszych miejscowości. Dlatego według niektórych samorządowców istnieje silna potrzeba ubrania budżetu partycypacyjnego w przepisy, nawet przez przekopiowanie rozwiązań z ustawy z 21 lutego 2014 r. o funduszu sołeckim (Dz.U. z 2014 r. poz. 301). Są też tacy, dla których zarówno fundusze sołeckie, jak i budżety obywatelskie w gminach są rozwiązaniem mało sensownym z uwagi na rozdrobnienie dostępnych kwot. Mogłoby ich w ogóle nie być z uwagi na funkcjonujące już duże projekty wsparcia, np. Program Rozwoju Obszarów Wiejskich "Leader" finansowany z funduszy unijnych.

Starcza na kiełbasę

Wydaje się, że budżety partycypacyjne czy fundusz sołecki są dobre w tych miejscach, gdzie jest niezliczona liczba pomysłów na wydawanie pieniędzy publicznych, a chce się je ograniczyć na poziomie organu. - Rzuca się wtedy jakieś drobne pieniądze i niech się ludzie kłócą. Niech sobie dyskutują i wybierają jak kury - zwraca uwagę Krzysztof Iwaniuk, wójt gminy Terespol. - Jest, powiedzmy, limit na daną miejscowość, np. od 20 do 30 tys. na wieś. W zasadzie nie wiadomo, na co taki budżet można przeznaczyć. Na malowanie krawężnika czy, nie daj Boże, na integrację? Gdy robiliśmy dawno temu pilotaż funduszu sołeckiego, to udało nam się może z dwoma wsiami ukończyć remont świetlic. Nie można było z tego finansować budowy kanalizacji czy drogi, bo pieniędzy starczało zaledwie na kiełbasę integracyjną. Faktycznie zdarzały się ogniska u sołtysa, a 70 proc. wsi w ogóle nie wykorzystało tych pieniędzy. Potem pani skarbnik oraz organy nadzoru groziły nam palcem, że tak środków nie można marnotrawić - podkreśla wójt. Krzysztof Iwaniuk zwraca również uwagę na szkodliwe zjawisko niekontrolowanego rozdrabniania funduszy sołeckich. - Jeśli w małych gminach jest dużo miejscowości, dajmy na to 50, i każdy chce mieć swoje pieniądze, to nie starczy w danym miejscu na żadne sensowne przedsięwzięcie. Podobnie jest z budżetami partycypacyjnymi. Jesteśmy biedni, więc na inwestycje z wniosku pomysłowych mieszkańców trzeba się przecież zrzucić, a tego nikt przy zdrowych zmysłach u nas nie zrobi. To tak jakbyśmy mieli zdecydować o podwyższeniu podatku. Dlatego umarł pomysł budowy basenu olimpijskiego. Wyliczyliśmy, że żeby go utrzymać, potrzeba by było 2 mln zł w ciągu roku, nie licząc remontów. A żeby to zrealizować, to każde niemowlę czy babcia musieliby zadeklarować, że będą się tam kąpać przynajmniej trzy razy w tygodniu - twierdzi Krzysztof Iwaniuk.

Unia zwiększa możliwości

Podobnie uważa Edward Trojanowski, zastępca sekretarza generalnego Związku Gmin Wiejskich RP, który o budżetach partycypacyjnych oraz o funduszu sołeckim wypowiada się zdawkowo. - Ten pierwszy jest na obszarach wiejskich mało popularny, a fundusz sołecki jest nieistotny z punktu widzenia jego wielkości. Coś, o czym powinnyśmy mówić, to Program Rozwoju Obszarów Wiejskich "Leader". On tworzy rozwój lokalny, kierowany przez społeczność lokalnych grup działania w Polsce. W ich skład wchodzą organizacje pozarządowe i przedsiębiorcy. Tylko ten fundusz ma istotne znaczenie dla rozwoju obszarów wiejskich. Licząc od 2004 roku, to już trzecia edycja programu. W tej chwili samorządy wojewódzkie, które sprawują nad tymi funduszami formalną pieczę, weryfikują lokalne strategie rozwoju pod względem merytorycznym i w maju ruszy kolejna edycja tego programu. Gminy mogą otrzymać od 1,5 do 2 mln zł, co przy rozdrobnieniu kwot sołeckich wygląda naprawdę imponująco. Fundusze sołeckie też są rozwijane, ale co tak naprawdę można zrobić z maksymalnie 20-30 tys. zł? - pyta retorycznie Edward Trojanowski.

735 mln euro przeznaczono w perspektywie 2014-2020 na program "Leader"

RAMKA

Fundusz sołecki reguluje ustawa

O przeznaczeniu środków z funduszu sołeckiego w danym sołectwie decydują mieszkańcy, głosując w trakcie zebrania wiejskiego. Projekt wniosku dotyczący takiego budżetu może złożyć sołtys, rada sołecka lub 15 pełnoletnich mieszkańców sołectwa. Uchwała zebrania wiejskiego musi zostać dostarczona wójtowi, burmistrzowi lub prezydentowi do 30 września roku poprzedzającego rok, w którym poniesione zostaną wydatki. Aby przedsięwzięcie mogło zostać zrealizowane, musi służyć poprawie życia mieszkańców, należeć do zadań własnych gminy, być zgodne ze strategią rozwoju gminy. Wniosek o dofinansowanie z funduszu sołeckiego musi zawierać wskazanie przedsięwzięć do realizacji na terenie danego sołectwa, oszacowanie kosztów oraz uzasadnienie, w jaki sposób realizacja przedsięwzięcia przyczyni się do poprawy warunków życia mieszkańców danego sołectwa. Nie każda gmina musi tworzyć fundusz sołecki, ale dodatkową zachętą jest możliwość otrzymania zwrotu części poniesionych wydatków z budżetu państwa zgodnie z zapisami ustawy z 21 lutego 2014 r. o funduszu sołeckim (Dz.U. z 2014 r. poz. 301). Zwrot może dotyczyć 20, 30 lub 40 proc. poniesionych kosztów, zależnie od zamożności gminy. Największy procentowo zwrot otrzymują gminy najbiedniejsze.

OPINIA EKSPERTA

@RY1@i02/2016/063/i02.2016.063.18300210c.805.jpg@RY2@

Piotr Koźmiński radca prawny Dr Krystian Ziemski & Partners Kancelaria Prawna sp. k.

Na podstawie obecnie obowiązujących regulacji wpływ mieszkańców na przeznaczenie części środków z budżetu gminy może być realizowany przy wykorzystaniu budżetu partycypacyjnego lub funduszu sołeckiego.

Konstrukcja pierwszej z wymienionych instytucji opiera się na ogólnych przepisach ustawy o samorządzie gminnym oraz ustawy z 27 sierpnia 2009 r. o finansach publicznych (t.j. Dz.U. z 2009 r. nr 157, poz. 1240 ze zm.), wskazujących na możliwość przyznania jednostkom pomocniczym uprawnień w zakresie prowadzenia gospodarki finansowej w ramach budżetu gminy lub na mechanizmie konsultacji społecznych. Z kolei materia funduszu sołeckiego uregulowana została przede wszystkim w osobnym akcie prawnym - ustawie z 21 lutego 2014 r. o funduszu sołeckim.

W każdym razie o regułach prowadzenia przez jednostki pomocnicze gospodarki finansowej w istocie decyduje rada gminy, podejmując stosowne uchwały w tym przedmiocie. Kształtując konkretne przedsięwzięcia - zarówno w zakresie budżetu partycypacyjnego, jak i funduszu sołeckiego - pamiętać trzeba przede wszystkim o tym, że zawsze powinny one spełniać walor zadań własnych gminy. Ich katalog określa przede wszystkim art. 7 ustawy o samorządzie gminnym, który wymienia wśród nich m.in. sprawy z zakresu ładu przestrzennego, dróg gminnych, kultury fizycznej i turystyki.

Podkreślić też należy, że okoliczność, iż o sposobie wydatkowania określonej puli środków decydują mieszkańcy, nie powoduje, że tracą one charakter środków publicznych. Dlatego - realizując konkretne przedsięwzięcia - nie można pominąć zasad dotyczących gospodarki finansowej, zgodnie z którymi wydatków z budżetu gminy należy dokonywać w sposób celowy i oszczędny, z zachowaniem zasady uzyskiwania najlepszych efektów z danych nakładów.

Ubieganie się o przyznanie środków z funduszu sołeckiego wiąże się z przeprowadzeniem procedury określonej ustawą. W jej ramach należy przeprowadzić zebranie wiejskie, które uchwali wniosek danego sołectwa. Wniosek każdego z sołectw powinien zawierać wskazanie przedsięwzięć przewidzianych do realizacji na obszarze sołectwa w ramach środków określonych dla danego sołectwa wraz z oszacowaniem ich kosztów i uzasadnieniem. Należy go złożyć do końca września roku poprzedzającego rok budżetowy, którego dotyczy wniosek. W odniesieniu do budżetu partycypacyjnego tryb składania propozycji oraz ich wyboru powinny zostać określone w uchwale rady gminy. W praktyce możliwe jest wykorzystanie do celów przeprowadzenia tej procedury środków komunikacji elektronicznej.

Na poziomie gminy zasadniczą korzyścią związaną z wyodrębnieniem w budżecie funduszu sołeckiego jest zwrot w formie dotacji celowej części wydatków w ramach funduszu (do 40 proc.). Profitu takiego nie ma w przypadku budżetu partycypacyjnego.

Podsumowując, wskazać należy na zasadność rozważenia uchwalenia regulacji wprost odnoszących się do budżetu obywatelskiego. Prace nad takimi przepisami sprowokowałyby z pewnością wśród samorządowców dyskusję nad stopniem udziału mieszkańców w decydowaniu o gminnych wydatkach, a samo ich wejście w życie wzmocniłoby instytucję budżetu partycypacyjnego, zwłaszcza gdyby przewidziano dla jednostek samorządu terytorialnego określone preferencje związane z jego wdrożeniem, tak jak ma to miejsce w przypadku funduszu sołeckiego.

Lokalne uwarunkowania nie zawsze będą pasowały do ustawy

- To nieodpowiedzialne i sprzeczne z ideą zarówno społeczeństwa obywatelskiego, jak i samorządności oraz partycypacji - komentuje Piotr Drygała, kierownik biura organizacji pozarządowych i aktywności obywatelskiej Urzędu Miejskiego w Dąbrowie Górniczej. I dodaje, że samorządy same muszą dojrzewać do decyzji o przeprowadzeniu konkursu w ramach budżetów partycypacyjnych. - Przymuszenie na siłę do działania nikomu się nie przysłuży, a kreatywne działania poszczególnych samorządów mogą być zablokowane przez jakąkolwiek ustawę - mówi Drygała.

Podobnego zdania jest Paweł Głogowski ze Stowarzyszenia Ulepsz Poznań. Uważa, że ewentualna ustawa dotycząca budżetów powinna wyłącznie tworzyć pewne ramy, które sprawią, iż będzie to sprawny mechanizm partycypacyjny, a nie konkurs grantowy. - Jestem przeciwny nadmiernemu regulowaniu budżetów w ramach ustawy, przy tworzeniu jego reguł należy bowiem zawsze brać pod uwagę różnego rodzaju lokalne uwarunkowania - podkreśla Głogowski. Organizacje pozarządowe (NGO) mają też całą listę grzechów popełnianych w ramach istniejących zasad podziału pieniędzy przez samorządy. NGO zarzucają gminom niespójność działań ze względu na zatwierdzanie projektów oderwanych od długofalowej polityki rozwoju danej miejscowości. Taka doraźność działań może bowiem spowodować marnowanie środków finansowych. Społecznicy zwracają też uwagę, że nie każdy zgłaszający ma wiedzę na temat realnych kosztów realizacji projektu. To może skutkować niegospodarnością przyznanymi funduszami lub odwrotnie, mogą się one okazać one niewystarczające do wykonania założeń projektu. To nie wszystko. Osoby z pewnych grup społecznych (jak np. ludzie chorzy lub starsi) mogą nie mieć takiej siły przebicia oraz możliwości zmotywowania odbiorców projektu do zagłosowania na dotyczący ich projekt. Tym samym gros głosów zdobywają inicjatywy populistyczne bądź adresowane do ludzi młodych - dla których oddanie swojego głosu w internecie nie stanowi problemu.

NGO uważają też, że często miasto finansuje samo siebie. W jaki sposób? Otóż w konkursach bardzo często biorą udział jednostki budżetowe: szkoły, domy kultury czy ośrodki sportowe. Eksperci uważają, że to ewidentna cyrkulacja pieniądza w ramach jednostek publicznych.

- Czasem do budżetu obywatelskiego samorządy wprowadzają tylnymi drzwiami projekty, które tak czy inaczej wynikają z zadań własnych gminy, np. nowe boisko przy szkole, parking, ścieżka rowerowa czy remont drogi - twierdzi Marcin Paluszek, prezes Świdnickiego Forum Rozwoju i radny rady miejskiej.

Inną kwestią jest problem zagospodarowania przestrzennego dla projektów. - Jeśli inwestycje mogą być realizowane tylko na terenach miejskich lub gminnych, to często z możliwości skorzystania z dobrych pomysłów są wyłączone np. osiedla mieszkaniowe, które zazwyczaj należą do spółdzielni mieszkaniowych lub wspólnot - mówi Marcin Paluszek.

Eksperci uważają, że taki budżet nie powinien być jedynie giełdą pomysłów, ale całym kompleksowym narzędziem, dzięki któremu zaangażuje się mieszkańców do brania współodpowiedzialności za miejsce, gdzie żyją. Największy nacisk powinien być zatem położony na zachęcanie, promocję, niezbędną pomoc merytoryczną dla mieszkańców - na każdym etapie budżetu - od motywowania do złożenia wniosku, organizację wielu spotkań, dyskusji, zebrań itp. poprzez etap weryfikacji projektów aż po etap głosowania i ewaluacji. - Jeśli te warunki zostaną spełnione, to będą wygrywały projekty mieszkańców, a nie szkół czy dużych organizacji, bo wnioski mieszkańców będą dobrze przygotowane i będą miały szerokie poparcie zaangażowanych w to osób - uważa Marcin Paluszek.

Nie można jednak całkowicie eliminować placówek publicznych z konkursu. Krzysztof Hołyński ze Stowarzyszenia Wspierania Organizacji Pozarządowych MOST opowiada, że w pewnej miejscowości jedynym budynkiem miejskim, w jakim odbywają się wszystkie działania społeczne, a swoją siedzibę miała rada dzielnicy, jest szkoła. - Trudno w takim przypadku mówić o możliwości ograniczenia realizowania działań w tej placówce przy użyciu funduszy z budżetu partycypacyjnego, bo to faktycznie jest ogólnodostępny budynek służący mieszkańcom - stwierdza Hołyński. W Poznaniu duża organizacja pozarządowa ma podpisaną umowę z miastem na realizowanie zadań związanych z rozbudową przestrzeni nad jeziorem Malta. Otrzymuje za to środki finansowe, ale nie przeszkadza jej to brać dodatkowo udziału w konkursie na pieniądze z budżetów partycypacyjnych. - Jeśli chodzi o problem ogólnodostępności projektów, to potrzeba czasu i eksperymentów, by móc go rozwiązać. Ustawa na pewno w tym nie pomoże, gdyż niezwykle trudno będzie stworzyć sensowną regulację w tym zakresie. W Dąbrowie Górniczej decyzję, czy projekt spełnia zasadę ogólnodostępności, pozostawiliśmy do oceny Radzie Działalności Pożytku Publicznego, w której skład wchodzą przedstawiciele NGO, rady miejskiej i prezydenta miasta. Według mnie budżet partycypacyjny powinien być niejako giełdą pomysłów. Nie możemy wymagać od mieszkańców, żeby przygotowali profesjonalny projekt, który będzie gotowym dokumentem do realizacji. Tym powinni zajmować się urzędnicy z określonych działów. Mieszkaniec powinien dawać pomysł, a urząd sprawdzić możliwości jego realizacji. Następnie powinny odbyć się dyskusje samorządu z pomysłodawcą, a na spotkaniu rady dzielnicy projekt powinien trafić do głosowania - uważa Hołyński.

KOMENTARZ EKSPERTA

@RY1@i02/2016/063/i02.2016.063.18300210c.806.jpg@RY2@

Piotr Drygała kierownik biura organizacji pozarządowych i aktywności obywatelskiej Urzędu Miejskiego w Dąbrowie Górniczej

Jeśli koniecznie musimy coś regulować, to jedynie wprowadzając do ustaw ustrojowych o samorządzie odpowiedni przepis dotyczący budżetu partycypacyjnego. Taki, który stwierdzałby, że istnieje taka procedura. Oraz delegację, że jeśli będzie decyzja o jej realizacji, to rada miejska po konsultacjach z mieszkańcami uchwali odpowiedni regulamin. To mogłoby rozwiązać problem udawania i prawnego zaczepiania budżetów partycypacyjnych pod przepisy o konsultacjach. Dziś powoduje to problem np. z ustalaniem granicy wieku uczestników i mylnie określa takie budżety jako konsultacje.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.