Pieniądze na obiady do jednego garnka
Rozmowa z Alicją Witoszyńską, dyrektorem Ośrodka Pomocy Społecznej w warszawskiej dzielnicy Targówek
Ostatnio dużo jest szumu wokół głodujących dzieci. A obok tego pojawiają się informacje, że gminy oddają pieniądze przeznaczone na dożywianie. Jak to możliwe?
Oddają pieniądze? To chyba niemożliwe. My wydajemy wszystkie, jakie dostajemy. A i od innych pracowników ośrodków pomocy społecznej nie słyszałam, by pieniądze na dożywianie w szkołach były zwracane.
To skąd takie informacje?
Nie wiem. Zgodnie z ustawą o ustanowieniu programu wieloletniego "Pomoc państwa w zakresie dożywiania" z 29 grudnia 2005 r. (Dz.U. nr 267, poz. 2259) gmina może otrzymać dotację, jeżeli udział środków własnych gminy wynosi nie mniej niż 40 proc., a w uzasadnionych sytuacjach tylko 20 proc. ogółu środków niezbędnych na dożywianie. Może niektórych gmin nie stać na dofinansowanie dożywiania dzieci w wysokości 40 proc. czy 20 proc. ogółu środków niezbędnych na dożywianie? Być może też, ale to tylko moje przypuszczenia, zaistniała sytuacja, że środki na dożywianie wpłynęły np. w listopadzie lub grudniu i nie było możliwości zagospodarowania ich do końca roku.
A może niektóre gminy przeszacowały potrzeby i mniej dzieci potrzebuje bezpłatnych obiadów?
W ramach wymienionego wyżej programu są realizowane nie tylko posiłki dla dzieci, ale również inne formy wsparcia w zakresie dożywiania. Zgodnie z programem może być przyznana pomoc na dożywianie osobom i rodzinom znajdującym się trudnej sytuacji - w formie posiłku, świadczenia pieniężnego na zakup posiłku lub żywności, a także świadczenia rzeczowego w postaci produktów żywnościowych. Tak więc środki finansowe mogą być przyznane nie tylko na opłacenie obiadów dla dzieci, ale również na zakup artykułów żywnościowych dla rodzin lub opłacenie obiadów w barach dla osób dorosłych. Pieniądze można więc wykorzystać w różny sposób.
Jakim dzieciom przysługuje obiad?
Podstawowe jest kryterium dochodowe uprawniające do świadczeń. Pomoc w zakresie dożywiania zgodnie z wymienionym wyżej programem może być przyznana nieodpłatnie osobom i rodzinom, jeżeli dochód osoby samotnie gospodarującej nie przekracza kwoty 813 zł lub dochód na osobę w rodzinie nie przekracza 684 zł, czyli 150 proc. kryterium dochodowego.
Natomiast jeżeli dochód jest wyższy niż 150 proc. kryterium dochodowego, pomoc o takim samym charakterze może być przyznana ze środków gminy na podstawie ustawy o pomocy społecznej z 12 marca 2004 r. (t.j. Dz.U. z 2009 r. nr 175, poz. 1362 z późn. zm.). Także, np. w Warszawie, na podstawie uchwały Rady Warszawy zwalnia się z odpłatności za obiady dzieci, jeżeli dochód na osobę w rodzinie jest wyższy niż 912 zł, oznacza to 200 proc. kryterium dochodowego.
Czy wszyscy rodzice chętnie przynoszą zaświadczenia o dochodach? Chętnie występują o bezpłatne obiady?
Z tym bywa różnie. Są tacy, którzy mimo niskich zarobków nie chcą korzystać z pomocy społecznej, nie zgadzają się na rodzinny wywiad środowiskowy pracownika socjalnego ośrodka pomocy społecznej (OPS), nie występują o pomoc, w tym także żywieniową. Ich prawo. Nie muszą.
Ale bywa, że dzieci z takich rodzin chodzą głodne?
Program "Pomoc państwa w zakresie dożywiania" przewiduje i takie sytuacje. W szczególnie uzasadnionych przypadkach, gdy uczeń albo dziecko korzystające z zajęć w szkole lub przedszkolu wyraża chęć zjedzenia posiłku, to dyrektor szkoły lub przedszkola udziela pomocy w formie posiłku, informując jednocześnie ośrodek właściwy ze względu na miejsce zamieszkania o udzieleniu pomocy. Pomoc nie wymaga ustalania sytuacji rodziny w drodze wywiadu środowiskowego oraz wydania przez ośrodek pomocy społecznej decyzji administracyjnej. Środki na opłacenie posiłku są przekazywane przez OPS na podstawie sporządzonej przez dyrektora szkoły lub przedszkola listy uczniów lub dzieci. Liczba dzieci lub uczniów, którym udzielono takiej "dyrektorskiej" pomocy, nie może przekroczyć 20 proc. ogólnej liczby dzieciaków dożywianych przez OPS.
Czy te tzw. dyrektorskie obiady też są zazwyczaj przeznaczane dla dzieci z uboższych rodzin?
Paradoksalne, wcale niekoniecznie. Zdarza się, że dziecko chodzi z kluczem na szyi, rodzice pracują od rana do nocy i nawet nie dopilnują, by dziecko w domu zjadło śniadanie. Albo dziecko pochodzi z rodziny dysfunkcyjnej, choć niekoniecznie ubogiej. Takie właśnie dzieci korzystają z tej formy pomocy. To wychowawcy, nauczyciele sygnalizują problem.
A może ubodzy rodzice nie zgłaszają się po bezpłatne obiady, bo obawiają się stygmatyzacji swoich pociech?
To zupełnie bezpodstawne obawy. Zawsze pilnujemy, by dzieci nie wiedziały, który obiad jest opłacany przez rodziców, a który w ramach programu dożywiania. Ze szkołami, w których opłacane są obiady, podpisywane jest porozumienie. Zawiera ono zapis mówiący, że szkoła zobowiązana jest do zapewnienia dzieciom, którym ośrodek udziela pomocy, takich samych posiłków, z jakich korzystają pozostałe. Szkoły mają obowiązek wydawać dania na takich samych zasadach.
Trochę ten system bezpłatnych obiadów jest skomplikowany. Pieniądze pochodzą z różnych źródeł, różne są kryteria przyznawania posiłków. A z wielu szkół, zwłaszcza tych, w których obiady gotuje się na miejscu, mamy informację, że na zupę i tak może przyjść każde dziecko.
System finansowania i przyznawania bezpłatnych szkolnych obiadów rzeczywiście nie jest najszczęśliwszy. Powinno się go uprościć.
Czy samorządy mają jakiś pomysł?
Nie mam wiedzy na temat pomysłów samorządów. Uważam, że najlepiej byłoby, gdyby każde dziecko w szkole mogło dostać obiad bez pytania, czy płaci za posiłek wojewoda, gmina, rodzice, a może jakaś organizacja. Pieniądze powinny być w budżecie gminy. Ale do tego są potrzebne zmiany ustawowe.
Czy taki system by się opłacał?
Myślę, że w sumie tak. Jest dużo firm cateringowych, które już ze sobą konkurują. Jeśli mogłyby liczyć na duże zamówienie, to na pewno proponowałyby atrakcyjne dla gminy czy dzielnicy ceny. Już teraz na Targówku wydajemy nieco ponad tysiąc bezpłatnych obiadów. Firmy przygotowujące posiłki mają o co walczyć. To dla nich dobry biznes. Zwłaszcza że już dziś zdarzają się oferty, w których dwudaniowy obiad kosztuje 5 zł. Przy zwiększeniu liczby zamówionych przez szkołę posiłków cena mogłaby być jeszcze niższa.
Jest jeszcze jeden problem. Nietrudno wyobrazić sobie rodziców, którzy krzywym okiem patrzą, jak pomidorową i schabowego zjada za darmo Jaś, którego tata jest zamożnym biznesmenem. Może wtedy te dzieci będą wytykane palcami. Nie należy im się, bo są bogate. Wydają majątek w szkolnym sklepiku, a obiad dostają za darmo. Nieuchronnie nasuwa się pytanie, dlaczego właściwie zamożni rodzice nie mieliby płacić za obiady?
Trzeba na to spojrzeć z inaczej. Po pierwsze, bezpłatny szkolny obiad dla wszystkich to sytuacja najzdrowsza społecznie, najkorzystniejsza dla dzieci. Po drugie, to szansa budowania społeczeństwa obywatelskiego.
To już chyba zbyt górnolotne.
Ale skąd. Ludzie są chętni do aktywności, trzeba ich tylko zmobilizować. Np. firmy mogą tworzyć fundacje zajmujące się finansowaniem dożywiania dzieci w szkołach. Już teraz są takie przykłady. Przecież działalność w zakresie finansowania posiłków dla dzieci w szkołach jest zadaniem bardzo szczytnym, szczególnie dla dużych przedsiębiorców.
Najlepiej byłoby, gdyby każde dziecko w szkole mogło dostać obiad bez wzgędu na to, kto za niego płaci: wojewoda, gmina, rodzice, a może jakaś organizacja. Pieniądze powinny być w budżecie gminy. Do tego jednak są potrzebne zmiany ustawowe
@RY1@i02/2013/056/i02.2013.056.088000200.803.jpg@RY2@
Fot. Paweł Dąbrowski/SE/East News
Alicja Witoszyńska
dyrektor Ośrodka Pomocy Społecznej w warszawskiej dzielnicy Targówek
rozmawiała Monika Górecka-Czuryłło
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu